Prostym językiem o ekonomii ...

środa, 20 września 2017

045. Czy cena może być ujemna?

Możliwe, że myśl, jakoby cena mogła być ujemna, wydaje Ci się absurdalna. Dla pewności wchodzisz do sklepu, rozglądasz się i ceny, które widzisz są jak zwykle dodatnie, a nawet tym bardziej dodatnie im bardziej ekskluzywny sklep odwiedzasz. Cena dodatnia jest więc niejako naturalna, prawda?

Wprawdzie widujesz ogłoszenia typu „oddam darmo”, ale to nie zmienia obrazu, bo wiadomo, że  one nie tworzą „prawdziwego rynku”. W ich przypadku sprzedający kieruje się nie tylko własną korzyścią, chce pomóc innym, podzielić się tym, co ma. To nie jest tylko ekonomia…

Ale z drugiej strony… Cena jest wypadkową gry rynkowej: wielkości podaży i popytu. Więc czy może się zdarzyć, że sprzedający będzie tak bardzo chciał sprzedać, że cena będzie wynosić zero, albo nawet spadnie poniżej zera?

Wszystkich, którzy uważają, że to rozważania skrajnie teoretyczne, a nawet filozoficzne, pragnę poinformować, że ujemna cena jest możliwa i zdarza się w rzeczywistości.

Ujemne ceny gazu ziemnego.

3 października 2006 uruchomiono nowy gazociąg przesyłający gaz ziemny z Norwegii do Wielkiej Brytanii. Tego dnia brytyjskie magazyny gazu były wypełnione w 100%. Pojawiła się dodatkowa podaż gazu, która na krótko, ale jednak wywołała spadek hurtowej ceny gazu do poziomu minus 5 pensów za metr sześcienny. Sprawa ta jest na tyle głośna, że nawet można poczytać o niej w Wikipedii, choć pełniejsze artykuły dostępne są wyłącznie w języku angielskim. Sytuację zauważyły agencje przekazujące komunikaty rynkowe. Przykład poniżej.

"Gas prices fell to minus 5p a therm earlier today, according to Bloomberg, as the market was flooded with gas for delivery today. However, the price recovered to 3p a therm at lunchtime." [Komunikat rynkowy portalu telegraph.co.uk z 3 października 2006 roku]  

Ujemne ceny energii elektrycznej.

8 maja 2015 roku hurtowa cena energii w Niemczech wyniosła minus 152,52 EUR za MWh i to jest chyba niepobity rekord „niskiej” ceny. Tego dnia w Niemczech zużyto 57,87 GW energii, przy czym ze źródeł odnawialnych pokryto 54,83 GW (prawie 95%). Za nadpodaż odpowiadają pośrednio elektrownie konwencjonalne i jądrowe, które produkowały „prawie jak zwykle”, chociaż drożej niż elektrownie wiatrowe i wodne (nie jest łatwo wyłączyć blok energetyczny w elektrowni, mimo że ta energia nie była potrzebna).

To wcale nie był incydent. Ujemne ceny energii elektrycznej w Niemczech od lat zdarzają się też pod koniec roku kalendarzowego, gdy wiele zakładów przemysłowych jest zamkniętych na czas przerwy świąteczno-noworocznej. Jeżeli dodatkowo występują umiarkowane temperatury zewnętrzne a dni są wietrzne i słoneczne to wytwórcy energii odnawialnej są w stanie zaspokoić prawie cały popyt na energię. W efekcie pojawiają się ujemne ceny za MWh, które w ostatnich latach wynosiły minus 56,87 EURO (XII 2012), minus 16 EURO (XII 2014) i minus 10,95 EURO (XII 2016).

Ujemne ceny energii to nie tylko niemiecka specjalność. W amerykańskim stanie Teksas zjawisko ujemnych cen energii elektrycznej w roku 2008 wystąpiło w 63% dniach (tam ceny są notowane w systemie ciągłym, więc w 230 dniach choć przez chwilę obowiązywała ujemna cena), a jej wartość minimalna wyniosła minus 30 dolarów za MWh.

Póki co ujemną cenę energii nie mogli się jednak cieszyć odbiorcy indywidualni. Pomiędzy ceną hurtową a ceną dla odbiorcy końcowego występują bowiem opłaty dystrybucyjne i podatki, na tyle wysokie, że jak dotąd gwarantowały wartość dodatnią ceny energii.

Ujemne ceny pieniądza.

Do ujemnych stóp procentowych zdążyliśmy się już przyzwyczaić. A przecież stopa procentowa to nic innego jak cena za pieniądz.

Na początku roku 2012 rząd Niemiec sprzedał półroczne obligacje o łącznej wartości 3,9 miliarda EURO, oprocentowane średnio minus 0,0122% rocznie. Udało się to osiągnąć, dzięki temu, że popyt na niemieckie papiery niemal dwukrotnie przewyższał podaż. W tym przypadku inwestorzy tak bardzo chcieli mieć niemieckie papiery wartościowe, że zgadzali się, że odzyskają mniej niż zainwestowali.

Pół roku później, w lipcu 2012 roku Europejski Fundusz Stabilizacji Finansowej wyemitował obligacje o wartości 1,5 miliarda EURO o oprocentowaniu minus 0,0113% w skali roku. Chętnych było więcej niż obligacji: oficjalnie podano, że Fundusz otrzymał oferty na łączną wartość 4,4 miliarda EURO.

Przypadków tego typu jest o wiele więcej. Warto nadmienić, że w kwietniu 2015 roku Polska sprzedała trzyletnie obligacje denominowane we franku szwajcarskim oprocentowane minus 0,213% w skali roku. I choć wartość transakcji była niewielka, to jednak faktem jest, że Polska dołączyła do grona krajów, którym trzeba zapłacić, jeśli chce się im udzielić pożyczki.

