Prostym językiem o ekonomii ...

wtorek, 13 lutego 2018

066. Słowa - subtelny oręż ekonomii behawioralnej.

„Dylemat więźnia” – to gra, której przebieg studenci ekonomii analizują, niezależnie od tego, czy studiują na Harvardzie czy w Krakowie. Jej scenariusz polega na tym, że dwaj podejrzani są zatrzymani przez policję pod zarzutem popełnienia różnych przestępstw. Bezsprzeczne jest to, że popełnili drobne przestępstwo (policja ma na to dowody). Policja jest też przekonana, że obaj podejrzani uczestniczyli w poważnym przestępstwie, ale dowodów na to nie ma. Jedyne, co można zrobić to przesłuchiwać podejrzanych osobno i liczyć na to, że jeden zadenuncjuje drugiego.

Tytułowy dylemat polega na tym, że obu podejrzanym przedstawia się następujący wybór: jeśli obaj będą milczeć, to każdy z nich zostanie skazany na drobne przestępstwo powiedzmy na rok więzienia. Jeśli jeden z nich doniesie na drugiego, a drugi zachowa milczenie, to kapuś zachowa wolność a ten drugi pójdzie do więzienia na dziesięć lat. Jeśli obaj doniosą na siebie wzajemnie to obaj będą sądzeni za poważniejsze przestępstwa, ale ze względu na współpracę z policją zostaną skazani na pięć lat więzienia.
To ciekawa gra, w której losy jednego gracza w 50% zależą od sposobu gry przeciwnika, który podejmuje decyzje w pełni samodzielnie. Współpracować czy zdradzić – do tego w sumie się to sprowadza. Ale trzeba uwzględnić potencjalną decyzję partnera…

Nazwa ma znaczenie.

Przez lata „Dylemat więźnia” doczekał się wielu modyfikacji, w tym takiej, w której chodzi o pieniądze i można tylko wygrać. Zasady są następujące:
  • Jeśli oba gracze wybiorą opcję „współpraca” – każdy z nich otrzyma po 5 dolarów.
  • Jeśli jeden wybierze „współpracę” a drugi „zdradę” to pierwszy otrzyma 8 dolarów, a drugi 2 dolary.
  • Jeśli obaj wybiorą „zdradę – żaden z nich nie otrzyma ani centa.
W tej wersji gra to pięć decyzji. Można więc zarobić od 0 do 40 dolarów. Wiesz już, jak byś zagrał? To teraz uważaj…

W badaniach prowadzonych na amerykańskich uniwersytetach do gry zaproszono studentów. Połowie z nich powiedziano, że gra nosi tytuł „Wspólnota” a drugiej połowie, że „Wall Street”. Wystarczyło tylko zmienić tytuł gry, aby zaobserwować zmianę zachować graczy. Gdy gra się nazywała „Wspólnota” ponad 2/3 graczy wybierało strategię opartą na współpracy. Współpracę wybierało natomiast ledwie 30% studentów, gdy grę zatytułowano „Wall Street”.
Ciekawe, prawda?
Subtelna zmiana tytułu gry jakże skutecznie podpowiada ludziom, jak należy się zachować…

To samo czy nie to samo?

Niektórzy powiedzą, że w odniesieniu do zarobków zdania „oszczędzę 20%.” i „wydam 80%” mają tę samą wartość logiczną. Dla komputera tak. Ale dla człowieka niekoniecznie.

Przeprowadzono badania, w których połowa respondentów wypowiadała się na temat oszczędzania a druga połowa na temat redukcji swoich wydatków. Wyniki pokazały, że tylko połowa respondentów uważała, że jest w stanie oszczędzić 20% swoich zarobków, podczas, gdy cztery osoby na pięć były przekonane, że mogłyby żyć za 80% swych dochodów.
Przecież mówili o tym samym, prawda? A jednak oceniali to w różny sposób…

Czy zawsze dokonujemy wyboru w ten sam sposób?

Wyobraź sobie, że musisz wybrać spośród dwóch możliwości: tegoroczne spędzisz wakacje nad morzem albo w górach; zatrudnisz pana Adama albo panią Basię; pójdziesz jutro do kina czy do teatru. Jeśli masz dwie opcje, to wybór jednej z nich oznacza automatycznie odrzucenie drugiej, prawda?

Zadanie może być jednak sformułowane albo jako wybór albo jako odrzucenie jednej z opcji. Czy to dla człowieka jakaś różnica? Teoretycznie nie. A jednak badania pokazują, że jest dokładnie na odwrót.
Psychologowie odkryli bowiem, że podejmując decyzję człowiek jest skoncentrowany na jej uzasadnieniu. To logicznie! Oznacza to dokładnie, że jeśli wybiera, to skupia się na uzasadnieniu, dlaczego wybrał. A jeśli odrzuca to na jest skoncentrowany na powodach odrzucenia. Są to odpowiednio plusy opcji wybranej i minusy opcji odrzuconej. Niby to samo, ale definiując treść problemu (zadania, pytania referendalnego) można albo skierować uwagę osób wybierających na plusy albo na minusy poszczególnych rozwiązań.

