Prostym językiem o ekonomii ...

środa, 20 czerwca 2018

084. W jaki sposób Bankowy Fundusz Gwarancyjny pilnuje naszych pieniędzy?

W wielu bankach można zobaczyć tabliczkę informującą, że pieniądze w nich zgromadzone są gwarantowane przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Jest to informacja zapewniająca klientów, że ich środki powierzone temu bankowi są bezpieczne.

Co to jednak konkretnie oznacza? Jakie są zasady gwarantowania pieniędzy wpłaconych do banku w Polsce? I wreszcie co się dzieje, gdy bank, któremu powierzyliśmy pieniądze wpada w kłopoty? Na te pytania odpowiem w tym i w kolejnym artykule.

Bankowy Fundusz Gwarancyjny.


W Polsce gwarantowaniem środków zgromadzonych w bankach i kasach zajmuje się Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Jednak jego zadania są o wiele szersze niż tylko owo „gwarantowanie”. Otóż przede wszystkim BFG patrzy na ręce bankom, analizuje ich poczynania i w przypadku zdiagnozowania niebezpieczeństw podejmuje działania wobec zagrożonych banków i ich zarządów. Priorytetem jest aby nie dopuścić do sytuacji, w której gwarantowanie wkładów okaże się potrzebna. Dopiero, gdy taka sytuacja wystąpi (zawieszenie działalności banku przez Komisję Nadzoru Finansowego albo złożenie wniosku o upadłość banku), zadaniem BFG staje się zorganizowanie procesu wypłat na rzecz klientów banku.

Bankowy Fundusz Gwarancyjny działa na rzecz stabilności krajowego systemu finansowego: gwarantuje depozyty zgromadzone w bankach i kasach oraz odpowiada za przeprowadzanie przymusowej restrukturyzacji instytucji finansowych zagrożonych bankructwem.



Co jest gwarantowane?


Przede wszystkim środki pieniężne zgromadzone w dowolnej walucie na wszelkich rodzajach rachunków bankowych. Ale także należności deponenta (klienta banku lub kasy) wynikające z umów rachunku bankowego, czyli odsetki naliczone zgodnie z zawartą umową za okres do dnia spełnienia warunku gwarancji (zawieszenia działalności banku albo złożenia wniosku o jego upadłość).

A co nie?


Nie jest tak, że gwarancji podlega każda kwota wpłacona do banku. W szczególności poza systemem gwarantowania są:

Środki wpłacone do banku spółdzielczego albo spółdzielczej kasy oszczędnościowo-kredytowej tytułem udziałów, wpisowego albo wkładów członkowskich.

Środki wpłacone do banku związane z zakupem produktu finansowego, którego sprzedawcą jest podmiot inny niż bank (np. towarzystwo ubezpieczeniowe, fundusz inwestycyjny), a bank pełni jedynie rolę pośrednika w transakcji.

I zwłaszcza w tym drugim elemencie należy zachować ostrożność i zdrowy rozsądek. Może się bowiem okazać, że przerzucenie oszczędności z lokaty na inny produkt oferowany nam przez pracownika banku, pozbawi nas gwarancji BFG. Warto się o to zapytać. Niezależnie jednak od odpowiedzi należy pamiętać, że jeśli stroną podpisywanej przez nas umowy nie jest bank albo SKOK, to gwarancja BFG nie będzie obowiązywać.

Ile jest gwarantowane?


Maksymalna kwota, jaka może być zwrócona jednemu klientowi banku lub kasy wynosi równowartość z złotych kwoty 100.000 euro. Niezależnie od liczby rachunków, jakie posiadasz w banku otrzymasz maksymalnie 100.000 euro, ale jest tu kilka wyjątków.

Po pierwsze odrębnie traktuje się każdego współposiadacza rachunku i dotyczy to także posiadaczy małoletnich. W praktyce oznacza to, że jeśli masz rachunek wspólny z mężem/żoną to w przypadku wypłaty z gwarancji BFG możecie otrzymać nawet 200.000 euro, a jeśli z mężem/żoną i dzieckiem to nawet 300.000 euro. W takich przypadkach środki zgromadzone na rachunkach wspólnych są dzielone pomiędzy współposiadaczy po równo, albo zgodnie z postanowieniami umowy rachunku (jeśli umowa takie postanowienie zawiera) i każdy z nich może otrzymać maksymalnie 100.000 euro.

