Prostym językiem o ekonomii ...

środa, 17 stycznia 2018

062. Inflacja 2017 w Polsce: Najbardziej drożeje żywność.

Podkusiło mnie, żeby uwzględniając wiedzę na temat tego, w jaki sposób GUS oblicza inflację, przeanalizować raport dotyczący inflacji rocznej w Polsce liczonej za okres kończący się w listopadzie 2017 roku. I podzielić się z Wami wynikami ten analizy. To nie jest trudne (niezmiennie twierdzę, że ekonomię da się zrozumieć), dane są dostępne (choćby na stat.gov.pl), a pozwala na lepsze zrozumienie tego, co wokół nas się dzieje i co mówią o inflacji w mediach.
Powtórzmy: w listopadzie 2017 inflacja w Polsce liczona w ujęciu rocznym osiągnęła poziom 2,5%. Tak się akurat składa, że dokładnie tyle wynosi ustalony przez Radę Polityki Pieniężnej cen inflacyjny. Z punktu widzenia makroekonomii wszystko jest zatem OK (dla gospodarki niewielka inflacja jest naprawdę dobra), ale ceny rosną i przyjrzyjmy się gdzie…

Zmiana cen listopad 2017 w porównaniu do listopada 2016, źródło: GUS

OGÓŁEM wzrost cen
2,5%
Żywność, napoje bezalkoholowe i alkoholowe oraz wyroby tytoniowe
5,0%
Odzież i obuwie
-4,6%
Mieszkanie
2,2%
Zdrowie
1,9%
Transport
2,3%
Łączność
1,5%
Rekreacja i kultura
1,7%
Edukacja
1,8%
Restauracja i hotele
2,7%
Inne towary i usługi
0,7%

Najbardziej drożeje żywność.

I to oczywiście nie jest dobra wiadomość. Z dwóch powodów. Po pierwsze na ten cel przeciętnie wydajemy najwięcej (wg. GUS 24% na samą żywność z pominięciem alkoholu i papierosów) a po drugie to cel pierwszej potrzeby.

Dane szczegółowe dla obszaru „żywność, napoje bezalkoholowe i alkoholowe oraz wyroby tytoniowe” niestety nie napawają spokojem. Wyglądają bowiem tak:

Zmiana cen listopad 2017 w porównaniu do listopada 2016, źródło: GUS

Żywność i napoje bezalkoholowe
6,0%
   w tym żywność
6,5%
sic!
Napoje alkoholowe i wyroby tytoniowe
1,0%


W roku 2017 ceny żywności niestety ciągnęły inflację w górę z ogromną mocą. To niby nie jest zaskakujące, bo odczuwamy to w sklepach, media się o tym rozpisują (nawet na moim blogu pisałem o rosnących cenach masła i jaj), ale robi wrażenie informacja, że żywność drożała w tempie trzy razy większym niż inne produkty. Niestety!
To szczególnie niedobra informacja dla tych z nas, których wydatki na żywność są większe niż przeciętne dla polskich gospodarstw domowych 24%. Gdyby teoretycznie wyobrazić sobie rodzinę, która wszystkie pieniądze wydaje na ten cel to jej odczuwalna inflacja wyniesie jakieś 6-7%, a to jest bardzo wysoki poziom.

Niepokojąca struktura inflacji.


Niepokojąca, bo tak się akurat składa, że siłą napędową bieżącej inflacji są ceny w najważniejszych obszarach naszych wydatków. Oprócz żywności zaliczam do nich paliwa do prywatnych środków transportu i nośniki energii. Ceny paliw do naszych samochodów wzrosły w skali roku o 4,7%, a energii o 2,8%. Kłopot w tym, że z jednych i drugich trudno zrezygnować. Oraz że znacząco wpływają na inne grupy wydatków.

Tanieje odzież.


Dobrą wiadomością jest natomiast deflacja w obszarze odzież i obuwie. Myślę, że duża w tym zasługa umocnienia się złotego. W listopadzie 2016 mieliśmy rekordowo wysokie poziomy kursów dolara amerykańskiego, a spora część odzieży dostępnej w naszych sklepach jest importowana z Dalekiego Wschodu, gdzie dominują rozliczenia dolarowe.

Co dalej?


Gospodarka jest rozgrzana i jak już pisałem inflacja na poziomie 2-3% jej pomaga. Mamy bardzo niskie bezrobocie i coraz większym problemem jest znalezienie pracownika (w trzecim kwartale 2017 roku problem ten sygnalizowało 50% polskich firm). To będzie musiało przełożyć się na wzrost wynagrodzeń, co oczywiście będzie czynnikiem napędzającym inflację.
Trudno też oczekiwać, że ustaną zjawiska wpływające na wzrost cen żywności na świecie.
Należy więc chyba oczekiwać nieco większej inflacji niż obecnie. Wprawdzie NBP zakłada, że utrzyma się ona „w przedziale dopuszczalnych odchyleń od celu inflacyjnego”, ale raczej w obszarze 2,5%-3,5%.
I trudno się z tym nie zgodzić.

Pisząc ten artykuł korzystałem z:
http://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/ceny-handel/wskazniki-cen/wskazniki-cen-towarow-i-uslug-konsumpcyjnych-w-listopadzie-2017-roku,2,73.html

http://www.nbp.pl/polityka_pieniezna/dokumenty/raport_o_inflacji/raport_listopad_2017.pdf

środa, 10 stycznia 2018

061. Inflacja. Jak oni ją liczą?

Najprościej rzecz ujmując inflacja to wzrost cen. Wszyscy ją rozumieją. Ba, faktycznie odczuwają na swojej skórze. I chociaż ekonomiści nazywają ją uczenie „wskaźnikiem cen towarów i usług konsumpcyjnych” albo opisują ją tajemniczym skrótem CPI (z angielskiego consumer price index) to z pewnością jest najbardziej zrozumiałym z istniejących wskaźników makroekonomicznych. I budzącym największe kontrowersje.

W połowie grudnia Główny Urząd Statystyczny ogłosił, że inflacja obliczona w listopadzie wyniosła w ujęciu rocznym 2,5%. To oznacza, że wg. GUS w ciągu roku ceny w Polsce wzrosły przeciętnie o 2,5%. Wiele osób ma jednak zupełnie inne wrażenie na temat wzrostu cen. I wcale nie oznacza to, że się mylą. GUS też nie. Warto więc zatrzymać się nad zagadnieniem, w jaki sposób GUS oblicza wskaźnik inflacji.

Moja własna inflacja.


Jak obliczyć swoją inflację, czyli wzrost cen, który nas dotyczy? Musielibyśmy mieć listę zakupów z bieżącego okresu (np. z listopada 2017 roku), a następnie wycenić ją według cen bieżących i tych sprzed roku. Okazałoby się wówczas, ile musielibyśmy zapłacić za te zakupy teraz, a ile rok wcześniej. Nasza własna inflacja to procentowy wzrost wartości takiej listy zakupów.