Dzieje się tak dlatego, że inwestorzy mają zbyt wiele pieniędzy do ulokowania i tak bardzo chcą kupić bezpieczne papiery wartościowe, że zgadzają się, że poniosą na nich stratę. Szaleństwo? Niekoniecznie, bo to tylko część ich strategii inwestycyjnej. Tego typu podmioty inwestują ogromna kwoty zarówno w ryzykowne obligacje o wysokim oprocentowaniu (emitowane np. przez kraje azjatyckie), jak i skrajnie bezpieczne obligacje, w przypadku których dopuszczają ujemną rentowność.

Jeszcze bardziej znana jest sytuacja na rynku międzybankowym. Wczoraj, czyli 19 września 2017 roku LIBOR dla jednomiesięcznych depozytów we franku szwajcarskim wynosił minus 0,785%, w jenie japońskim minus 0,0456%, a w EURO minus 0,4036%, a ujemne stopy LIBOR dla tych walut utrzymują się od dłuższego czasu. Stopy LIBOR są powszechnie stosowane do kalkulacji oprocentowania kredytów udzielanych przez banki. A zatem ujemny charakter tej ceny ma już wpływ na przeciętnego Kowalskiego. Co więcej kolejne decyzje Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wobec poszczególnych polskich banków (na ten moment decyzji takich jest osiem) pozbawiają złudzeń: zdaniem tego urzędu oprocentowanie kredytu powinno być ujemne, jeśli suma ujemnego LIBOR-u i dodatniej marży pozostaje liczbą ujemną.

Cena kredytu może więc być ujemna. A to oznacza, że ujemna cena może się Tobie przydarzyć. Ciekawe, co ?

środa, 13 września 2017

044. Urynkowienie cen w prakryce. Rok 1989.

Dwa tygodnie temu na bazie wykresu równowagi rynkowej przedstawiłem mechanizm zniszczenia gospodarki rynkowej. W historii świata mechanizm ten przetestowano wielokrotnie i choć zawsze kończyło się to kryzysem gospodarczym to nie można wykluczyć, że w przyszłości podobne próby będą powtarzane. Ekonomia nie służy jednak temu, aby niszczyć wolny rynek, lecz wręcz przeciwnie: ma ostrzegać, aby tego nie robić.

Prawdziwym wyzwaniem ekonomicznym jest natomiast przywrócenie praw rynkowych, jeśli z jakiegoś powodu nie obowiązują. Polska przeszła przez taki proces niecałe trzydzieści lat temu i warto to sobie przypomnieć.

Przywrócenie gospodarki rynkowej. Teoria.

Sytuacją wyjściową jest obowiązywanie ceny urzędowej, niższej niż cena równowagi. W efekcie na rynku występuje wysoki popyt i niska podaż, więc na rynku występuje niedobór towaru. Władze starają się za wszelką cenę utrzymać tę sytuację ograniczając popyt (np. wprowadzając reglamentację towarów) i zwiększyć podaż (naciski na kontrolowanych przez siebie dostawców i producentów). Ciekawie zaczyna się dopiero, gdy władza się poddaje, czyli postanawia przywrócić równowagę rynkową.

Na wykresie wygląda to bardzo prosto. Znika cena urzędowa, więc zaczyna działać niewidzialna ręka rynku. Cena rośnie do poziomu mniej więcej ceny równowagi, rosnącej cenie odpowiada wzrost podaży i spadek popytu. Rynek się stabilizuje.

Nawet ekonomiczny laik w tym momencie zauważy, że tak proste to być nie może. I nie jest! Po pierwsze, żeby zadziałała owa „niewidzialna ręka” rynek musi choć częściowo mieć charakter rynku konkurencyjnego. W takiej sytuacji kluczowym parametrem jest liczba dostawców. I wcale nie jest to takie oczywiste, bo po wielu latach gospodarki nierynkowej tych dostawców zbyt wielu nie ma, a ci, co są działają na ogół w uzależnieniu od państwa, przez co z natury są mało konkurencyjni. Pierwszym warunkiem urynkowienia gospodarki jest więc wykreowanie chęci prowadzenia działalności gospodarczej przez jak najwięcej podmiotów.

Ale to nie wszystko. Pisząc o prawach podaży i popytu zwracałem uwagę, że prawa te działają przy założeniu, że wszystkie inne czynniki pozostają niezmienne. A w rzeczywistości gospodarka to nie tylko podaż, popyt i cena. To także pieniądz i jego wartość nabywcza, a te są prawdziwym wyzwaniem dla reformatorów gospodarki i sprawiają, że przejście do gospodarki rynkowej jest faktycznie bardzo trudnym procesem.

Uwolnienie cen w roku 1989.

Pod koniec lat osiemdziesiątych w Polsce ucieleśniły się wszystkie możliwe słabości gospodarki centralnie sterowanej. Deficyt towarów na rynku wynikał nie tylko z obowiązywania cen urzędowych, ale także z zacofania technologicznego producentów (w zdecydowanej większości państwowych firm). Gospodarka socjalistyczna po prostu bankrutowała i konieczność zmian stała się oczywista nawet dla władz państwowych.

W grudniu 1988 roku uchwalono Ustawę o działalności gospodarczej, która de facto proklamowała wolność gospodarczą w Polsce. Formalnie mieliśmy socjalizm, rząd był wciąż PZPR-owski a ustawa zrównywała prawa firm prywatnych i podmiotów państwowych czy spółdzielczych i to była prawdziwa nowość w rzeczywistości gospodarczej. Co więcej kluczową jej myślą było „co nie jest zabronione, jest dozwolone”. Wprawdzie po czterdziestu pięciu latach socjalizmu ludziom wciąż trudno było zaufać władzy, ale poszedł jednak sygnał o „braniu spraw w swoje ręce”, w międzyczasie dokonywały się zmiany polityczne, więc w ciągu roku założono 600 tysięcy indywidualnych działalności gospodarczych, co było rzeczą niewyobrażalną w latach wcześniejszych.