Po drugie w przypadku, gdy środki na rachunku bankowym pochodzą:
  • Ze sprzedaży mieszkania lub domu (ale niezwiązanego z prowadzeniem działalności gospodarczej),
  • Z podziału majątku po ustaniu małżeńskiej wspólnoty majątkowej,
  • Ze spadku lub otrzymanego zachowku,
  • Z wypłat ubezpieczeń (NNW albo ubezpieczeń na życie),
  • Z wypłat odpraw pieniężnych, emerytalnych lub rentowych,
  • Z odszkodowań i zadośćuczynień
to kwota gwarancji jest podwyższona do 200.000 euro, ale wymaga to przedstawienia Bankowemu Funduszowi Gwarancyjnemu dowodów, że środki na rachunku pochodzą z ww. tytułów.

Które instytucje finansowe są objęte systemem gwarancji BFG?


Najprościej jest ze spółdzielczymi kasami oszczędnościowo-kredytowymi. Każda jest w systemie gwarancji BFG i nie ma co się nad tym zastanawiać.

Z bankami sprawa jest trochę bardziej skomplikowana. W systemie są wszystkie banki mające siedzibę na terenie Rzeczypospolitej Polskiej, za wyjątkiem Banku Gospodarstwa Krajowego, który jest jedynym bankiem państwowym i jako taki jest objęty gwarancją ze strony Skarbu Państwa. Wracając do banków: kluczem jest siedziba nie ma znaczenia kraj pochodzenia kapitału, ani forma prawna (spółka akcyjna czy bank spółdzielczy). Jeśli siedziba jest w Polsce, to z automatu bank podlega pod gwarancje BFG.

W przypadku oddziałów banków zagranicznych (są takie na terenie naszego kraju), BFG gwarantuje depozyty wyłącznie w zakresie, w jakim system gwarantowania depozytów w państwie - siedzibie banku zagranicznego nie zapewnia wypłaty środków zgodnie z polskimi przepisami. Czyli: gdyby wystąpiła konieczność korzystania z gwarancji depozytu wpłaconego do oddziału banku zagranicznego, to najpierw korzystamy z systemu gwarancji obowiązującego w kraju-siedzibie banku, a gdyby ten system był słabszy od polskiego, to tę różnicę „wyrówna” BFG.

Czy na pewno dostanę pieniądze z BFG?


Na pewno. W szczególności, jeśli jesteś klientem banku jako osoba fizyczna (zwykłym Janem Kowalskim) nie masz się czym martwić. Przepisy mówią, kto nie jest objęty ochroną, ale dotyczy to przede wszystkim Skarbu Państwa, innych banków, SKOK-ów, instytucji finansowych, firm inwestycyjnych i emerytalnych, czyli podmiotów, które powinny się znać na tym, komu powierzają swoje pieniądze.

Nie dziwi więc, że ochroną gwarancyjną nie jest objęty też sam BFG, bo w końcu na bezpieczeństwie wkładów zna się najlepiej w Polsce.


środa, 13 czerwca 2018

083. Jak inwestują bogaci?

Wcale nie trzeba lokować pieniędzy tylko w banku. One rzeczywiście są tam bezpieczne. Ale w dzisiejszych realiach dają niestety niewielki zarobek. Kusi więc możliwość inwestowania w waluty obce, obligacje, nieruchomości, dzieła sztuki i nie tylko. O nieograniczonych zarobkach na takich, niekiedy bardzo nietypowych, operacjach można poczytać w wywiadach z bardzo bogatymi ludźmi. Stąd już o krok od decyzji typu „ja chcę tak samo”. Tym bardziej, że to rozumowanie wykorzystują sprzedawcy niezwykłych okazji finansowych. Sęk w tym, że pomijają niektóre aspekty…


Ryzyko i płynność.


Przyjęło się, żeby porównywać lokatę do innych możliwości inwestycyjnych. Jeżeli te porównania ograniczyć tylko do rentowności (inaczej zwrotu, albo po prostu zarobku), to lokata zdecydowanie przegrywa. Lokata jest bowiem inwestycją o najmniejszej rentowności. Niekiedy nawet niższej niż poziom inflacji i wówczas naszych pieniędzy realnie jest coraz mniej.