Jest tylko jedno ale…

Niektórych zakupów nie dokonujemy regularnie. Pewnie jest tak, że co miesiąc kupujemy mniej więcej tyle samo pieczywa, ale już wydatki na odzież, buty, czy sprzęt RTV niekoniecznie się powtarzają w każdym okresie. Te nieregularne zakupy miałyby ogromny wpływ na obliczenia naszej własnej inflacji. Tym większy, im większa byłaby wartość zakupu. Jednak ich pominięcie też byłoby błędem, bo jak tu nie zauważyć np. zakupu mebli za 10 tys?

Właśnie dlatego nikt nie oblicza swojej własnej inflacji. Ale to, co jest problemem interpretacyjnym dla jednego gospodarstwa domowego, znika, jeśli weźmie się pod uwagę całe społeczeństwo. Zwyczajne gospodarstwo domowe kupuje lodówkę bardzo nieregularnie – powiedzmy raz na dziesięć-piętnaście lat. To oznacza jednak, że w roku 2017 kilka procent polskich gospodarstw domowych kupiło lodówkę. Jeśli więc obliczymy inflację w oparciu o listę zakupów sporządzoną dla wszystkich, problem nieregularności mielibyśmy z głowy…

Koszyk inflacyjny.


To nic innego jak lista zakupów, ale uśredniona dla wszystkich. W Polsce badaniem zwyczajów zakupowych (i obliczaniem inflacji też) zajmuje się Główny Urząd Statystyczny, który dane o zakupach zbiera od blisko 38 tys. wylosowanych gospodarstw domowych. Rodziny uczestniczące w badaniach są pod stałą opieką ankieterów, a swoje wydatki (co i za ile) rejestrują w specjalnych książeczkach. Właśnie na podstawie tych badań powstaje koszyk zakupowy przeciętnego Polaka (dane przeliczane są na osobę), którego skład jest co roku ogłaszany przez GUS.

Badania potwierdzają, że zmieniają się nasze zwyczaje zakupowe. W roku 2006 przeciętna polska rodzina wydawała na żywność 27,18% swoich pieniędzy, a w roku 2017 już tylko 24,18%. Z drugiej strony w roku 2006 kupowaliśmy na pewno mniej tabletów niż obecnie. Cóż, świat się zmienia…

Koszyk inflacyjny zbudowany jest „warstwowo”. Pozwala na to ogromna ilość zebranych informacji. I tak np. w grupie wydatków „żywność i napoje bezalkoholowe” znajdują się podkategorie mięso, warzywa, mleko, sery i jaja oraz pieczywo i produkty zbożowe. Te podkategorie są następnie dzielone na jeszcze bardziej szczegółowe grupy produktów. Pozwala to bardziej precyzyjnie określić zmiany cen w każdej z dwunastu głównych grup wydatków i dzięki temu dokładniej wyliczyć inflację.

Oczywiście GUS-owski koszyk inflacyjny nie jest reprezentatywny dla wszystkich. Wśród nas są rodziny, które na edukację wydają więcej niż 0,97% swoich wydatków (taka wartość jest w koszyku na rok 2017, zobacz poniżej). Są też i takie gospodarstwa domowe, które nie mają w ogóle wydatków na „napoje alkoholowe i wyroby tytoniowe”. Tym samym ich struktura wydatków, a co za tym idzie ich poziom inflacji, jest nieco inny od wartości podawanych przez GUS.
Koszyk inflacyjny GUS w roku 2017, w procentach
Żywność i napoje bezalkoholowe 24,28
Napoje alkoholowe i wyroby tytoniowe 6,38
Odzież i obuwie 5,68
Użytkowanie mieszkania i nośniki energii 20,53
Wyposażenie mieszkania i prowadzenie gospodarstwa domowego 5,14
Zdrowie 5,56
Transport 8,63
Łączność 5,20
Rekreacja i kultura 6,89
Edukacja 0,97
Restauracje i hotele 5,23
Inne towary i usługi 5,51



Ceny towarów i usług.


Koszyk inflacyjny, czyli nasza lista zakupów to nie wszystko. GUS potrzebuje jeszcze informacji o obowiązujących cenach. Dane zbierane są nie tylko w ankietowanych gospodarstwach domowych, ale i bezpośrednio u sprzedawców (w sklepach, hotelach, restauracjach a nawet na targowiskach).

To także jest szczegółowo opisane. Do poszczególnych grup wydatków z koszyka przypisane są dość precyzyjnie określone produkty reprezentujące te grupy. Produktów tych jest w sumie 1.400, a ankieterzy GUS regularnie zbierają informację o poziomie ich cen. I tu pojawia się kolejna trudność, bo ten sam produkt może mieć inną cenę w różnych miejscowościach a nawet w różnych sklepach tej samej miejscowości. A poza tym to samo określenie produktu (np. „szynka wieprzowa”) może odnosić się do naprawdę różnych produktów (od szynki w cenie 15 złotych za kilogram w promocji w Biedronce do oryginalnej szynki parmeńskiej, której kilogram kosztuje grubo ponad 100 zł.). I znowu zwycięża statystyka: dane są zbierane przez 4.000 ankieterów w 35.000 punktów handlowych, więc załapią się i różne miejscowości i różne sklepy i różne produkty określane tą samą nazwą.

CPI.


Same obliczenia są bajecznie proste. Bieżącą wartość koszyka dzielimy przez bazową wartość koszyka (wartość sprzed roku) i odejmujemy jedynkę. Wynik zamieniamy na procenty. Jeśli jest dodatni mamy do czynienia z inflacją. Jeśli ujemny przeżywamy akurat deflację.

Inflacyjne kontrowersje.


Skoro to takie proste, to dlaczego budzi tyle kontrowersji? Powody są dwa i w zasadzie już o nich wspomniałem, ale dla porządku powtórzę:

Mój koszyk jest inny niż GUS-owski. Bo każdy z nas ma swoją, charakterystyczną dla siebie strukturę zakupów, która nie pasuje idealnie do uśrednionej, którą podaje GUS. Wystarczy, że nie spożywam alkoholu i nie palę tytoniu i już odbiegam od „normy koszyka inflacyjnego” o 6 punktów procentowych.

Ceny które płacę nie są cenami średnimi dla całego kraju. Bo nie kupuję wszędzie tylko w bardzo konkretnych miejscach i nie kupuję wszystkich rodzajów produktów, bo to raczej niemożliwe. Więc inaczej będą się kształtować zmiany cen w wielkim mieście, a inaczej w małej wiosce. Inaczej zmieniają się ceny produktów ekskluzywnych a inaczej ich najtańszych odpowiedników.

W każdym razie, na wskaźnik inflacji nie ma wpływu cena lokomotyw spalinowych, jak to kiedyś mówiono.

środa, 3 stycznia 2018

060. Co wspólczesne dzieci myślą o "Bankructwie..."?



Chodzi oczywiście o "Bankructwo małego Dżeka", książkę napisaną przez Janusza Korczaka, którą opisałem w poprzednim poście. Nie ukrywam, że ujęło mnie przedstawienie przez Korczaka skomplikowanych zasad prowadzenia handlu językiem zrozumiałym dla kilkuletnich dzieci. Ale ja jestem ekonomistą z wykształcenia i do tego dorosłym, więc z pewnością patrzę na treści tej książki inaczej niż czytelnik, dla którego została ona napisana. Postanowiłem więc sprawdzić, co o tej książce sądzą współczesne dzieci. Poprosiłem moje córki o przeczytanie "Bankructwa..." i napisanie o nim kilku słów.