Wciąż myślisz, że to bez znaczenia? Przeczą temu doświadczenia przeprowadzone na Uniwersytecie Princeton, w ramach których decydowano któremu z dwojga rodziców przyznać prawo do opieki nad dzieckiem. Jednego z rodziców przedstawiono jako osobę mającą w kontekście powierzenia mu dziecka zarówno wyraźne plusy, jak i wyraźne minusy. Drugiego rodzica opisano wyłącznie przy pomocy cech umiarkowanych. Okazało się, że wyrazisty rodzic zdecydowanie wygrywał, jeśli zadanie polegało na wskazaniu komu dziecko powierzyć (decydowały wyraźne plusy kandydatury). Jeżeli uczestnicy doświadczenia mieli zdecydować którą kandydaturę odrzucić, wyrazisty kandydat przepadał z kretesem (pogrążały go wyraźne minusy).

Przyszłość należy do behawiorystów.

Można by rzec „niestety”. Ale prawda jest taka, że wciąż rosnący dorobek ekonomii behawioralnej jest coraz częściej wykorzystywany w kierowaniu kampaniami marketingowymi, zarządzaniu ludźmi, a nawet całymi państwami.

Jak piszą Gilowich i Ross „w ciągu ostatnich trzydziestu lat, psychologowie wielokrotnie wykazali, że każda nawet najmniejsza zmiana sposobu, w jaki formułuje się pytanie lub opisuje rozwiązanie, może radykalnie zmienić to, jak ono jest rozumiane a co za tym idzie – jak ludzie na to reagują.” Ekonomia behawioralna przeniosła tylko te odkrycia do sfery wyborów ekonomicznych i politycznych.
Świadomie dobrane słowa naprawdę mogą odmienić losy danej sprawy. Nie ma co wierzyć, że słowa w kampanii marketingowej, przemówieniu polityka, czy pytaniu referendalnym są przypadkowe.

I nie ma znaczenia, że ktokolwiek z nas uważa się za sprytniejszego. Ważne, że to zadziała na całej populacji.


Bibliografia:
Thomas Gilovich i Lee Ross "Najmądrzejszy w pokoju. Jakie korzyści możemy czerpać z najważniejszych odkryć psychologii społecznej?".

środa, 7 lutego 2018

065. Ekonomia behawioralna: nauka czy manipulacja?

Klasyczna ekonomia naprowadza człowieka na podejmowanie racjonalnych decyzji. Teoretycznie, gdybyśmy kierowali się wyłącznie nią, nasze decyzje prowadziłyby do maksymalizowania naszych korzyści, a podejmowane byłyby po przeanalizowaniu wszystkich dostępnych informacji i zastosowania niepodważalnych praw logiki.

Teoretycznie! Bo… człowiek tak nie funkcjonuje. Bo jest człowiekiem, a nie maszyną do rozwiązywania zadań z ekonomii. Czasem nie potrafi powiedzieć, co jest dla niego bardziej korzystne. Nie ogarnia wszystkich informacji. A decyzje podejmuje niekiedy na podstawie błędnego rozumowania. Bo jest człowiekiem...
Właśnie takimi decyzjami ludzi zajmuje się stosunkowo młoda gałąź ekonomii – ekonomia behawioralna, która wcale nie zakłada, że nasze decyzje są zawsze racjonalne, lecz analizuje je wykorzystując dorobek psychologii i innych nauk społecznych.

Ile waży ćwierćfunciak?

W słynnej scenie z filmu Pulp Fiction Jules Winnfield i Vincent Vega rozmawiają o „ćwierćfunciaku z serem” i jego oczywistej przewadze nad swoim europejskim odpowiednikiem, którym jest „McRoyal”. Europejczyków podsumowują krytycznie słowami: „Mają system metryczny, nie kapują, co to jest ćwierć funta”.

„Kapowanie, co to jest ćwierć funta” okazuje się jednak nieoczywiste także dla rodowitych Amerykanów, czego dowodzi następująca historia: Pod koniec XX wieku jednym z istotnych konkurentów sieci McDonald’s w USA była sieć restauracji fast-food prowadzona przez firmę A&W. Firma ta weszła na rynek z hamburgerem zawierającym jedną trzecią funta wołowiny, który miał stanowić bezpośrednią konkurencję dla słynnego ćwierćfunciaka, zawierającego tylko jedną czwartą funta wołowiny. Zamysł był następujący: hamburger oferowany w podobnej cenie, który zawiera więcej wołowiny pokona tego, który wołowiny zawiera mniej. Niestety! Operacja zakończyła się kompletną klapą. A szczegółowe badania konsumentów wykazały, że dominowało wśród nich rozumowanie dokładnie odwrotne: „skoro 4 jest większe niż 3, to 1/4 jest większa niż 1/3, więc to ćwierćfunciak jest cięższy”. Nie ma to oczywiście nic wspólnego z prawdą, Pitagoras przewraca się w grobie, ale to cwierćfunciak wygrał i to on jest tematem rozmowy w Pulp Fiction a nie hamburger firmy A&W.

Ekonomia i psychologia.

Możemy się oczywiście ponabijać z Amerykanów. Zwłaszcza matematycy mają powody, aby bardzo krytycznie ocenić zjadaczy hamburgera, którzy nie potrafią porównać 1/4 z 1/3. Wyznawcy klasycznej ekonomii też mogą dołożyć swoje: jak widać ignorancja prowadzi do błędnych decyzji o charakterze ekonomicznym.

Ekonomiści behawioralni podejdą do tego zagadnienia zupełnie inaczej...
Oni ściągną na pomoc psychologów po to, aby zrozumieć przyczyny tak powszechnego i tak błędnego rozumowania konsumentów hamburgera. Najpierw, aby zrozumieć mechanizm myślowy, który zadziałał. A później po to, aby wykorzystać go dla swoich celów.