Ta nowa aktywność gospodarcza Polaków stała się wręcz legendarna i choć miała mocno przaśny charakter (np. handel z łóżek polowych, "prywatny" import ze sklepów Berlina Zachodniego i Wiednia) to w pewnym sensie zapewniła wzrost liczby i zwiększenie zróżnicowania dostawców na rynku. To pozwoliło faktycznie na uwolnienie cen.

Samo uwolnienie cen nastąpiło 1 sierpnia 1989 roku. Tego dnia przestały obowiązywać ceny urzędowe dla większości produktów żywnościowych (pozostawiono je dla chleba i nabiału). Zniesiono też reglamentację towarów, czyli kartki żywnościowe, obowiązujące w Polsce nieprzerwanie od roku 1976 (cukier). Zgodnie z teorią efektem urynkowienia cen był ich natychmiastowy wzrost, co oczywiście zmniejszało możliwości nabywcze społeczeństwa.

Co byś zrobił, gdyby w nocy ceny wzrosły o kilkadziesiąt procent? Nazajutrz udałbyś się do szefa po podwyżkę. W roku 1989 dodatkowo obowiązywał mechanizm indeksacji płac, gwarantujący zwiększanie płac o wskaźnik wzrostu cen. Gospodarka państwa znalazła się niejako w pułapce: wzrost cen wywoływał wzrost płac, a to prowadziło do dalszego wzrostu cen. Efektem była hiperinflacja.

Plan Balcerowicza.

Mechanizm wiążący wzrost pensji ze wzrostem cen trzeba było przeciąć i stało się to w ramach pakietu dziesięciu ustaw uchwalonych w grudniu 1989 roku i znanych jako Plan Balcerowicza. Ich celem nadrzędnym było ograniczenie inflacji, a jednym z zastosowanych narzędzi była ścisła kontrola wynagrodzeń (firmy płaciły wysoki podatek w przypadku zwiększenia wynagrodzeń powyżej określonego wskaźnika). Wszystko odbyło się w sytuacji uwolnionych już cen żywności oraz drastycznych (rzędu 250-400%) podwyżek cen węgla, gazu i elektryczności, jakie nastąpiły 1 stycznia 1990. To oczywiście nie przysparzało popularności profesorowi Balcerowiczowi, któremu zarzucano, że naprawia gospodarkę kosztem społeczeństwa.

Do dziś trwają spory, czy można było to przeprowadzić inaczej. Nie jestem zwolennikiem prowadzenia debat na ten temat. Wydaje mi się, że kosztów społecznych nie dało się uniknąć, a czy można je było zmniejszyć - tego naprawdę nie wiem.

Ewidentnie jednak widać, jak łatwo jest zepsuć gospodarkę rynkową i jakim trudnym procesem jest jej przywrócenie do życia.

Bibiografia:

środa, 6 września 2017

043. Afera mięsna.

Afera mięsna jest chyba najbardziej znaną aferą gospodarczą czasów PRL. Choćby z tego powodu, że zakończyła się wykonanym wyrokiem śmierci dla jednego z oskarżonych. Ponadto orzeczono cztery dożywocia, wiele kar więzienia rzędu 9-12 lat, wysokich grzywien i kar przepadku mienia.

Afera ma wiele wątków, które do dziś są obiektem zainteresowania dziennikarzy, prawników i historyków. Zainteresowanych odsyłam do załączonej bibliografii. Ja skupiam się wyłącznie na związku tej afery z sytuacją na rynku mięsa w Polsce na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku, choć – co trzeba wyraźnie podkreślić – sytuacja ta w żaden sposób nie może usprawiedliwić organizatorów tego procederu.

Rynek braku mięsa.

Lata pięćdziesiąte to czasy gospodarki centralnie planowanej z ogromnym wpływem reżimu politycznego. Władze decydowały o cenach towarów w sklepach i to samo w sobie wyłączało prawa rynkowe, ale także decydowały o tym, kto ma produkować, preferując przy tym sektor społeczny i wymuszając na wsi kolektywizację rolnictwa. Z punktu widzenia ekonomii było to działanie nieracjonalne: władze zdawały się nie dostrzegać, że efektywność gospodarstw skolektywizowanych była niższa niż gospodarstw prywatnych, górę brała polityka, ale jej efektem była niewystarczająca produkcja żywności.

Na rynku obowiązywała więc nierynkowa cena mięsa i jego trwały deficyt, który powiększały jeszcze efekty kolektywizacji. W tej sytuacji w roku 1956 rząd podniósł ceny żywności. Poniekąd było to odwołanie się do praw rynkowych: przy zwiększonej cenie powinien zmaleć popyt. Ale to, co jest naturalne w gospodarce wolnorynkowej, budzi ogromne sprzeciwy społeczne w gospodarce centralnie sterowanej. Protesty robotnicze, które wybuchły po podwyżkach w roku 1956 doprowadziły do zmiany władz i wprowadzenia pewnej odwilży, także w życiu gospodarczym.

Skończono z przymusem kolektywizacji na wsi. Gospodarstwa prywatne przetrwały, ale były niedoinwestowane i niezdolne do natychmiastowego zwiększenia produkcji, a państwo – mimo pewnego otwarcia się na inicjatywy prywatne – nie prowadziło wówczas żadnego programu wspierania prywatnych hodowców.

Deficyt mięsa występował nadal. Konsumpcja rosła, bo ludzie zarabiali coraz lepiej. Produkcja nie nadążała. W październiku 1959 trzeba było ponownie podnieść ceny mięsa. W nowej, poodwiżlowej rzeczywistości władze przy okazji zdecydowały się też na szereg miękkich ruchów, jak promowanie diety bezmięsnej, czy nawet ogłoszenie poniedziałków jako dni bezmięsnych w restauracjach (to nie jest żart!). Efektów nie było.

W takich oto warunkach wykiełkowała warszawska afera mięsna…

Mechanizm afery mięsnej.