Ekonomia? To nie dla mnie, ale...

Wygląda na to, że tytuł odstrasza. Mimo, że moje dzieci bardzo dużo czytają, to wcale nie było łatwo przekierować ich aktywność czytelniczą na tę właśnie książkę. W dzisiejszych czasach jeśli dzieciaki czytają, to są to pozycje zupełnie, zupełnie inne. A ekonomia ich nie kręci. Taka prawda. Więc trudno było zacząć...

Czytałam ją [tę książkę] na prośbę taty. Na początku szło mi strasznie ciężko, jednak wróciłam do niej niedawno i okazała się bardzo ciekawa.


O napisanie recenzji tej książki poprosił mnie tato. Bardzo prawdopodobne, że gdyby nie to, nigdy bym jej nie przeczytała, gdyż tematy ekonomiczne prawdę mówiąc niewiele mnie interesują. Wbrew moim przypuszczeniom lektura okazała się bardzo ciekawa i zajmująca.


Ale, jak już zaczęły czytać, to lektura je wciągnęła. Uwierzcie, bez nacisków z mojej strony...

O czym jest ta książka?

To akurat proste, bo Korczak pisze po prostu ciekawie. I w trakcie lektury stosunkowo łatwo można się identyfikować z głównym bohaterem, który - to fakt - nie przypomina bohaterów dzisiejszych książek. Jak to zauważyły moje dzieci, Dżek jest aż przesadnie grzeczny, ale dzięki realizowaniu dość zaskakującego przedsięwzięcia, staje się bardzo ciekawą postacią. i warto śledzić jego losy.

Kiedy prowadził bibliotekę dokładnie i starannie, stwierdził, że mógłby założyć kooperatywę.
Wreszcie bibliotekarzem zostaje Dżek. Poświęca się pracy całkowicie.

Edukacja ekonomiczna.

Obie moje córki zauważyły, że Dżek stopniowo uczył się prowadzenia sklepiku klasowego korzystając z wiedzy i doświadczenia starszych osób: mister Tafta (prawdziwego sklepikarza), swojej wychowawczyni i Hortona (starszego o cztery lata kolegi, który prowadził podobne przedsięwzięcie w swojej klasie). A czego można się nauczyć z lektury książki? Z jednej strony terminologii handlowej, która nawiasem mówiąc jest stosowana do dziś.

Książka magazynowa - zapisuje się tam, co się kupiło do sklepu, lub co się sprzedało; Kalkulacja - obliczenie, ile płacić, ile zarabiać i za ile sprzedawać; Rabat - obniżenie ceny z powodu kupowania od razu dużej ilości rzeczy; Kwitariusz - książeczka ze stronami do wyrywania. Każdy kwit ma numer, miejsce gdzie się pisze kto, ile i miejsce na datę; Książka wpływów - książka, w której zapisuje się kwoty, które zostały wpłacone do sklepu; Książka wydatków - książka, w której zapisuje się kwoty, które wydał sklep.
A z drugiej tego, że w działalności gospodarczej obowiązuje wiele zasad naprawdę zrozumiałych dla ucznia szkoły podstawowej, jeśli tylko wiedzę tę przekaże się w odpowiedni sposób.

...dzięki temu, że Dżek doskonale znał potrzeby swoich rówieśników, wiedział, czego kupują najwięcej i mógł im sprzedać odpowiednią ilość towaru, więc mogli go nabyć wszyscy, a kooperatywa zarabiała. Produkty gorszej jakości pozostawały na półkach [...] a te solidnie zrobione [...] opłacało się kupować i sięgało po nie więcej osób. Z kolei zbyt wielka wiara w ludzi [...] skończyła się stratą...
Ciekawy eksperyment. Wciąż uważam, że "Bankructwo..." to książka warta tego, by podsunąć ją dzieciakom, może nawet wspólnie przeczytać i podyskutować.

Przedstawione powyżej cytaty pochodzą z oryginalnych recenzji napisanych przez moje córki. Ich pełne wersje można przeczytać pod linkami: recenzja 1 i  recenzja 2.





środa, 27 grudnia 2017

059. Czy Janusz Korczak był ekonomistą?

We wszystkich dostępnych źródłach można wyczytać, że Janusz Korczak (a właściwie Henryk Goldszmit, 1878-1942) był pedagogiem, orędownikiem praw dzieci, założycielem pisma dla dzieci i domu dla sierot, lekarzem, pisarzem, działaczem społecznym i bohaterskim opiekunem swoich podopiecznych ale z całą pewnością nie ekonomistą.

Ekonomistą nie był – to fakt, ale nie przeszkodziło mu to w krzewieniu wiedzy ekonomicznej. A robił to po mistrzowsku wplatając tematy ekonomiczne do treści swoich książek, a że są to książki dla dzieci to i genialnie dopasował język przekazu do swoich odbiorców. Prostym językiem potrafił opisać prawa ekonomii, czyli robił dokładnie to, do czego staram się dążyć. Zerknijmy do jego książek…

„Bankructwo małego Dżeka”.

Wydana po raz pierwszy w roku 1924 powieść opowiada o chłopcu, który założył i prowadził klasowy sklepik w formie spółdzielni uczniowskiej nazywanej tu kooperatywą. Niejako przy okazji czytelnik dowiaduje się, czym są takie pojęcia jak przychody, koszty, księgowość, zysk, ryzyko i bankructwo. Następuje to nie w formie wykładu, lecz stopniowego odkrywania zasad prowadzenia działalności gospodarczej przez dziecko, czyli osobę która swoje kompetencje przedsiębiorcy buduje od zera. W zdobywaniu wiedzy ekonomicznej głównemu bohaterowi pomagają osoby dorosłe, wiarygodne i reprezentujące albo doświadczenie przedsiębiorcy albo prawdziwą mądrość życiową. Dziś nazwalibyśmy to mentoringiem, ale co ważne pieczołowicie dopasowanym do możliwości intelektualnych dziecka.

Kilka przykładów. Wychowawczyni Dżeka, której chłopiec radzi się w sprawie założenia spółdzielni prowadzącej sklepik wypowiada słowa: „Z cudzymi pieniędzmi trzeba być niesłychanie ostrożnym. Trzeba prowadzić książkę wpływów i wydatków; każdy wydatek musi być stwierdzony rachunkiem”. Pojęcia te następnie wyjaśnia chłopcu pan Taft, właściciel sklepu papierniczego, który podsumowuje swoją wypowiedź o prowadzeniu sklepiku w taki sposób: „W kupiectwie najważniejsza jest kalkulacja. Kalkulacja to jest obliczenie ile płacić, ile zarabiać, za ile sprzedawać. I to właśnie, że musisz z góry obliczyć, co będzie – jest strasznie trudne”. A model biznesowy sklepu Dżek rozumie następująco: „Bo kto ma sklep musi wszystko kupować. Kupuje od razu dużo, a potem po troszku, z zarobkiem sprzedaje. Ale nie ma tyle pieniędzy żeby od razu zapłacić, boby mu zabrakło. Więc mówi, że później zapłaci, jak już trochę sprzeda. Ale musi w porę zapłacić, bo jak nie, to mu wszystko zabiorą”. I powiedzcie, że te cytaty nie oddają istoty sprawy…

Tytułowe bankructwo jak najbardziej jest w książce obecne. I – moim zdaniem - to jest jej dodatkowy walor, bo ryzyko bankructwa występuje zawsze i Dżek się o tym osobiście przekuje. Warto na to zwrócić uwagę, zwłaszcza w naszych czasach, gdy dostrzega się przede wszystkim sukcesy…

Wcale nie uważam, że ta książka jest tylko wykładem z ekonomii dla dzieci. Ona ma o wiele szerszy, pozytywistyczny przekaz. Zdecydowanie warto tę książkę czytać razem z dzieckiem i dyskutować o prawach ekonomii, konsekwencji decyzji i różnorodności postaw społecznych, które Korczak przedstawia językiem chłopca z dolnej podstawówki.