W tym przypadku mieliśmy do czynienia z pewną wariacją na temat czegoś, co psychologowie nazywają „zaniedbywaniem mianownika”. Na ogół mechanizm ten wykorzystywany jest w ten sposób, że jeśli chce się wywołać wrażenie dużej liczby podaje się ją w dużej skali (np. „Twoje wynagrodzenie wyniesie 360 euro”). Jeśli natomiast tę samą wartość chce się pokazać jako mniejszą niż w rzeczywistości podaje się ją w małej skali („koszt ubezpieczenia to jeden dolar dziennie”). Brzmi to zabawnie, bo przecież mówimy o tej samej wartości. A jednak ludzie odbierają ją zupełnie inaczej i można to świadomie wykorzystać.

Zastosowania ekonomii behawioralnej.

Ekonomia behawioralna nie jest niewinną nauką, której celem jest jedynie wytłumaczenie zachowań zwykłego człowieka. Jest wręcz przeciwnie. Poznanie mechanizmów myślowych człowieka służy temu, aby wykorzystać je dla realizacji konkretnych celów.

Najprostszym jej zastosowaniem jest świadome zdefiniowanie tzw. opcji domyślnej. Decyzja należy do nas i wielu z nas to doceni. Ale to ci, którzy dają nam możliwość wybierania, mogą też wskazać, co się wydarzy, jeśli faktycznie wyboru nie dokonamy. To właśnie opcja domyślna, która w istocie ma decydujące znaczenie dla sumy wszystkich wyborów.
Dania i Szwecja to sąsiadujące ze sobą kraje, których społeczeństwa pod wieloma względami są do siebie bardzo podobne. Tak się jednak składa, że tylko niecałe 5% Duńczyków i aż 85% Szwedów jest gotowych przeznaczyć swoje narządy do ewentualnej transplantacji. Z czego wynika ta różnica? A no z tego, że w Danii opcją domyślną jest brak zgody na transplantację (żeby zostać dawcą trzeba złożyć oświadczenie na prawie jazdy) a w Szwecji zakłada się przeciwnie, że wszyscy zgadzają się być dawcami (można natomiast złożyć oświadczenie o braku zgody). Widać więc jak na dłoni, że wybór można tak ustrukturyzować, żeby ludzie wybrali „właściwie”.

Dorobek ekonomii behawioralnej wykorzystano też z pewnością w procesie częściowej likwidacji OFE w Polsce. Opcja domyślna („jeśli nic nie zrobisz zostaniesz wypisany z OFE i przeniesiony do ZUS”) z pewnością nie była przypadkowa. I to w sumie dobrze świadczy o naszych rządzących, że stosują tak nowatorskie metody naukowe. Czy to była manipulacja? Oceńcie sami…  

Nobel dla behawiorysty.


Ekonomia behawioralna to stosunkowo młoda gałąź ekonomii, ale już doceniona. W roku 2017 laureatem nagrody Nobla z ekonomii został behawiorysta prof. Richard Thaler. W uzasadnieniu Królewska Szwedzka Akademia Nauk napisała, że Thaler „uwzględnia realistyczne założenia psychologiczne w swych analizach dotyczących podejmowania decyzji ekonomicznych” badając przy tym „konsekwencje ograniczonej racjonalności, preferencji społecznych i braku samokontroli” osób podejmujących indywidualne decyzje.

Wcześniej ekonomiczny Nobel powędrował do behawiorysty w roku 2001, 2002 i 2013.
Ekonomia behawioralna potrafi też być o wiele bardziej subtelna, o czym napiszę za tydzień.


Przykłady zastosowań ekonomii behawioralnej (sprawa hamburgera A&W oraz zasady wyrażania zgody na transplantację organów w Danii i Szwecji) zaczerpnąłem z książki Thomasa Gilovicha i Lee Rossa "Najmądrzejszy w pokoju. Jakie korzyści możemy czerpać z najważniejszych odkryć psychologii społecznej?". Książkę zdecydowanie polecam. Jest bardzo dobra! Skojarzenie ze sceną z Pulp Fiction jest moje własne :)

środa, 31 stycznia 2018

064. Komu potrzebna jest ekonomia na maturze?

Tak! Jestem zwolennikiem zadań „ekonomicznych” na maturach z matematyki a także zajęć z ekonomii w szkołach średnich. Po co? Bo uważam, że współczesny człowiek powinien orientować się w tym, co go otacza. A ekonomii i finansów wokół nas jest co nie miara… Ba, jest jej coraz więcej. I choć obszar ten jest coraz bardziej regulowany (wymóg publikowania RRSO, ochrona depozytów przez BFG publikowanie list „podejrzanych” firm przez KNF), to jednak afery takie jak Amber Gold dowodzą, że urzędowe rozwiązania nie zawsze wystarczają. Potrzebna jest jeszcze wiedza na poziomie każdego z nas.

Świat finansów się zmienia.

I to widać w treści zadań maturalnych z okresu międzywojennego. Tam zdecydowanie dominują zadania związane z oszczędzaniem. W ich treści najczęściej chodzi o to, że albo ktoś właśnie odkłada pieniądze, albo kapitał jest już odłożony i teraz następują z niego wypłaty (w finansach nazywa się to „rentą”). Ani razu nie trafiłem na zadanie o kredytach…


A dzisiaj? Znaczenie kredytów ogromnie wzrosło. I właśnie dlatego istnieje obowiązek publikowania RRSO, który ma pomagać zwykłym ludziom w podejmowaniu decyzji, który kredyt zaciągnąć. Przydałaby się wiedza, która by uzupełniła to, co wynika z RRSO. Tym bardziej, że to nie jest miernik idealny (o czym pisałem w postach 056 i 057) i nie zawsze jest wymagany.
Ale to nie wszystko…

Era fintechów.