Nie ma co udawać: uczestnikom afery chodziło o to, aby zarobić. A okazja była, bo popyt był niezaspokojony. W gospodarce rynkowej powstały by firmy, które ten popyt by zaspokoiły. Ale mieliśmy gospodarkę centralnie sterowaną…

Zaczęło się od walki o dostawy. kierownicy sklepów mięsnych wręczali łapówki, aby załatwić większe dostawy do swoich sklepów. To nawet można ocenić pozytywnie w tym sensie, że zdobywali więcej towaru dla swoich klientów. Generowało to jednak dwa problemy: jak sfinansować łapówki? (sklep był państwowy, a łapówkę wręczał kierownik „prywatnie”) i skąd wziąć mięso? (zwiększenie dostawy do jednego sklepu oznaczało zmniejszenie dostaw do innego).

Rozwiązaniem okazało się mielenie mięsa w sklepie. W materiałach MSW dotyczących tej afery można znaleźć informację, że „Sprzedawcy-malwersanci mielili podroby: płuca, śledziony i wymiona w cenie 4-8 zł za kg, a za mięso mielone żądali 36-40 złotych”. Wedle obowiązujących wówczas przepisów mielenie mięsa było „bezpłatną usługą na rzecz konsumenta”, mielenie na zapas było zakazane a nawet wydrukowano plakaty informujące kupujących o zasadach mielenia mięsa (sic!). Nic to nie dało: mielenie było najlepszy sposób na „zwiększenie” ilości mięsa w obrocie (przy okazji mielono też przeróżne odpady) i finansowanie całego procederu.

Inną zastosowaną metodą była sprzedaż towaru tańszego, jako droższy. "Kiełbasę krakowską (40 zł) sprzedaje się jako szynkową (56 zł), kiełbasę zwyczajną (36 zł) sprzedaje się jako rzeszowską (48 zł)". To obarczone było ryzykiem wpadki, ale pamiętajmy: rynek nie był zrównoważony, konsument, aby zdobyć deficytowy towar był skłonny zapłacić cenę bardziej zbliżoną do nieistniejącej ceny równowagi, a na jakość w przypadku deficytu towaru na rynku nikt nie zwraca uwagi.

Niektórzy historycy twierdzą, ze proceder trwał nawet 12 lat. Po jego wykryciu władze wpadły w istny szał i to wcale nie z powodu troski o konsumenta, jak głosiła oficjalna propaganda. Prawdziwym powodem gniewu rządzących było to, że w ramach handlu uspołecznionego zbudowano prywatną maszynę do zarabiania pieniędzy, a budowniczymi okazały się osoby, którym ta sama władza powierzyła kierowanie kontrolowanym przez państwo ubojem mięsa, jego dystrybucją i sprzedażą w placówkach handlowych.

Stąd medialny spektakl w trakcie procesu i drakońskie kary dla oskarżonych. Sam Władysław Gomułka jako winnych sytuacji na rynku mięsa wskazał „spekulantów i nieprawidłowości w handlu mięsem”. Tyle tylko, że to nie była przyczyna, lecz efekt sytuacji rynkowej i tego, że ktoś na tej sytuacji chciał zarobić.

Gdyby działał rynek...

Afera mięsna mogłaby się zdarzyć, ale nie w takiej skali. Przede wszystkim żaden kierownik sklepu nie wręczałby łapówek, aby otrzymać towar. Tym samym nie byłoby potrzeby budowania funduszu na łapówki dla dostawców.

Mogłoby się oczywiście zdarzyć, że ktoś sprzedawałby gorszy towar, jako lepszy i droższy, ale ta praktyka sprawiłaby, że straciłby klientów. Klienci zorientowaliby się, że jakość towaru nie odpowiada cenie, że w innych sklepach za tę samą cenę mogą otrzymać lepszy towar i zrezygnowaliby z zakupów w sklepie, w którym oferowany towar jest podejrzany.

Mogłoby się też zdarzyć (i pewnie zdarza się także współcześnie), że na obrzeżu działalności przedsiębiorstwa jego pracownicy robią własne interesy, wykorzystując cudzą infrastrukturę. I tu rynek już nie pomoże, bo wolny rynek - choć jest wielką wartością - nie rozwiązuje wszystkich problemów świata.

Bibliografia:

Jak pisałem afera mięsna miała wiele wątków, więc zainteresowanych odsyłam do artykułów, które szczegółowo opisują tę sprawę:

środa, 30 sierpnia 2017

042. Skutki "poprawiania" wolnego rynku.

Nie mam własnych doświadczeń ze studiowania ekonomii socjalizmu. Od starszych kolegów słyszałem, że był taki przedmiot na studiach i że był to dramat, bo wszystkiego trzeba było się uczyć na pamięć i nic nie było logiczne.


Przed rokiem 1989 na uczelniach ekonomicznych wykładano też ekonomię kapitalizmu. Ta dla odmiany była ponoć intuicyjna i oczywista. I tak naprawdę nie było się czego uczyć, bo wystarczyło pomyśleć: cena maleje, więc kupię więcej i już wiadomo, ze krzywa popytu opada w prawo. A krzywa podaży odwrotnie i już mamy gotowy najważniejszy wykres ekonomii, bez konieczności ślęczenia nad książkami.

UWAGA! To tylko reklama! W pełni oczywiste są tylko podstawy. Dlatego ośmielam się o nich mówić prostym językiem. I dlatego uważam, że każdego stać, aby je poznać i zrozumieć. A ponad nimi jest cały szereg złożonych praw ekonomii, bo ekonomia jest złożoną nauką, z której można zrobić doktorat, uzyskać profesurę a nawet odebrać Nagrodę Nobla, czego życzę wszystkim czytelnikom.

Proponuję więc zabawić się w symulację „poprawienia” wolnego rynku, który idealny nie jest i zawsze się znajdzie pozaekonomiczny powód, aby go zbliżyć do „ideału”. To, co z takiego „poprawiania” wyjdzie można wyczytać z wykresów podaży i popytu.