„Król Maciuś Pierwszy”.

„Bankructwo…” opowiada o prowadzeniu sklepu, ma więc sporo odniesień do mikroekonomii. Dla odmiany w powieści „Król Maciuś Pierwszy” można znaleźć niezwykle trafne przemyślenia natury makroekonomicznej. W zasadzie nigdy nie lubiłem tej książki, bo jest dla mnie lekturą bardzo ponurą, ale nie zmienia to faktu, że można się z niej wiele nauczyć o polityce i o ekonomii. I znowu Korczak okazuje się mistrzem w dopasowaniu języka do potrzeb małych czytelników.

Słowo o fabule. Tytułowy Maciuś obejmuje tron królewski mając raptem kilka lat. Niemal natychmiast władany przez niego kraj staje się areną działań wojennych. Wojna się kończy, a Maciuś przystępuje do rządzenia rozumując oczywiście jak dziecko i zderza swoje dziecięce wyobrażenie o władzy nad państwem z rzeczywistością, która obejmuje też ekonomię.

A ekonomia potrafi być bezwzględna. Gospodarkę wyniszczoną wojną Korczak opisuje poprzez posiedzenie rządu, w trakcie którego: „Minister skarbu mówił, że nie ma pieniędzy. Minister handlu mówił, że kupcy dużo stracili przez wojnę i nie mogą płacić podatków. Minister kolei mówił, że wagony musiały tyle wozić na front, że się popsuły zupełnie i trzeba je poprawiać – i to musi dużo kosztować. Minister oświaty mówił, że dzieci przez czas wojny bardzo się rozpuściły, bo ojcowie wyjechali, a matki nie mogły sobie z nimi dać rady; więc nauczyciele żądają podwyższenia pensji i wprawienia potłuczonych szyb. Pola przez wojnę nie zasiane, towarów mało…”

Do ogromnych potrzeb kraju osłabionego wojną tytułowy Król Maciuś Pierwszy dokłada własne pomysły skierowane ku dzieciom (funt czekolady dla każdego ucznia, huśtawki i karuzele w każdej szkole). Problemem jest jednak źródło finansowania potrzeb i tu – znowu na posiedzeniu rządu - padają słowa stanowiące kwintesencję polityki pieniężnej:
„- Czy nie można wydrukować nowych pieniędzy ?
- Teraz nie można, bo już za dużo wydrukowaliśmy podczas wojny. Trzeba trochę poczekać”.
Znowu widzę to bazę do potencjalnie ciekawej rozmowy z dzieckiem na temat, co się zdarzy, jeśli
państwo wydrukuje za dużo pieniędzy…

„Król Maciuś Pierwszy” jest powieścią dla dzieci, więc pojawia się iście fantastyczne rozwiązanie problemów finansowych państwa. Maciuś udaje się z wizytą zagraniczną do króla ludożerców Brum-Duma, który ofiaruje mu „cały pociąg złota, srebra i drogich kamieni”, a te finansują wszystkie wydatki państwa i pozwalają gospodarce kraju stanąć na nogi. Bajka i marzenie przynajmniej części współczesnych polityków. Korczakowi trzeba jednak oddać, że w swojej powieści dostrzega, że gospodarka rozpędzona w tak nienaturalny sposób po pewnym czasie musi wpaść w recesję, co prowadzi do napięć społecznych.

Sami widzicie – to mądra książka a jej lektura może być punktem wyjścia do dyskusji z dzieckiem o prawach ekonomii. I nie trzeba być ekonomistą, by prostym językiem o niej mówić. Miłej lektury!

środa, 20 grudnia 2017

058. Jaką cenę może osiągnąć bitcoin?


Bitcoin stał się hitem końcówki roku. Jego cena bije kolejne rekordy i to w takim tempie, że można dostać zawrotu głowy. Pod koniec listopada wartość bitcoina przekroczyła 10.000 dolarów amerykańskich, aby tydzień później osiągnąć poziom 16.000 dolarów. W siedem dni można było zarobić 60%!!!!! Jeszcze większe wrażenie robi informacja, ile można było zyskać, gdyby zaufać bitcoinowi wcześniej. Rok temu kosztował tylko 895 dolarów (18 grudnia 2016); dwa lata temu 416 dolarów (20 grudnia 2015), a w sierpniu 2010 mniej niż dolara. Stopę zwrotu policzcie sami.
Nie dziwi więc sława bitcoina, popularność portali oferujących możliwość jego zakupu, a nawet głosy, że państwa powinny trzymać w nim swoje rezerwy walutowe. Kusi więc, aby popatrzeć w przyszłość. Oszacować, ile będzie można zarobić. W ciągu miesiąca, roku, czy całego życia. „Pomagają” w tym głosy „ekspertów” prognozujące cenę 20.000 dolarów do końca grudnia (poziom ten został zresztą przekroczony w nocy z 17 na 18 grudnia), czy 50.000 dolarów w przyszłym roku. A jak sobie wyobrazimy, że państwa rzeczywiście zaczną inwestować w bitcoina, to z mgły marzeń wyłoni się jego cena zapisana jako leżąca poziomo ósemka.
Może właśnie dlatego powinnyśmy popatrzeć wstecz. Bo przecież historia magistra vitae est.

Bitcoiny jak tulipany.

Początkowo zdawało się, że tulipany nie zrobią kariery w Europie. Trafiły tu z Turcji, radowały oczy europejskich władców, dla których hodowano je w oranżeriach, bo Europa była dla nich za zimna. Pod koniec XVI wieku w Holandii udało się jednak wyhodować pierwszą odmianę odporną na klimat zachodniej Europy. Kwiat dostępny dotąd jedynie dla krezusów, wdarł się przebojem do ogrodów niderlandzkich mieszczan. Stał się wyznacznikiem statusu społecznego, tym bardziej, że dziwnym trafem (później okazało się, że wyniku działania wirusa pstrości tulipana) dostarczał niezliczonej ilości kombinacji kolorów i kształtów kielicha. Posiadanie w ogrodzie pięknego, niepowtarzalnego tulipana znaczyło, że fortuna sprzyja ogrodnikowi. Także dosłownie. Bo ceny zaczęły szaleć.

Tulipomania.