Na rynek usług finansowych wkraczają właśnie fintechy, czyli firmy działające na styku branży finansowej i technologicznej. Oferują one rozwiązania finansowe on-line, maksymalizując przy tym łatwość dostępu i intuicyjność aplikacji, czyli wszystko to, co jest ważne dla współczesnego człowieka.

Tradycyjna bankowość ma więc nowego konkurenta: młodszego, bardziej zwinnego i bardziej myślącego o wygodzie swoich klientów. Dla osób korzystających z usług finansowych to bardzo dobra wiadomość: konkurencja zawsze zwiększa jakość, a wymogi bezpieczeństwa będą zachowane na tym samym poziomie (dyrektywa unijna PSD2).

To, co łączy wszystkie podmioty komercyjne (a więc także banki i fintechy), to działalność dla zysku. Fintechy wnoszą na rynek dużo nowości, ale prawda jest taka, że nie robią tego charytatywnie. I to jest absolutnie normalne. W świecie, w którym coraz więcej podmiotów będzie nam oferowało coraz nowocześniejsze rozwiązania, niezmiennie ważne będzie odwieczne pytanie „ile to kosztuje?”.

Stara, poczciwa ekonomia.

Z pomocą przychodzi stara, poczciwa ekonomia. Ta sama, którą znajdujemy na przedwojennych zadaniach maturalnych, pomoże nam obliczyć cenę najnowocześniejszych rozwiązań oferowanych przez współczesne fintechy.

Weźmy przykład fintechu opisanego w artykule „PSD2 to rewolucja w polskiej bankowości” (Dziennik Gazeta Prawna z 31 października 2017). Firma ta oferuje usługę cichego faktoringu z regresem (rodzaj finansowania działalności bieżącej przedsiębiorstw oferowanego powszechnie przez banki i firmy faktoringowe). Z punktu widzenia klienta usługa jest bardzo wygodna: decyzja o przyznaniu limitu zapada w ciągu 24 godzin, bez kontaktu ze strony firmy finansującej (a więc bez „niewygodnych” pytań) i co najważniejsze rozpoczęcie współpracy faktoringowej nie wymaga informowania kontrahentów i zmieniania numeru rachunku, na który mają realizować płatności (tradycyjny faktoring wymaga, aby kontrahenci płacili na inny niż dotychczas numer rachunku kontrolowany przez bank). Na sektorze bankowym niewątpliwie wrażenie robi to, że w przypadku limitów do 200 tys. zł.  decyzja podejmowana jest automatycznie przez samouczący się algorytm, a więc niemal bezkosztowo.

Ile to kosztuje?

Jak twierdzi firma oferująca usługę, kalkulacja ceny jest równie prosta jak korzystanie z usługi. 
„Równie proste jak korzystanie z usługi jest również jej wyliczenie: 4 zł + VAT za każde 100 zł kwoty na finansowanej fakturze, za każde 30 dni finansowania”
Rzeczywiście. Problemem jest tylko to, że tak przedstawiona cena jest trudna do porównania z innymi, bo przyjęło się, że ceny finansowania określa się procentowo w skali roku.
No to przeliczmy! 4 zł + 23% VAT to 4,92 zł. W stosunku do 100 zł stanowi to 4,92%. (nawet kalkulator nie jest potrzebny). Ale to cena za 30 dni. Żeby przeliczyć ją na cenę w skali roku trzeba przemnożyć przez 12 i wychodzi nam 59,04%.

59,04% w skali roku! To mniej więcej WIBOR powiększony o marże 57%.

Większość transakcji faktoringowych w Polsce jest świadczonych po cenie niższej niż WIBOR +7% w skali roku. Więc zapłata za rzeczywiście nowoczesne rozwiązanie technologiczne wynosi w tym wypadku 50% w skali roku. Jeśli wyobrazisz sobie, że będziesz korzystał z tego finansowania na poziomie PLN 200.000 to za brak pytań ze strony firmy finansującej i niezmienianie numeru rachunku swoim kontrahentom zapłacisz dokładnie 100.000 złotych.

Moim zdaniem drogo!

Ale nie o to chodzi. Tylko o to, aby decyzję podejmować świadomie, czyli wiedząc, ile naprawdę płacę za nowinki technologiczne. Oraz jak długo muszę pracować, aby tę cenę zapłacić.
Jak widać do obliczeń nie były potrzebne skomplikowane wzory matematyki finansowej. Chodzi o to, aby się przestraszyć i zacząć liczyć. I w tym pomogłaby większa obecność ekonomii w szkołach. Także na maturze.


wtorek, 23 stycznia 2018

063. Za sto dni matura. Konkurs.

Dokładnie za sto dni (licząc od 24 stycznia) zacznie się matura 2018. Do matury w tym roku nie przystępuję, na studniówkę nikt mnie nie zaprosił, ale nic to! Mam dobry pretekst, aby wrócić do przedwojennych zadań maturalnych, tych związanych z EKONOMIĄ, i ogłosić KONKURS.