Rynek w równowadze.

Niech to będzie rynek mięsa. Oczywiście rynek mięsa jest niejednolity, bo obejmuje i dojrzewającą trzy lata szynkę parmeńską i mięso zmielone wczoraj „ze wszystkiego, co było w rzeźni”. Pomińmy tę różnorodność. Przyjmujmy że jest tylko jeden rodzaj mięsa, który ma jedną cenę i tę właściwość, że ludzie chcą je kupować.

W normalnych warunkach na takim rynku wykreuje się cena rynkowa, bliska ceny równowagi, czyli będziemy mieć sytuację, w której całość mięsa zaoferowanego przez sprzedawców znajdzie swoich nabywców, a wszyscy chętni na mięso kupią je sobie bez trudu. Tę sytuację obrazuje znany nam wykres, na którym podaż (S) = popyt (D).

Polityka, czyli intencje władzy zawsze są słuszne.

Wyobraźmy sobie, że miłościwie panujący władca Książę Serdelek Pierwszy wpada na pomysł, aby jego poddani byli jeszcze bardziej zadowoleni, a będą bardziej zadowoleni, gdy cena mięsa będzie niższa. Będą wówczas mogli kupić więcej, a nawet jeśli nie kupią więcej to zaoszczędzą więcej, więc też będą bardziej zadowoleni.

Książe Serdelek Pierwszy wydaje więc edykt, na mocy którego w całym państwie ustala się cenę mięsa niższą niż cena równowagi. Książęca prasa zamieszcza wspaniałe artkuły o nowej, cudownej rzeczywistości, lud wiwatuje i rozpala grille. Smutni są jedynie ekonomiści, dostawcy mięsa oraz wszyscy rozsądni poddani księcia, bo jakoś mają wrażenie, że zaczynają się kłopoty...

Rynek a cena urzędowa.

Zgodnie z zasadami ekonomii niższa cena sprawia, że rośnie popyt i spada podaż. Popyt wzrośnie od razu, bo cena od razu będzie niższa. Podaż zmaleje z pewnym opóźnieniem, bo w chwili wejścia w życie reformy cenowej w hodowli będzie tyle samo zwierząt, co zwykle i trzeba będzie coś z nimi zrobić, czyli dostarczyć do rzeźni.  Ale z czasem zapał dostawców mięsa będzie spadał. I podaż mięsa też. Ustabilizuje się wielkość popytu Qd i mniejsza od niego wielkość podaży Qs.  Pojawi się trwały niedobór (różnica pomiędzy Qd i Qs). Rynek będzie więc wyglądał, jak na wykresie obok.

Z punktu widzenia nabywcy cena będzie wprawdzie niższa, ale możliwości kupna też. Czy to sprawi, że będzie zadowolony?

Konieczność reform, czyli znowu polityka.

Co z tego, że cena mięsa jest niższa, jeśli nie można go kupić? Stopniowo będzie rosło niezadowolenie ludu. Więc Książe Serdelek Pierwszy staje w obliczu decyzji, co zrobić z gospodarką mięsa. W uproszczeniu do wyboru ma następujące scenariusze:

  • Urynkowienie cen mięsa, czyli powrót do sytuacji sprzed wprowadzenia ceny urzędowej. Ale oznaczać to będzie przyznanie się do błędu, no i pojawi się nowy rodzaj niezadowolenia społeczeństwa (bo ceny wzrosną). Więc lepiej nie...
  • Import mięsa w ilości likwidującej niedobór. Ale cena zakupu będzie rynkowa (a nawet nieco wyższa, jeśli zagraniczni wrogowie księcia zechcą wykorzystać sytuację, żeby zarobić więcej), a w kraju trzeba będzie sprzedawać mięso po cenie urzędowej. Operacja importu będzie się więc odbywać ze stratą, którą trzeba będzie sfinansować. Więc lepiej nie...
  • Zwiększenie podaży. Ale jak skłonić producentów do produkcji przy warunkach cenowych, które im nie pasują? Można oczywiście wprowadzić dopłaty, ale to jest kosztowne dla budżetu. Więc prościej jest znacjonalizować producentów mięsa i zarządzać produkcją (czytaj nakładać plany produkcyjne) z poziomu książęcego ministerstwa. Ale to nie wystarczy. Bo przecież producenci mięsa korzystają z produktów innych branż i nie będą w stanie dokonywać zakupów na zasadach rynkowych, jeśli sami będą sprzedawać po cenach nierynkowych. Pojawia się więc pokusa, aby znacjonalizować co tylko się da...
  • Ograniczenie popytu. Jeśli ludzie będą kupować mniej to będzie mniejszy niedobór. Wprawdzie prawa ekonomii pchają ich do większych zakupów, ale można to ograniczyć administracyjnie, czyli wprowadzić kartki na mięso. Dodatkowo książęce media mogą zacząć promować „zdrowy tryb życia” (czyli pochwałę diety bezmięsnej) i to też pomoże ograniczyć popyt. Super pomysł, prawda? Idealny i prawie bezkosztowy…

Czarny rynek.

Nie przypomina Wam to czegoś? Tak działa gospodarka socjalistyczna. Z doświadczenia wiemy, że w takiej sytuacji obok oficjalnego rynku tworzy się rynek równoległy (zwany przez władzę „czarnym rynkiem”), na którym obowiązują ceny zbliżone do cen równowagi, a więc wyższe niż na rynku oficjalnym. W takiej sytuacji opłaca się przenosić towar kupiony po cenie urzędowej na czarny rynek, co jeszcze bardziej zwiększa deficyt towaru na rynku oficjalnym. Więc władza musi walczyć z czarnym rynkiem, mnożyć kontrole, wyłapywać spekulantów, czyli z punktu widzenia państwa ponosić koszty pilnowania, aby nierynkowa gospodarka pozostała nierynkowa.