Za najpiękniejszą odmianę uznawano Semper Augustus (obok na zdjęciu). W 1623 roku jego pojedyncza cebulka osiągała cenę 1.000 guldenów co stanowiło przeciętny dochód holenderskiej rodziny z okresu siedmiu lat. Do legendy urosła opowieść o cenie cebulki czarnego tulipana. Ponoć sprzedano ją za 1.500 guldenów, a po zawarciu transakcji kupujący mieli powiedzieć, że gotowi byli zapłacić siedem razy więcej, tylko po to, aby ograniczyć upowszechnienie się tej niezwykłej odmiany. Sprzedający nie poradził sobie z tą informacją…
Szaleństwo dopiero się zaczynało. I w świecie realnym, w którym sprzedawano gospodarstwa i domy, tylko po to, aby nabyć atrakcyjne cebulki tulipanów. I w świecie finansowym, który w roku 1635 umożliwił zawieranie kontraktów terminowych na tulipany. Odtąd transakcję można było zawrzeć o każdej porze roku, a jej wykonanie (dostawa cebulek o określonych parametrach) następowała w okresie kwitnienia tulipanów. Zobowiązaniami dostawy cebulek handlowano tak samo jak samymi cebulkami. Coraz więcej osób porzucało swoje zajęcia, zaciągało kredyty i przystępowało do gry. Popyt rósł.


To wyprowadziło ceny cebulek na szczyty. Najwyższa zarejestrowana cena za pojedynczą cebulkę tulipana (notabene chodziło o odmianę Semper Augustus) wynosiła 6.000 guldenów (przeciętny dochód rodziny z okresu czterdziestu lat). Ogromne wrażenie na wszystkich zrobiła transakcja „hurtowa” przeprowadzona w roku 1635, w ramach której sprzedano 40 cebulek za niewyobrażalną cenę 100.000 guldenów. Jesienią 1636 roku nie dziwiły transakcje, w których za jedną cebulkę płacono równowartość domu.

Kwiaty zwiędły.

Krach nastąpił 3 lutego 1637 roku. Po raz pierwszy od lat na aukcji cebulek okazało się, że nie ma nabywców na niektóre oferty sprzedaży. Niedowierzanie przerodziło się w prawdziwą panikę. Proponowano coraz niższe ceny, ale kupujących wciąż nie było.

Tysiące tulipanowych spekulantów znalezło się w potrzasku: z jednej strony kredytodawcy domagali się zwrotu pożyczek finansujących obrót cebulkami, z drugiej ich hodowcy żądali realizacji kontraktów zawartych jeszcze w okresie hossy. Czytaj: zapłaty za cebulki ustalonej wcześniej, absurdalnie wysokiej ceny. A ceny bieżące leciały na łeb na szyję.

Dopiero w kwietniu zainterweniowało państwo. Wydano dekret ustalający maksymalną cenę cebulki tulipana na poziomie 50 guldenów i anulowano kontrakty zawarte na wyższych cenach. W praktyce ten dekret nie miał żadnego znaczenia. Cena rynkowa i tak była już niska, a od powszechnych bankructw nie było już odwrotu.

Herbert o tulipanach.

Chyba najpiękniej tulipanową katastrofę opisał Zbigniew Herbert. Wszystkim polecam jego esej zatytułowany „Tulipanów gorzki zapach”. Czy jednak pisze tylko o tulipanach? Czy jego obserwacje nie mają bardziej uniwersalnego charakteru? Wreszcie, czy już wtedy (w roku 1993) nie przewidział bitcoina, jego popularności, a nawet (przypuszczalnego) miejsca jego pochodzenia? Próba odpowiedzi na te pytania zasługuje na odrębny artykuł. Tymczasem można poczytać Herberta samemu…

Jaką cenę może osiągnąć bitcoin?

Bez wątpienia równą cenie cebulki tulipana. Co do grosza... Bo wszystko jest przecież w naszych głowach.... Dokładnie tak, jak w siedemnastowiecznej Holandii.

Wesołych Świąt!



środa, 13 grudnia 2017

057. RRSO. Cześć 2: Czy mój kredyt jest tani?


Tydzień temu podjąłem się próby odczarowania wzoru na rzeczywistą roczną stopę oprocentowania. Post jest tutaj: 056. Odczarowanie jest sprawą niełatwą, bo wygląd wzoru odstrasza każdego, kto nie jest matematycznym cyborgiem. Ale naprawdę nie warto się poddawać. Logikę tego wzoru da się jednak pojąć. Może nawet komuś uda się to akurat dzięki mnie. Ucieszę się z każdego takiego przypadk

Sam wzór
jednak nie wyczerpuje tematu. Ważne jest zrozumienie, co RRSO nam pokazuje, ale też jakie ma wady.


Jak porównać dwa kredyty?

Kredyty charakteryzują się wieloma parametrami i to utrudnia ich porównywanie. Mogą mieć różne kwoty, być przyznane na różne okresy, mieć różne oprocentowania i być związane z koniecznością wnoszenia różnych opłat i prowizji. To wszystko ma wpływ na koszty ponoszone przez kredytobiorcę.
RRSO jest próbą sprowadzenia wszystkich parametrów cenowych kredytu do jednego miernika, który doskonały nie jest, ale w pewnym zakresie dość dobrze spełnia swoją rolę. Dlaczego tak uważam pokażę na podstawie analizy parametrów cenowych 25 kredytów hipotecznych prezentowanych 10 października 2017 roku na stronie https://www.totalmoney.pl/kredyty_hipoteczne (porównane zostały oferty różnych banków dla 25 letnich kredytów w wysokości PLN 250.000, spłacanych ratami stałymi).

Najbardziej rzucającym się w oczy parametrem cenowym kredytu jest jego oprocentowanie nominalne. Sprawdźmy więc, jaka jest zależność pomiędzy oprocentowaniem nominalnym a wysokością raty (wykres 1). Jak widać: generalnie im niższe oprocentowanie tym niższa rata (czyli na dzisiejszym rynku nie ma mowy o nieograniczonym wpływie poukrywanych prowizji), ale w obrębie tego samego lub podobnego oprocentowania wysokość raty może się różnić (i to dowodzi, że oprocentowanie nominalne nie jest wystarczającym parametrem, aby kredyt uznać za atrakcyjny cenowo).


Gdyby te same kredyty analizować pod kątem zależności raty od RRSO, to na wykresie ustawiają się w idealnej linii. Zob wykres 2. Mam więc twardy dowód (tym razem bez żadnego „generalnie”), że im niższe RRSO tym tańszy kredyt (tym niższa rata).


Gdzie są słabości RRSO?

RRSO doskonały jednak nie jest.