Poniżej jest pięć autentycznych zadań z przedwojennych matur (zachowałem oryginalną pisownię). Zapraszam do rozwiązywania zadań i nadsyłania tych rozwiązań korzystając z formularza „kontakt”. Wśród autorów poprawnych rozwiązań (wystarczy rozwiązać JEDNO zadanie) rozlosuję nagrody – trzy książki z ekonomii, zarządzania i rozwoju osobistego. Laureatom umożliwię też opublikowanie rozwiązania na stronie Ekonomia Nasza Powszednia.
Sposób rozwiązywania zadań dowolny: zarówno ten w pełni matematyczny (stosowany przez maturzystów w okresie międzywojennym), jak i współczesny (np. z wykorzystaniem Excela).
Na rozwiązania czekam do końca lutego 2018.



Zadanie 1. (Matura 1924)


Złożono do banku 45000 zł na 4 ½ %. Jaką sumę można podnosić z banku corocznie w ciągu 12 lat zanim kapitał nie wyczerpie się ?

Źródło: „Sprawozdanie dyrekcji Państwowego Gimnazjum im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu za 1-sze dziesięciolecie zakładu w niepodległej i wolnej ojczyźnie (1919-1929)".



Zadanie 2. (Matura 1924)


Obywatel, zapisując na szpital 150.000 zł, dodaje warunek, by z dochodów wypłacano służącemu dożywotnio po 1200 zł rocznie z góry, a na cele szpitala po 3000 zł. Reszta odsetek ma zwiększać kapitał, a dopiero po śmierci służącego cały dochód może zużywać szpital. Obliczyć ten dochód, jeśli służący żył 10 lat, a oprocentowanie liczono po 3 ½ %.
Źródło: "Sprawozdanie dyrekcji Państwowego Gimnazjum Św. Marji Magdaleny w Poznaniu za rok szkolny 1923/24" (zadanie dla oddziału typu starego).

Zadanie 3. (Matura 1924)

Ojciec zostawia dla dwojga dzieci kapitał K = 20000 zł, który opiekun umieszcza w banku na p=8%. Na wychowanie dzieci pobiera się z końcem każdego roku po a=1800 zł, pozostałym zaś majątkiem dzielą się dzieci po n=10 latach. Ile otrzyma każde z nich?
Źródło: "Sprawozdanie dyrekcji Państwowego Gimnazjum Św. Marji Magdaleny w Poznaniu za rok szkolny 1923/24". (zadanie dla oddziału zreformowanego).

Zadanie 4. (Matura 1923)

Rentę, którą ktoś ma pobierać przez 24 lata po 4.000.000 mk półrocznie pragnie zamienić na inną, wypłacaną po 5.000.000 mk półrocznie. Jak długo będzie ją pobierał, jeśli oblicza się rocznie 5%?
Źródło: "Sprawozdanie dyrekcji Państwowego Gimnazjum Św. Marji Magdaleny w Poznaniu za rok szklny 1922/23" (zadanie dla oddziału typu starego).

Zadanie 5. (Matura 1929)

Gmina A ma obowiązek utrzymywania mostu na rzece w gminie B. Koszta utrzymania mostu wynoszą przeciętnie 1.000 zł co 5 lat. Gmina B okazuje chęć przejęcia tego ciężaru na siebie za jednorazowem wynagrodzeniem. Jaką kwotę ma złożyć gmina A, jeżeli liczy się procent składany 4 ½ a najbliższa naprawa mostu (a więc i przewidziany, połączony z tem wydatek 1.000 zł) ma nastąpić za 3 lata ?
Źródło: "Sprawozdanie dyrekcji Państwowego Gimnazjum I. im Juljusza Słowackiego w Przemyślu za rok szkolny 1928/29".

POWODZENIA !!!


środa, 17 stycznia 2018

062. Inflacja 2017 w Polsce: Najbardziej drożeje żywność.

Podkusiło mnie, żeby uwzględniając wiedzę na temat tego, w jaki sposób GUS oblicza inflację, przeanalizować raport dotyczący inflacji rocznej w Polsce liczonej za okres kończący się w listopadzie 2017 roku. I podzielić się z Wami wynikami ten analizy. To nie jest trudne (niezmiennie twierdzę, że ekonomię da się zrozumieć), dane są dostępne (choćby na stat.gov.pl), a pozwala na lepsze zrozumienie tego, co wokół nas się dzieje i co mówią o inflacji w mediach.
Powtórzmy: w listopadzie 2017 inflacja w Polsce liczona w ujęciu rocznym osiągnęła poziom 2,5%. Tak się akurat składa, że dokładnie tyle wynosi ustalony przez Radę Polityki Pieniężnej cen inflacyjny. Z punktu widzenia makroekonomii wszystko jest zatem OK (dla gospodarki niewielka inflacja jest naprawdę dobra), ale ceny rosną i przyjrzyjmy się gdzie…

Zmiana cen listopad 2017 w porównaniu do listopada 2016, źródło: GUS

OGÓŁEM wzrost cen
2,5%
Żywność, napoje bezalkoholowe i alkoholowe oraz wyroby tytoniowe
5,0%
Odzież i obuwie
-4,6%
Mieszkanie
2,2%
Zdrowie
1,9%
Transport
2,3%
Łączność
1,5%
Rekreacja i kultura
1,7%
Edukacja
1,8%
Restauracja i hotele
2,7%
Inne towary i usługi
0,7%

Najbardziej drożeje żywność.

I to oczywiście nie jest dobra wiadomość. Z dwóch powodów. Po pierwsze na ten cel przeciętnie wydajemy najwięcej (wg. GUS 24% na samą żywność z pominięciem alkoholu i papierosów) a po drugie to cel pierwszej potrzeby.