Dziś trudno to sobie wyobrazić, ale walka państwa z nieprawidłowościami na rynku regulowanym (czytaj walka z prawami ekonomii) potrafi być bardzo bezwzględna, a jej kresem są nawet wyroki śmierci. Tak właśnie zdarzyło się w Polsce w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Temu epizodowi historii gospodarczej PRL, który znany jest jako afera mięsna, poświęcę następny post, do którego już dziś zapraszam.

Polska doświadczyła także urynkowienia cen. Całkiem niedawno, bo w sierpniu 1989 roku. O tym też napiszę…

Masz jeszcze ochotę na "poprawianie" wolnego rynku?

środa, 23 sierpnia 2017

041. Kiedy i gdzie działa "niewidzialna ręka rynku"?

Dwa poprzednie posty poświęciłem jednym z najważniejszych w ekonomii praw: prawu POPYTU i prawu PODAŻY , które prowadzą do równowagi rynkowej, czyli sytuacji w której cena sprawia, że wielkość podaży równa jest wielkości popytu.

To sytuacja pożądana i dla sprzedających i dla kupujących. Ekonomia mówi, że na doskonale konkurencyjnym rynku cena dąży do ceny równowagi. I to jest dobra wiadomość. Zła wiadomość jest taka, że nie tak znowu łatwo znaleźć rynek o doskonałej konkurencji.

Kiedy konkurencja jest doskonała ?

1.       Kiedy mamy dużą liczbę sprzedających i kupujących i żaden z nich nie jest w stanie w pojedynkę skutecznie wpłynąć na cenę.
2.       Kiedy produkt oferowany przez każdego sprzedającego jest dokładnie taki sam.
3.       Kiedy każdy może swobodnie wejść na rynek albo z niego wyjść.
4.       Kiedy wszyscy wiedzą wszystko, czyli występuje doskonały dostęp do informacji.

W rzeczywistości liczba sprzedających zawsze jest skończona i wśród nich zdarzają się tacy, którzy mają więcej towaru a tym samym więcej możliwości oddziaływania na rynek. Czasem to samo można powiedzieć o kupujących.

Jeśli rozejrzymy się wokół to się okaże, że prawie każdy sprzedający stara się udowodnić, że oferuje niepowtarzalny towar, absolutnie inny niż oferuje konkurencja. Nawet wiśnie mogą być wyjątkowe, bo były pryskane środkiem w pełni naturalnym sporządzonym na podstawie receptury objętej ścisłą tajemnicą, były zbierane ręcznie albo są z sadu położonego w wyjątkowym miejscu.

Wejście na rynek albo wyjście z rynku na ogół związane jest z jakimiś kosztami, które trzeba ponieść. Żebym zaczął sprzedawać wiśnie muszę je nazrywać (koszt wejścia), a gdy mi nie idzie sprzedaż chcę wyjść z rynku to niestety biorę pod uwagę, że przepadnie to, czego nie sprzedałem, a i tak muszę to posprzątać (koszt wyjścia).

Także pełna informacja o sytuacji na rynku jest raczej teorią. Zresztą każda informacja potencjalnie jest skażona subiektywną oceną jej autora…

Mimo to prawo podaży i prawo popytu naprawdę działają i dlatego – moim zdaniem – warto o nich wiedzieć.

Gdzie działają prawa podaży i popytu?

Najprościej powiedzieć, że wszędzie. Ale przejdźmy do przykładów.

Rynek towarów, np. wiśni (przykład z poprzedniego postu). Jeśli maleje cena wiśni to rośnie popyt na nie. Jeśli rośnie cena wiśni to popyt na nie maleje. Zwykły targ owocowy to prawdziwa świątynia wolnego rynku, ale oczywiście nie spełnia warunków konkurencji doskonałej. Spróbuj jednak sprzedawać na nim owoce po cenie dwa razy większej niż oferują inni sprzedawcy…

Rynek walutowy. Wymiana walut to transakcja, w której jedna waluta jest sprzedawana a druga kupowana. Ta waluta, która jest sprzedawana składa się na podaż, a ta, która jest kupowana jest elementem popytu. Jeśli pojawi się dużo osób sprzedających franki szwajcarskie to ich cena (czyli kurs) spadnie. Jeśli przeważać będą nabywcy to kurs wzrośnie. Ot cała tajemnica zmienności kursów. Na tym rynku towar jest identyczny (nie mogę powiedzieć, że moje franki są lepsze od Twoich franków, zwłaszcza jeśli mają postać zapisu elektronicznego), ale wejść na międzybankowy rynek walutowy jest bardzo trudno – trzeba być bankiemJ.

Rynek pracy. Tu mamy pewne zamieszanie pojęciowe. Pracę oferuje pracownik a nabywcą pracy jest pracodawca. Ceną za pracę jest wynagrodzenie. Jeśli wynagrodzenia rosną to rośnie chęć podjęcia pracy (podaż ze strony pracowników), a jednocześnie maleje entuzjazm pracodawców, aby miejsca pracy tworzyć (popyt na pracę). I odwrotnie: mniejszy poziom wynagrodzeń (ceny za pracę) zmniejsza podaż (chęć zatrudnienia się) i zwiększa popyt. Rynek pracy jest o tyle szczególny, że podlega ograniczeniom prawnym dotyczącym np. minimalnego wynagrodzenia). Jednak mimo to prawa rynku działają. W sytuacji dużego bezrobocia (duża podaż pracy i mały popyt na pracę, czyli dużo chętnych do pracy i mało miejsc pracy) wynagrodzenia są niskie, a nawet może pojawić się skłonność obu stron (pracownika i pracodawcy), aby zaakceptować wynagrodzenie poniżej prawnie dopuszczalnego wynagrodzenia minimalnego. W takich przypadkach widać przewagę praw rynku, choć to i nielegalne i nieetyczne.