Po pierwsze praktycznie niemożliwe jest zweryfikowanie wyniku obliczeń dokonanych przez bank. Samo równanie można zrozumieć, ale jego rozwiązanie jest już tak trudne, że bez specjalnego programu komputerowego już w przypadku kredytu spłacanego w kilku ratach nie mamy większych szans. Pozostaje wiara, że bank policzył dobrze, że UOKiK tego pilnuje i ewentualnie można próbować weryfikacji w oparciu o dostępne w sieci kalkulatory RRSO, ale kto to wie, ile one są warte…

Po drugie, w obliczeniach RRSO ex ante konieczne jest poczynienie szeregu założeń dotyczących czasu i wartości płatności z tytułu kredytu (wypłat i spłat). Nawet działając w absolutnie dobrej wierze, nie można mieć pewności, że założenia będą trafne, a więc wynik może okazać się przybliżony…

I wreszcie po trzecie przeliczanie rat kredytowych na dzień pierwszego wykorzystania kredytu, choć poprawne z punktu widzenia matematyki finansowej, jest mało intuicyjne i prowadzi niekiedy do dziwacznych wniosków. Przeanalizujmy kredyt 250.000, zaciągany na 25 lat, oprocentowany 5% w skali roku, bez żadnych dodatkowych kosztów i prowizji. W zależności od wyboru sposobu spłat będziemy musieli zwrócić bankowi od 406.770,83 (suma rat malejących) do 438.442,53 (suma rat stałych). To jesteśmy w stanie policzyć sami. Tańszy jest więc kredyt spłacany poprzez raty malejące, prawda? Jeśli jednak dla obu przypadków policzymy RRSO to wyjdzie nam … ta sama wartość 5,12%, która oznacza, że oba kredyty są takie same jeśli chodzi o koszt. Bzdura? W sensie matematyki finansowej nie – to efekt uwzględnienia czynniku czasu, czyli przeliczenia wszystkich rat na wartość bieżącą obowiązującą dla dnia pierwszego uruchomienia. Ale konia z rzędem temu, kto przyjmie to bez dyskusji. Zwłaszcza, jeśli nie studiował matematyki finansowej…

Lepiej więc nie używać RRSO do porównania kredytów spłacanych różnymi metodami.

Czy warto zerkać na RRSO?

Uważam, że tak.

Przede wszystkim porównywać RRSO i oprocentowanie nominalne. Bo różnica powie nam, jak wielki wpływ na koszty kredytu mają prowizje, których na pierwszy rzut oka nie widać w ofercie. To zresztą jest najlepszy sposób weryfikowanie ofert typu „kredyt za zero”. Jeśli naprawdę jest „za zero” to RRSO wynosi zero.
Czytajmy uważnie założenia towarzyszące obliczeniom RRSO. One są publikowane w materiałach reklamowych i jeśli mniej więcej odpowiadają naszej sytuacji to znaczy, że RRSO dotyczy naszego przypadku. Jest niejako policzone dla nas. Czyli możemy w ten sposób porównywać oferty i wybrać lepszą dla nas.

Nie skupiałbym się nad tym, że samodzielnie nie zweryfikujemy poprawności obliczeń. Zamiast tego polecałbym analizę symulacji kredytu: wysokości poszczególnych rat i ich sumy w całym okresie finansowania. Dociekliwość wobec kredytodawcy a także używanie zdrowego rozsądku. To zawsze najlepsza droga do dobrych wyborów.


środa, 6 grudnia 2017

056. RRSO, czyli tajemniczy bat na banki. Część1: Jak działa?


Jakie jest najczęściej występujące zdanie z polskich reklamach telewizyjnych i radiowych? Na pewno je słyszeliście. Brzmi: „Przed użyciem zapoznaj się z treścią ulotki dołączonej do opakowania bądź skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż każdy lek niewłaściwie stosowany zagraża Twojemu życiu lub zdrowiu”. Obowiązujące rozporządzenie Ministra Zdrowia mówi, że tekst ten musi być odczytany wyraźnie, w języku polskim, a na ekranie musi widnieć nie krócej niż 8 sekund.
Odpowiednikiem tego wymogu w przypadku reklamowania kredytów konsumenckich jest nakaz prezentacji informacji o rocznej rzeczywistej stopie procentowej, czyli tajemniczym RRSO. Posłowie okazali się mniej precyzyjni niż Minister Zdrowia: informacja o RSSO ma być podana „w sposób co najmniej tak widoczny, czytelny i słyszalny, jak pozostałe informacje przekazywane w reklamie”. To jest mało konkretne, więc niektórzy więc mogą mieć problem z jej wyłapaniem spośród lawiny informacji zachwalających kredyt. Tym bardziej, że obowiązek dotyczy podania także założeń odpowiadających „reprezentatywnemu przykładowi”, a to już się robi mnóstwo słów, które kradną cenny czas reklamowy. No, ale nie o tym mowa.

Czym jest RRSO? Po co się ją oblicza?

Ustawa mówi, że RRSO to całkowity koszt kredytu ponoszony przez konsumenta, wyrażony jako wartość procentowa całkowitej kwoty kredytu w stosunku rocznym. A przedstawia się ją to po, aby... (i tu cytuję zapis Ustawy) „pomóc […] w porównaniu oferowanych kredytów”. Wszystko jasne? Dla mnie nie bardzo. Zagmatwa się jeszcze bardziej, gdy zobaczymy jak się to liczy…

Jak policzyć RRSO?

Od razu uprzedzam, że na my tego na szczęście nie musimy liczyć. Ten obowiązek spoczywa na kredytodawcach i pośrednikach finansowych, którzy są sprawdzani z poprawności obliczeń. I bardzo dobrze, bo aby poznać RRSO „wystarczy tylko” rozwiązać takie równanie:
gdzie i oznacza RRSO, a pozostałe symbole oznaczają:

Powinienem był chyba uprzedzić, że przyjmowanie pokarmów i napojów w trakcie zapoznawania się ze wzorem na RSSO grozi zakrztuszeniem. Bo wzór wygląda strasznie. Jego postać wynika z dyrektyw europejskich (dokładnie Dyrektywy Komisji 2011/90/UE z listopada 2011), ale to od nas zależy, czy już teraz się poddamy, czy jednak weźmiemy tego brukselskiego byka za rogi i pokażemy urzędnikom europejskim, że jesteśmy przynajmniej w stanie zrozumieć ogólny sens obliczeń. Bo jesteśmy! A liczyć nie będziemy – od tego są kalkulatory.


O co chodzi we wzorze na RRSO?


W matematyce finansowej zawsze jeśli w mianowniku (na dole ułamka) pojawia się „1 + cośtam” do jakiejś potęgi to oznacza, że mamy do czynienia z dyskontowaniem, czyli przeliczaniem wartości przyszłej na wartość bieżącą. O najprostszym zastosowaniu tego mechanizmu pisałem tutaj.

Na lewo od znaku równości mamy zapis przeliczający wartość wypłat z kredytu (transz) na dzień pierwszego wykorzystania kredytu (pierwszej transzy). W przypadku pierwszej transzy oczywiście nie ma czego przeliczać. Ale wzór zadziała. W mianowniku mamy „1 + cośtam” do potęgi zero, czyli jest to warte 1, czyli pierwsza transza wchodzi do sumy w swojej wartości nominalnej. Jeżeli więc kredyt jest wypłacony w całości jednorazowo, to po lewej stronie znaku równości mamy jego kwotę bez żadnych przeliczanek.  Jeśli jednak kredyt ma kilka transz, to każdą kolejną przeliczamy na wartość, jaka obowiązywałaby w dniu pierwszego uruchomienia.
Na prawo od znaku równości mamy z kolei wszystkie wpłaty do banku z tytułu naszego kredytu. Płatności prowizji, odsetek i rat kapitałowych. W kredycie hipotecznym to może być nawet ponad 300 składników wpłacanych do banku w różnym czasie. Prawa strona równania przelicza (dyskontuje) wartość każdego z nich na wartość obowiązującą w dniu pierwszego uruchomienia.