Dane szczegółowe dla obszaru „żywność, napoje bezalkoholowe i alkoholowe oraz wyroby tytoniowe” niestety nie napawają spokojem. Wyglądają bowiem tak:

Zmiana cen listopad 2017 w porównaniu do listopada 2016, źródło: GUS

Żywność i napoje bezalkoholowe
6,0%
   w tym żywność
6,5%
sic!
Napoje alkoholowe i wyroby tytoniowe
1,0%


W roku 2017 ceny żywności niestety ciągnęły inflację w górę z ogromną mocą. To niby nie jest zaskakujące, bo odczuwamy to w sklepach, media się o tym rozpisują (nawet na moim blogu pisałem o rosnących cenach masła i jaj), ale robi wrażenie informacja, że żywność drożała w tempie trzy razy większym niż inne produkty. Niestety!
To szczególnie niedobra informacja dla tych z nas, których wydatki na żywność są większe niż przeciętne dla polskich gospodarstw domowych 24%. Gdyby teoretycznie wyobrazić sobie rodzinę, która wszystkie pieniądze wydaje na ten cel to jej odczuwalna inflacja wyniesie jakieś 6-7%, a to jest bardzo wysoki poziom.

Niepokojąca struktura inflacji.


Niepokojąca, bo tak się akurat składa, że siłą napędową bieżącej inflacji są ceny w najważniejszych obszarach naszych wydatków. Oprócz żywności zaliczam do nich paliwa do prywatnych środków transportu i nośniki energii. Ceny paliw do naszych samochodów wzrosły w skali roku o 4,7%, a energii o 2,8%. Kłopot w tym, że z jednych i drugich trudno zrezygnować. Oraz że znacząco wpływają na inne grupy wydatków.

Tanieje odzież.


Dobrą wiadomością jest natomiast deflacja w obszarze odzież i obuwie. Myślę, że duża w tym zasługa umocnienia się złotego. W listopadzie 2016 mieliśmy rekordowo wysokie poziomy kursów dolara amerykańskiego, a spora część odzieży dostępnej w naszych sklepach jest importowana z Dalekiego Wschodu, gdzie dominują rozliczenia dolarowe.

Co dalej?


Gospodarka jest rozgrzana i jak już pisałem inflacja na poziomie 2-3% jej pomaga. Mamy bardzo niskie bezrobocie i coraz większym problemem jest znalezienie pracownika (w trzecim kwartale 2017 roku problem ten sygnalizowało 50% polskich firm). To będzie musiało przełożyć się na wzrost wynagrodzeń, co oczywiście będzie czynnikiem napędzającym inflację.
Trudno też oczekiwać, że ustaną zjawiska wpływające na wzrost cen żywności na świecie.
Należy więc chyba oczekiwać nieco większej inflacji niż obecnie. Wprawdzie NBP zakłada, że utrzyma się ona „w przedziale dopuszczalnych odchyleń od celu inflacyjnego”, ale raczej w obszarze 2,5%-3,5%.
I trudno się z tym nie zgodzić.

Pisząc ten artykuł korzystałem z:
http://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/ceny-handel/wskazniki-cen/wskazniki-cen-towarow-i-uslug-konsumpcyjnych-w-listopadzie-2017-roku,2,73.html

http://www.nbp.pl/polityka_pieniezna/dokumenty/raport_o_inflacji/raport_listopad_2017.pdf

środa, 10 stycznia 2018

061. Inflacja. Jak oni ją liczą?

Najprościej rzecz ujmując inflacja to wzrost cen. Wszyscy ją rozumieją. Ba, faktycznie odczuwają na swojej skórze. I chociaż ekonomiści nazywają ją uczenie „wskaźnikiem cen towarów i usług konsumpcyjnych” albo opisują ją tajemniczym skrótem CPI (z angielskiego consumer price index) to z pewnością jest najbardziej zrozumiałym z istniejących wskaźników makroekonomicznych. I budzącym największe kontrowersje.

W połowie grudnia Główny Urząd Statystyczny ogłosił, że inflacja obliczona w listopadzie wyniosła w ujęciu rocznym 2,5%. To oznacza, że wg. GUS w ciągu roku ceny w Polsce wzrosły przeciętnie o 2,5%. Wiele osób ma jednak zupełnie inne wrażenie na temat wzrostu cen. I wcale nie oznacza to, że się mylą. GUS też nie. Warto więc zatrzymać się nad zagadnieniem, w jaki sposób GUS oblicza wskaźnik inflacji.

Moja własna inflacja.


Jak obliczyć swoją inflację, czyli wzrost cen, który nas dotyczy? Musielibyśmy mieć listę zakupów z bieżącego okresu (np. z listopada 2017 roku), a następnie wycenić ją według cen bieżących i tych sprzed roku. Okazałoby się wówczas, ile musielibyśmy zapłacić za te zakupy teraz, a ile rok wcześniej. Nasza własna inflacja to procentowy wzrost wartości takiej listy zakupów.

Jest tylko jedno ale…

Niektórych zakupów nie dokonujemy regularnie. Pewnie jest tak, że co miesiąc kupujemy mniej więcej tyle samo pieczywa, ale już wydatki na odzież, buty, czy sprzęt RTV niekoniecznie się powtarzają w każdym okresie. Te nieregularne zakupy miałyby ogromny wpływ na obliczenia naszej własnej inflacji. Tym większy, im większa byłaby wartość zakupu. Jednak ich pominięcie też byłoby błędem, bo jak tu nie zauważyć np. zakupu mebli za 10 tys?