Żaden z tych rynków nie jest doskonale konkurencyjny, dlatego cena, jaka się na nim ukształtuje będzie „mniej więcej” ceną równowagi. Prawa podaży i popytu działają mimo opisanych niedoskonałości. Równowagę, która panuje na tych rynkach można jednak łatwo zniszczyć. W przyszłym tygodniu przedstawię symulację zniszczenia wolnego rynku. Zapraszam.

środa, 16 sierpnia 2017

040. Najważniejszy wykres ekonomii. Część 2: Podaż i równowaga rynkowa.


W ubiegłym tygodniu opisałem połowę najważniejszego moim zdaniem wykresu ekonomii odnoszącego się do popytu. Ten post dostępny jest pod linkem POPYT. Popyt to jednak nie wszystko. Teraz czas na uzupełnienie wykresu o podaż.

Prawo podaży.

Podaż to ilość dóbr oferowanych na rynku przez dostawców. Wedle prawa podaży wielkość podaży danego produktu zwiększa się, jeśli wzrasta jego cena i maleje jeśli cena maleje. Podobnie jak przy prawie popytu obowiązuje tu zastrzeżenie, że niezmienne pozostają wszystkie inne czynniki, które mogą mieć wpływ na rynek. O tym jeszcze napiszę. Na razie zapamiętajmy, że nie tylko cena wpływa na podaż.

Z punktu widzenia zwykłego człowieka prawo podaży jest odrobinę mniej intuicyjne niż prawo popytu, ale nawet dziecko się zgodzi, że jeżeli sprzedawca sprzedaje butelkę wody za 2 złote i jego zysk z takiej sprzedaży wynosi 50 groszy to jeszcze chętniej będzie sprzedawał tę samą butelkę wody za 2,50 złotego, bo jego zysk wyniesie wówczas 1 złoty (będzie tak, jeśli nie ulegną zmianie jego koszty a o tym mówi zastrzeżenie z poprzedniego akapitu.). A „chętniej” oznacza, że będzie skłonny sprowadzić na rynek trochę więcej butelek wody, żeby trochę więcej zarobić.

Krzywa podaży.

Graficznie podaż można zobrazować jako krzywą, którą przedstawiam powyżej. Na znany nam już wykres popytu (czerwona linia oznaczona literą D) nakładamy krzywą podaży (niebieska linia). Oś pionowa to cena, oś pozioma to ilość sprzedawanego dobra (produktu lub usługi). Jeśli cena rośnie to rośnie też chęć sprzedawcy do sprzedawania (bo zarobi więcej) i odwrotnie: jeśli cena maleje to maleje jego ochota na sprzedawanie (bo zarobi mniej). W takich sytuacjach będzie odpowiednio oferował więcej towaru (jeśli cena rośnie) albo mniej (jeśli cena maleje) i dlatego na wykresie przesuwając się w prawo krzywa podnosi się do góry.

Na wykresach krzywą popytu określa się literą S od angielskiego słowa „supply”.

Równowaga rynkowa.

To sytuacja, w której wielkość podaży jest równa wielkości popytu. W takich warunkach sprzedawcy są zadowoleni z ceny, bo sprzedadzą wszystko, co zaoferują. Zadowoleni będą też kupujący, bo kupią tyle, ile chcą kupić przy danej cenie. Na rynku zapanuje prawie pełna sielanka.

Nie oznacza to, że zadowolony będzie każdy kupujący i każdy sprzedający, bo każdy z nich może mieć nieco inne indywidualne oczekiwania od rynku. Np. bogatszy kupujący będzie skłonny zaakceptować nieco wyższą cenę niż jego mniej zasobny kolega. Z kolei sprzedający, który finansuje swoją działalność kredytem bankowym będzie oczekiwał nieco wyższej ceny niż sprzedający, który nie korzysta z kredytów.

Graficznie równowaga rynkowa to punkt, w którym przecinają się krzywe podaży i popytu. Powstaje w ten sposób cena równowagi, czyli cena, dla której wielkość podaży jest równa wielkości popytu.

Osiągnięcie równowagi rynkowej.

Choć pojęcie równowagi rynkowej jest teoretyczne, to można je zaobserwować w praktyce.

Wyobraź sobie, że na targu sprzedajesz wiśnie. Jesteś jedynym sprzedawcą, więc możesz zupełnie swobodnie decydować o cenie, czyli mówiąc górnolotnie możesz kształtować rynek. Ustawiasz cenę na poziomie 50 złotych za kilogram. Ta cena jest dla Ciebie bardzo atrakcyjna, więc jesteś skłonny dostarczyć na targ bardzo dużo wiśni, sprzedawać codziennie i do późna w nocy, bo wówczas bardzo dużo zarobisz. Ale to, czy w ogóle coś sprzedasz zależy przecież od kupujących…

A dla nich Twoja cena wcale nie jest taka fajna. Przy cenie 50 zł za kilogram wiśni chętnych na kupno jest niewielu. Większość odchodzi od Twojego stoiska narzekając na drożyznę. Kilka osób kupi po dosłownie garstce wiśni. Trafi się pojedynczy Klient, który kupi te drogie wiśnie, aby pokazać, że go stać (efekt Veblena), ale przestajesz już liczyć, że cokolwiek zarobisz. A wiśnie zaczynają się psuć…

Więc obniżasz cenę do 1 zł za kilogram. Dla Ciebie to zła cena, sprzedajesz bez przekonania i na pewno nie planujesz przyjazdu na ten targ w kolejnym dniu. W początkowym momencie nabywcy są zachwyceni: przed Twoim stoiskiem ustawia się kolejka, każdy kupuje ogromne ilości wiśni (bo cena jest rewelacyjna), ale … dla wszystkich nie starczy, a Ty otwarcie mówisz, że następnego dnia nie przyjedziesz. I oprócz niezadowolonego sprzedawcy mamy niezadowolonych kupujących: bo wiśni zabrakło, bo sprzedawca niemiły, bo jutro stoisko zamknięte.