Przeliczanie wartości przyszłej na wartość bieżącą odbywa się w oparciu o czas oraz obowiązującą stopę procentową. W przypadku tego równania niewiadomą jest właśnie stopa procentowa, a dokładnie hipotetyczna stopa procentowa obowiązująca od pierwszego uruchomienia kredytu do ostatecznej jego spłaty, która zapewni, że zdyskontowane wypłaty z kredytów będą się równać zdyskontowanym wpłatom. I to jest właśnie RRSO, czyli ów „koszt kredytu w ujęciu rocznym”.


W praktyce do obliczeń potrzebny jest dobry program komputerowy. Ale powtarzam: nie musimy sami obliczać RRSO. Wystarczy, że nie będziemy się bali konstrukcji tego strasznego wzoru i będziemy wiedzieć co wynika z RRSO, które podają nam banki. Bo to jest jeszcze jeden wskaźnik opisujący kredyt, który chcemy zaciągnąć i warto korzystać z niej świadomie. Zwłaszcza, że ma swoje plusy i swoje minusy.

Na razie chciałem odczarować wzór. Udało mi się?
Za tydzień będzie o plusach i minusach.

środa, 29 listopada 2017

055. Pierwsze urodziny bloga.


Rok temu, a dokładnie 27 listopada 2016 roku, opublikowałem pierwszy post na moim blogu. O tym, że finanse są proste. Bo jako cel postawiłem sobie pisać o ekonomii prostym językiem i walczyć z przesądem, że ekonomii nie da się zrozumieć.

Czy mi to wychodzi? Czy się podoba? Czego brakuje? To pytania do Was. Będę wdzięczny za każdą odpowiedź w dowolnej formie…
A tymczasem urodziny to dobra okazja na..

Podziękowanie i podsumowanie.

Oczywiście największe podziękowania należą się pleno titulo CZYTELNIKOM, bo Wasza aktywność na blogu złożyła się na następujące osiągnięcia:
Ponad 15 tys. wyświetleń.
Prawie 3 tys. unikalnych użytkowników.
Ponad 54 godziny spędzonych przez Was łącznie na blogu
362 polubienia na FB.

Przegląd hitów.

Spośród 54 opublikowanych wpisów najbardziej popularne okazały się:

Post "052. Dlaczego drożeje masło?" (link: 052), który do dziś miał 1.896 wyświetleń, co pozwala mi myśleć, że czytelników najbardziej interesuje to, co się dzieje akurat teraz i co faktycznie ich dotyczy. Tego typu zagadnień będę poszukiwał i będę je opisywał na blogu.

Cykl o ekonomii na przedwojennych maturach, a dokładnie trzy posty (033, 034, 035) opublikowane na początku tegorocznych wakacji. Letnia aura nie przeszkodziła w osiągnięciu łącznej liczby ponad 2 tys. wyświetleń, choć ogłoszony przeze mnie konkurs na rozwiązania przedwojennych zadań maturalnych nie spotkał się z dużym zainteresowaniem czytelników. Do ekonomii na przedwojennych maturach jeszcze wrócę, bo wydaje mi się, że warto...

Ponad 1,5 tys. wyświetleń miał mikrocykl poświęcony tematyce ujemnych cen (posty 045 i 046). Myślę, że zaskakująca okazała się teza, że ujemne ceny w ogóle istnieją, a post 046, którego tytuł zawiera frazę, że każdy z nas stosuje ujemne ceny, jest jak datąd drugim najbardziej popularnych postem na moim blogu, z liczbą wyświetleń dochodzącą do tysiąca.

I wreszcie, co mnie bardzo cieszy, inspirowany fragmentem Nowego Testamentu post "047. Ekonomia w Ewangelii: talenty i denary" (link: 047), który został odczytany 718 razy. Przygotowujące ten wpis musiałem trochę popracować nad swoją wiedzą historyczną i w sumie mam materiał na kolejne wpisy przedstawiające ekonomię w starożytności, z którego zapewne skorzystam.

Podziękowania specjalne.

dla mojej żony, za to, że zadała mi pytanie, które na dłużej zakłóciło mój spokój, bo brzmiało „A dlaczego TY nie założysz bloga?”, i od niego wszystko się zaczęło.

dla Agnieszki Janiak, która naukowo zajmuje się „komunikacją nowomedialną” i choć jest osobą bardzo zajętą a okoliczności nie sprzyjały, znalazła dla mnie czas i w pewien śnieżny, styczniowy poranek udzieliła mi mnóstwa cennych wskazówek. W wyniku tamtej rozmowy zmianie uległ i tytuł bloga i jego wygląd. Od wtedy Agnieszkę uważam za matkę chrzestną mojego bloga.
dla Tomka Kopyry, który jest profesjonalnym blogerem (https://blog.kopyra.com), lecz mimo to absolutnie poważnie podszedł do rozmowy z kandydatem na blogera-amatora, jakim wówczas byłem (wciąż jestem!) i z wyrozumiałością odpowiedział na wszystkie moje pytania, w tym te mocno naiwne.

Przy okazji przepraszam Agnieszkę i Tomka, że nie ze wszystkich rad skorzystałem. Mam je zapisane, pamiętam, ale potrzebuję jeszcze do nich dorosnąć….

Plany.

Dalej zamierzam publikować co środę. Mam nadzieję, że tematów i zapału mi nie zabraknie.

Już za tydzień wrzucę materiał o bardzo znanym Polaku, który w ogóle nie jest kojarzony z ekonomią, a który moim zdaniem bardzo skutecznie propagował ją wśród dzieci i młodzieży, używając - a jakże - prostego języka, bo oczywiście dopasowanego do swoich odbiorców.

Następnie będzie cykl poświęcony tajemniczemu skrótowi RRSO.

A potem? Nie ma co ukrywać - mam listę zagadnień, którymi chcę się zająć. Ale jestem otwarty na Wasze propozycje. Jeśli coś zaproponujesz to kto wie, może akurat Twoje życzenie zostanie spełnione...

Jeszcze raz dziękuję za odwiedzanie bloga Ekonomia Nasza Powszednia.

środa, 22 listopada 2017

054. Jajo droższe od kury? Ale jaja...


W Europie jaja są droższe od kur!!! Na początku listopada hurtowa cena tuszek kurczaków wynosiła182,43 euro za 100 kg. A 100 kg jaj kosztował 185,91 euro (źródło: Krajowa Izba Producentów Drobiu i Pasz).  Mamy więc po raz pierwszy sytuację, w której JAJO JEST DROŻSZE OD KURY. Jak wiemy przynajmniej raz jajo było mądrzejsze od kury i źle skończyło. Ale żeby było droższe?

Wniosek jest oczywiście żartem. 100 kilogramów jaj jest droższe od 100 kilogramów kurczaka. A to nie oznacza jeszcze, że jajko jest droższe. Jajo waży około 60 gram. Przeciętny polski kurczak oddawany do uboju waży 2,4 kg, więc tyle, co 40 jaj. I nawet jeśli zredukujemy go do tuszki to i tak będzie kosztować dużo więcej niż jedno jajo.