Właśnie dlatego nikt nie oblicza swojej własnej inflacji. Ale to, co jest problemem interpretacyjnym dla jednego gospodarstwa domowego, znika, jeśli weźmie się pod uwagę całe społeczeństwo. Zwyczajne gospodarstwo domowe kupuje lodówkę bardzo nieregularnie – powiedzmy raz na dziesięć-piętnaście lat. To oznacza jednak, że w roku 2017 kilka procent polskich gospodarstw domowych kupiło lodówkę. Jeśli więc obliczymy inflację w oparciu o listę zakupów sporządzoną dla wszystkich, problem nieregularności mielibyśmy z głowy…

Koszyk inflacyjny.


To nic innego jak lista zakupów, ale uśredniona dla wszystkich. W Polsce badaniem zwyczajów zakupowych (i obliczaniem inflacji też) zajmuje się Główny Urząd Statystyczny, który dane o zakupach zbiera od blisko 38 tys. wylosowanych gospodarstw domowych. Rodziny uczestniczące w badaniach są pod stałą opieką ankieterów, a swoje wydatki (co i za ile) rejestrują w specjalnych książeczkach. Właśnie na podstawie tych badań powstaje koszyk zakupowy przeciętnego Polaka (dane przeliczane są na osobę), którego skład jest co roku ogłaszany przez GUS.

Badania potwierdzają, że zmieniają się nasze zwyczaje zakupowe. W roku 2006 przeciętna polska rodzina wydawała na żywność 27,18% swoich pieniędzy, a w roku 2017 już tylko 24,18%. Z drugiej strony w roku 2006 kupowaliśmy na pewno mniej tabletów niż obecnie. Cóż, świat się zmienia…

Koszyk inflacyjny zbudowany jest „warstwowo”. Pozwala na to ogromna ilość zebranych informacji. I tak np. w grupie wydatków „żywność i napoje bezalkoholowe” znajdują się podkategorie mięso, warzywa, mleko, sery i jaja oraz pieczywo i produkty zbożowe. Te podkategorie są następnie dzielone na jeszcze bardziej szczegółowe grupy produktów. Pozwala to bardziej precyzyjnie określić zmiany cen w każdej z dwunastu głównych grup wydatków i dzięki temu dokładniej wyliczyć inflację.

Oczywiście GUS-owski koszyk inflacyjny nie jest reprezentatywny dla wszystkich. Wśród nas są rodziny, które na edukację wydają więcej niż 0,97% swoich wydatków (taka wartość jest w koszyku na rok 2017, zobacz poniżej). Są też i takie gospodarstwa domowe, które nie mają w ogóle wydatków na „napoje alkoholowe i wyroby tytoniowe”. Tym samym ich struktura wydatków, a co za tym idzie ich poziom inflacji, jest nieco inny od wartości podawanych przez GUS.
Koszyk inflacyjny GUS w roku 2017, w procentach
Żywność i napoje bezalkoholowe 24,28
Napoje alkoholowe i wyroby tytoniowe 6,38
Odzież i obuwie 5,68
Użytkowanie mieszkania i nośniki energii 20,53
Wyposażenie mieszkania i prowadzenie gospodarstwa domowego 5,14
Zdrowie 5,56
Transport 8,63
Łączność 5,20
Rekreacja i kultura 6,89
Edukacja 0,97
Restauracje i hotele 5,23
Inne towary i usługi 5,51



Ceny towarów i usług.


Koszyk inflacyjny, czyli nasza lista zakupów to nie wszystko. GUS potrzebuje jeszcze informacji o obowiązujących cenach. Dane zbierane są nie tylko w ankietowanych gospodarstwach domowych, ale i bezpośrednio u sprzedawców (w sklepach, hotelach, restauracjach a nawet na targowiskach).

To także jest szczegółowo opisane. Do poszczególnych grup wydatków z koszyka przypisane są dość precyzyjnie określone produkty reprezentujące te grupy. Produktów tych jest w sumie 1.400, a ankieterzy GUS regularnie zbierają informację o poziomie ich cen. I tu pojawia się kolejna trudność, bo ten sam produkt może mieć inną cenę w różnych miejscowościach a nawet w różnych sklepach tej samej miejscowości. A poza tym to samo określenie produktu (np. „szynka wieprzowa”) może odnosić się do naprawdę różnych produktów (od szynki w cenie 15 złotych za kilogram w promocji w Biedronce do oryginalnej szynki parmeńskiej, której kilogram kosztuje grubo ponad 100 zł.). I znowu zwycięża statystyka: dane są zbierane przez 4.000 ankieterów w 35.000 punktów handlowych, więc załapią się i różne miejscowości i różne sklepy i różne produkty określane tą samą nazwą.

CPI.


Same obliczenia są bajecznie proste. Bieżącą wartość koszyka dzielimy przez bazową wartość koszyka (wartość sprzed roku) i odejmujemy jedynkę. Wynik zamieniamy na procenty. Jeśli jest dodatni mamy do czynienia z inflacją. Jeśli ujemny przeżywamy akurat deflację.

Inflacyjne kontrowersje.


Skoro to takie proste, to dlaczego budzi tyle kontrowersji? Powody są dwa i w zasadzie już o nich wspomniałem, ale dla porządku powtórzę:

Mój koszyk jest inny niż GUS-owski. Bo każdy z nas ma swoją, charakterystyczną dla siebie strukturę zakupów, która nie pasuje idealnie do uśrednionej, którą podaje GUS. Wystarczy, że nie spożywam alkoholu i nie palę tytoniu i już odbiegam od „normy koszyka inflacyjnego” o 6 punktów procentowych.