W naszym przykładzie cena równowagi leży gdzieś pomiędzy 1 zł a 50 zł a to absurdalnie szeroki zakres. Gdybyś faktycznie był jedynym sprzedawcą po kilku próbach odkryłbyś mniej więcej tę wartość. Zazwyczaj jednak na rynku są inni sprzedający, a rynek ma swoją historię (czyli zapis transakcji, które już się odbyły) i odkrycie ceny równowagi jest jeszcze łatwiejsze.

Wedle prawideł ekonomii wcześniej, czy później zacząłbyś stosować mniej więcej cenę równowagi. Dlaczego "mniej więcej"? Odpowiem za tydzień...

środa, 9 sierpnia 2017

039. Najważniejszy wykres ekonomii. Część 1. Popyt.


Tytułu oczywiście nie można traktować dosłownie. Zauważcie jednak, że w wielu dziedzinach nauki można wskazać kluczowe prawidła, które jeśli nie tłumaczą wszystkiego z tej dziedziny to z pewnością bardzo wiele. Idealnie jest, jeśli można takie prawidło przystępnie zobrazować.

Moim zdaniem w ekonomii takim właśnie przystępnym obrazem, który tłumaczy „prawie wszystko” jest wykres, na którym występują jednocześnie krzywa popytu i podaży. Wykres ten obrazuje rynek i to, co się na nim dzieje przy zmianie cen. To taka podstawa ekonomii, więc zajmijmy się nim przez chwilę.

Prawo popytu.

Popyt odnosi się do kupującego i jego apetytu na dokonywanie zakupów. Prawo popytu mówi, że to apetyt na zakupy generalnie maleje, gdy rośnie cena i odwrotnie: skłonność do dokonywania zakupów generalnie rośnie, gdy maleją ceny. Dotyczy to zarówno indywidualnych decyzji pojedynczego człowieka (popyt indywidualny) jak i sumy poczynań wszystkich potencjalnych kupujących (popyt rynkowy).

Bardzo ważnym ograniczeniem prawa popytu jest zastrzeżenie, że wszystkie inne warunki mające wpływ na sytuację na rynku pozostaną niezmienne. O tym jeszcze szerzej napiszę. Na razie zapamiętajmy, że nie tylko cena ma wpływ na wielkość popytu.

W tej formie prawo popytu jest bardzo proste: nawet dziecko wie, że jeśli gałka lodów stanieje z 2 zł do 50 groszy to będzie je stać na więcej gałek. I kupi ich więcej, o ile nie wystąpią inne czynniki, które wpłyną na jego decyzje zakupowe (np. rodzice popsują zabawę określając maksymalną liczbę gałek lodów, które dziecko może zjeść).

Krzywa popytu.

Graficznie popyt można zobrazować jako krzywą, którą przedstawiam powyżej. Oś pionowa to cena, oś pozioma to ilość kupowanego dobra (produktu lub usługi). Jeśli cena maleje ilość kupowanego dobra rośnie i dlatego przesuwając się w prawo krzywa opada w dół. Przedstawiony wykres obrazuje taką właśnie sytuację: cena spada z poziomu P1 do poziomu P2 i odpowiada temu wzrost popytu z poziomu Q1 do poziomu Q2.

Na wykresach krzywą popytu określa się literą D od angielskiego słowa „demand”.

Elastyczność cenowa popytu.

Krzywa popytu wygląda różnie dla różnych produktów, bo kupujący różnie reagują na zmiany cen różnych produktów. Stopień reakcji kupującego na zmianę ceny to właśnie elastyczność cenowa popytu.

Wyobraźmy sobie, że o 20% wzrosły ceny chleba i biletów do kina. W obu przypadkach reakcja kupujących będzie negatywna (po podwyżce kupią mniej), ale skala spadku zakupów chleba będzie raczej mniejsza niż skala spadku zakupów biletów do kina. Dlaczego? Bo chleb jest produktem podstawowej potrzeby i zwłaszcza w naszym kręgu kulturowym nie jest łatwo z niego zrezygnować. Z biletu do kina zrezygnować jest łatwiej. Ten sam chleb w Japonii nie jest już produktem podstawowej potrzeby i reakcja Japończyków na wzrost ceny chleba o 20% będzie o wiele mocniejsza niż reakcja Polaków.

Podsumowując górnolotnie: elastyczność cenowa popytu jest różna dla różnych produktów. I druga zasada: elastyczność cenowa popytu na ten sam produkt może być różna na różnych rynkach, bo wynika z potrzeb kupujących, a te mogą być różne z powodów kulturowych, religijnych, klimatycznych itp.

Zaprzeczenie prawa popytu.

Ekonomia wskazuje kilka sytuacji, w których prawo popytu nie działa, a nawet „działa odwrotnie”, tzn. popyt wzrośnie gdy wzrośnie cena. Warto zdawać sobie sprawę z takich możliwości a są one opisane tzw. paradoksami:
1.       Paradoks Giffena, który mówi o tym, że w sytuacji wzrostu cen żywności konsumenci o najniższych dochodach zaczną korzystać z najtańszych produktów żywnościowych, więc na rynku tych najtańszych produktów mimo wzrostu cen nastąpi wzrost popytu.
2.       Paradoks Veblena dotyczy dla odmiany dóbr luksusowych i konsumentów o najwyższych dochodach i mówi, że ze względów snobistycznych ta grupa nabywców zwiększa zakupy właśnie dlatego, że cena luksusowego dobra rośnie.
3.       Efekt owczego pędu opisuje wpływ mody na zachowania zakupowe konsumentów, którzy dokonują zakupów nie w celu zaspokojenia swoich faktycznych potrzeb, ale ze względu to, że inni konsumenci to robią.

To niby tylko teoria, ale trudno nie zauważyć, że współczesne firmy wykorzystują w swoich działaniach marketingowych i efekt owczego pędu (gdy kreują modę na własny produkt) i Paradoks Veblena (gdy przesuwają popyt części klientów w stronę droższych modeli). Tak to teoria ucieleśnia się praktycznie…

Za tydzień będzie o podaży.