Ale prawdą jest, że w przeciągu ostatniego pół roku cena jaj poszybowała mocno w górę, a cena kurczaków pozostała mniej więcej na tym samym poziomie. Dlaczego tak się stało?

Rynek kurczaków i rynek jaj.

Kura najpierw dała się udomowić, a potem zindustrializować. W efekcie dzisiejsze drobiarstwo to prawdziwy przemysł, a w zasadzie co najmniej dwie jego różne gałęzie: produkcja jaj i produkcja kurcząt rzeźnych. I gałęzie te mają ze sobą niewiele wspólnego. W pewnym sensie nawet kura ich nie łączy, bo występuje jedynie przy produkcji jaj.

To może być szok dla tych, którzy pamiętają sielski obrazek gospodarza wracającego z kurnika i niosącego w koszyku jaja na śniadanie a pod pachą kurę na obiad. W drobiarstwie to się nie zdarza…

Kura jak wiemy znosi jaja. W Polsce znosi ich 9,1 miliarda rocznie, co stawia Polskę na siódmym miejscu pod względem produkcji jaj w Unii Europejskiej. Rola kury przemysłowej kończy się, gdy spada jej zdolność produkcyjna. Wówczas kurę się ubija, a jej mięso jest przerabiane choćby na karmę dla zwierząt. Nie jest sprzedawane jako piersi, udka czy skrzydełka, bo te są dostarczane przez kurczaki.

Od dziecka wiedziałem, że kurczak to mała kura. Albo mały kogut. W dzisiejszym drobiarstwie kurczak to stworzenie służące do produkcji mięsa. Więc jaj nie znosi. Tylko rośnie. Jak najszybciej. Aby jak najszybciej osiągnąć wagę niecałych 2,5 kg. i stać się tuszką po 185 euro za 100 kg. w hurcie.

Ceny kurczaków. Ceny jaj.

Skoro mamy dwie rozłączne gałęzie produkcji to i zachowanie się cen na tych rynkach jest niezależne. A na cenę jak wiadomo działa i popyt i podaż.

Popyt konsumencki na jaja i na mięso drobiowe jest względnie stały. Oczywiście zwiększa się w okresach większej konsumpcji (np. w czasie Świąt), ale to się powtarza co roku. Zakłócają go informacje o ptasiej grypie, szkodliwości cholesterolu, czy niechęć do przemysłowego drobiarstwa. Ale fakty są takie, że mięso drobiowe i jaja mają swych wiernych zwolenników, także z powodu atrakcyjnej ceny.

W przypadku jaj jest jeszcze popyt przemysłowy. Jaja są oczywiście przetwarzane przede wszystkim w przemyśle spożywczym. Ale nie stroni od nich choćby mocno rozwijające się branża kosmetyczna. Mamy więc konkurencję wpływającą na popyt na jaja, który sami tworzymy.

A podaż? Pewnie też byłaby względnie stała, gdyby nie afera z fipronilem, jaka wydarzyła się  w czerwcu tego roku w Belgii, Holandii i Francji. Wykryto wówczas, że jaja są skażone owadobójczym środkiem przeciwko wszom i pchłom, który zawiera fipronil, według Światowej Organizacji Zdrowia umiarkowanie toksyczny środek, którego spożywanie w dużych ilościach może prowadzić do uszkodzenia nerek, wątroby i gruczołów limfatycznych.

W wyniku afery w samej tylko Holandii zarządzono wybicie 1 miliona sztuk drobiu. Niby dużo. Mogliśmy w Polsce nawet czytać o „masowych ubojach”. Ale ten milion to ledwie 2% holenderskich niosek. Zmniejszenie produkcji o 2% nie powinno mieć dużego wpływu na cenę. Ceny wzrosły jednak znacząco, bo o ponad 30%. Dlaczego? Doszła jeszcze psychologia…

Mnożnik psychologiczny.

Wygląda to trochę tak, jakby początkowo chciano całą sprawę zamieść pod dywan. Dywan okazał się za mały, gdzieś się wybrzuszył i w świat poszedł dramatyczny przekaz o skażeniu jaj. Belgijskich, holenderskich i francuskich. Wzmocniony o zarzut ukrywania afery przez kraje, w których miała ona miejsce. I to jest ciekawe, bo doprowadziło do tego, że z rynku wypadły nie tylko fermy, których afera dotyczyła, ale także inne działające w tych krajach...

Rządy tych państw pewnie zadbają o rekompensaty dla swoich producentów, ale na rynku zaczęło brakować jajek...

Podaż w dół. Cena w górę.

Czyli klasyka ekonomii. Zwłaszcza, że dodatkowym zjawiskiem, jakie wystąpiło było wykrycie ptasiej grypy w fermach największego włoskiego producenta jaj. On też wypadł z rynku i tym samym dołożył się do braków na rynku.

W efekcie przy nieco rosnącym popycie pojawiło się znaczące obniżenie podaży. Na hurtowych rynkach unijnych ceny jajek wzrosły o 30% na przestrzeni czerech miesięcy (od lipca do października 2017), co zaskoczyło naprawdę wszystkich i producentów, i konsumentów i ludzi odpowiedzialnych za dystrybucję jaj też.

Jajo a sprawa polska.

A jakie ma to przełożenie na nas? Ano takie, że skoro po sąsiedzku występuje niedobór towaru i cena rośnie, to i u nas cena musi rosnąć. Dla polskiego producenta jaj, cena obowiązująca w Zachodniej Europie stała się tak atrakcyjna, że warto było nawet zerwać kontrakt krajowy i – a jakże – zapłacić przewidzianą karę umowną, ale sprzedać za granicę. To też ekonomia.

Ceny jaj w Polsce wzrosły nawet bardziej niż na Zachodzie. Dlaczego? Pół roku temu ceny w Polsce były niskie, a ewentualny eksport przez wiele krajów ograniczony był restrykcjami związanymi z ptasią grypą. W efekcie polscy producenci działali na granicy opłacalności. Jaj było dużo i niełatwo było je wysłać za granicę.

Ostatnie miesiące zmieniły jednak sytuację diametralnie. "Pomogła" sprawa fipronilu, ale Polska została też uznana za kraj wolny od ptasiej grypy. Restrykcje wobec polskich producentów zniosły Japonia, Białoruś, Arabia Saudyjska i Korea Południowa. Drzwi przed polskim jajkiem otworzyły się szerzej niż dotąd i producenci korzystają z tej okazji. A efektem ubocznym są wyższe ceny jajek w Polsce.

Globalizacja i nie tylko.

To jest oczywiście kolejny przykład, jak sytuacja na rynku globalnym przekłada się na życie codzienne. Ale tym razem nie chodzi tylko o czystą podaż i czysty popyt. Urzędnicy, którzy zbyt opieszale reagowali na sytuację w swoich krajach, wzmocnili w ten sposób reakcję rynku. Okazuje się, że to też element globalizacji. Choć ich decyzje w ogóle nas nie dotyczyły.

Globalizacja nie jest ani dobra ani zła. Ona po prostu jest. I odczuwamy jej efekty. Naprawdę trzeba się nauczyć z nią żyć.