Ceny które płacę nie są cenami średnimi dla całego kraju. Bo nie kupuję wszędzie tylko w bardzo konkretnych miejscach i nie kupuję wszystkich rodzajów produktów, bo to raczej niemożliwe. Więc inaczej będą się kształtować zmiany cen w wielkim mieście, a inaczej w małej wiosce. Inaczej zmieniają się ceny produktów ekskluzywnych a inaczej ich najtańszych odpowiedników.

W każdym razie, na wskaźnik inflacji nie ma wpływu cena lokomotyw spalinowych, jak to kiedyś mówiono.

środa, 3 stycznia 2018

060. Co wspólczesne dzieci myślą o "Bankructwie..."?



Chodzi oczywiście o "Bankructwo małego Dżeka", książkę napisaną przez Janusza Korczaka, którą opisałem w poprzednim poście. Nie ukrywam, że ujęło mnie przedstawienie przez Korczaka skomplikowanych zasad prowadzenia handlu językiem zrozumiałym dla kilkuletnich dzieci. Ale ja jestem ekonomistą z wykształcenia i do tego dorosłym, więc z pewnością patrzę na treści tej książki inaczej niż czytelnik, dla którego została ona napisana. Postanowiłem więc sprawdzić, co o tej książce sądzą współczesne dzieci. Poprosiłem moje córki o przeczytanie "Bankructwa..." i napisanie o nim kilku słów.


Ekonomia? To nie dla mnie, ale...

Wygląda na to, że tytuł odstrasza. Mimo, że moje dzieci bardzo dużo czytają, to wcale nie było łatwo przekierować ich aktywność czytelniczą na tę właśnie książkę. W dzisiejszych czasach jeśli dzieciaki czytają, to są to pozycje zupełnie, zupełnie inne. A ekonomia ich nie kręci. Taka prawda. Więc trudno było zacząć...

Czytałam ją [tę książkę] na prośbę taty. Na początku szło mi strasznie ciężko, jednak wróciłam do niej niedawno i okazała się bardzo ciekawa.


O napisanie recenzji tej książki poprosił mnie tato. Bardzo prawdopodobne, że gdyby nie to, nigdy bym jej nie przeczytała, gdyż tematy ekonomiczne prawdę mówiąc niewiele mnie interesują. Wbrew moim przypuszczeniom lektura okazała się bardzo ciekawa i zajmująca.


Ale, jak już zaczęły czytać, to lektura je wciągnęła. Uwierzcie, bez nacisków z mojej strony...

O czym jest ta książka?

To akurat proste, bo Korczak pisze po prostu ciekawie. I w trakcie lektury stosunkowo łatwo można się identyfikować z głównym bohaterem, który - to fakt - nie przypomina bohaterów dzisiejszych książek. Jak to zauważyły moje dzieci, Dżek jest aż przesadnie grzeczny, ale dzięki realizowaniu dość zaskakującego przedsięwzięcia, staje się bardzo ciekawą postacią. i warto śledzić jego losy.

Kiedy prowadził bibliotekę dokładnie i starannie, stwierdził, że mógłby założyć kooperatywę.
Wreszcie bibliotekarzem zostaje Dżek. Poświęca się pracy całkowicie.

Edukacja ekonomiczna.

Obie moje córki zauważyły, że Dżek stopniowo uczył się prowadzenia sklepiku klasowego korzystając z wiedzy i doświadczenia starszych osób: mister Tafta (prawdziwego sklepikarza), swojej wychowawczyni i Hortona (starszego o cztery lata kolegi, który prowadził podobne przedsięwzięcie w swojej klasie). A czego można się nauczyć z lektury książki? Z jednej strony terminologii handlowej, która nawiasem mówiąc jest stosowana do dziś.

Książka magazynowa - zapisuje się tam, co się kupiło do sklepu, lub co się sprzedało; Kalkulacja - obliczenie, ile płacić, ile zarabiać i za ile sprzedawać; Rabat - obniżenie ceny z powodu kupowania od razu dużej ilości rzeczy; Kwitariusz - książeczka ze stronami do wyrywania. Każdy kwit ma numer, miejsce gdzie się pisze kto, ile i miejsce na datę; Książka wpływów - książka, w której zapisuje się kwoty, które zostały wpłacone do sklepu; Książka wydatków - książka, w której zapisuje się kwoty, które wydał sklep.
A z drugiej tego, że w działalności gospodarczej obowiązuje wiele zasad naprawdę zrozumiałych dla ucznia szkoły podstawowej, jeśli tylko wiedzę tę przekaże się w odpowiedni sposób.

...dzięki temu, że Dżek doskonale znał potrzeby swoich rówieśników, wiedział, czego kupują najwięcej i mógł im sprzedać odpowiednią ilość towaru, więc mogli go nabyć wszyscy, a kooperatywa zarabiała. Produkty gorszej jakości pozostawały na półkach [...] a te solidnie zrobione [...] opłacało się kupować i sięgało po nie więcej osób. Z kolei zbyt wielka wiara w ludzi [...] skończyła się stratą...
Ciekawy eksperyment. Wciąż uważam, że "Bankructwo..." to książka warta tego, by podsunąć ją dzieciakom, może nawet wspólnie przeczytać i podyskutować.

Przedstawione powyżej cytaty pochodzą z oryginalnych recenzji napisanych przez moje córki. Ich pełne wersje można przeczytać pod linkami: recenzja 1 recenzja 2.