Ale rentowność to nie wszystko…


Jest jeszcze kwestia bezpieczeństwa i płynności. I w tych obszarach lokata bankowa zdecydowanie wygrywa: nasze pieniądze ulokowane w banku są bezpieczne (odzyskamy je nawet, jeśli bank zbankrutuje) i są maksymalnie płynne (w każdej chwili możemy zerwać lokatę i mieć pieniądze do dyspozycji).
W przypadku innych form inwestowania mamy inne (NIŻSZE) poziomy bezpieczeństwa i płynności. O jednym i drugim przekonali się właśnie inwestorzy w obligacje GetBacku. Ale to skrajny przypadek, w którym widać jak na dłoni, że brak bezpieczeństwa i brak płynności stoją ramię w ramię. Co mam na myśli? Gruchnęła wieść, że z emitentem obligacji jest źle (bezpieczeństwo) to i chętnych na wyemitowane już obligacje nie ma (płynność), a Giełda Papierów Wartościowych zawiesiła notowania akcji.

Jeżeli nie inwestujemy samodzielnie, to bardzo ważne jest, komu powierzyliśmy nasze pieniądze. Kto gwarantuje ich zwrot? Czy jest to Bankowy Fundusz Gwarancyjny, Skarb Państwa, bank, czy tylko firma o intrygującej nazwie i barwnym modelu biznesowym?

Jeżeli zainwestujemy samodzielnie np. w nieruchomości, to po pierwsze nie ma pewności, że ich wartość rynkowa nie spadnie (bezpieczeństwo). I po drugie: spieniężenie nawet najbardziej atrakcyjnej działki budowlanej trwa dłużej niż zerwanie lokaty (płynność). To może zaboleć, jeśli naprawdę będzie nam zależało na czasie. Zwłaszcza, jeśli kupujący się zorientują…

Dywersyfikacja, czyli jeden koszyk to za mało.


Duzi inwestorzy, którzy lokują naprawdę znaczne kwoty, uwzględniają w swoich planach zarówno spodziewany zarobek, jak i płynność i bezpieczeństwo. Dlatego dzielą swoje pieniądze na portfele o różnej charakterystyce (różny poziom zarobku, płynności i bezpieczeństwa). W zależności od sposobu zarządzania tymi pieniędzmi różnicują tylko sposób lokowania (rachunek bankowy, obligacje przedsiębiorstw, nieruchomości, działa stuki), albo uwzględniają też dodatkowe czynniki (np. geografię: część pieniędzy jest ulokowana w Europie, część w Ameryce Południowej a część w Rosji).

Takie postępowanie to dywersyfikacja.

Jej celem jest podzielenie ryzyka na mniejsze fragmenty. Dla każdej inwestycji istnieje prawdopodobieństwo niepowodzenia. Ale prawdopodobieństwo tego, że niepowodzenie wystąpi jednocześnie w kilku naprawdę różnych inwestycjach jest znacznie mniejsze.

Analogicznie: każdy sposób lokowania wiąże się z typową dla siebie płynnością. Jeśli pieniądze zostaną podzielone na portfele uwzględniające także ten czynnik, to w przypadku konieczności szybkiego ich odzyskania, zawsze znajdzie się inwestycja, z której będzie można wyjść bez kłopotu. Prawdopodobieństwo tego, że wszystkie nasze inwestycje okażą się akurat niepłynne, będzie minimalne.

Strategia inwestycyjna.


To świadomy podział pieniędzy pomiędzy sposoby inwestowania, które różnią się oczekiwanym zwrotem (zarobkiem), płynnością i poziomem ryzyka.

Kluczem jest zrozumienie, że zwrot z inwestycji jest tym większy, im większy jest poziom ryzyka. W finansach cudów nie ma. Są natomiast istotne czynniki psychologiczne. Każdy z nas ma inne oczekiwania co do zarobku i inną skłonność do podejmowania ryzyka. Są tacy, którzy ryzyko wykluczają całkowicie. Inni dopuszczają je w charakterystycznym dla siebie zakresie. Jedni mniejszym. Inni większym. To sprowadza się w praktyce do podzielenia swoich zasobów na poszczególne inwestycje.

Wszystkiego nie da się przewidzieć.


Wiele sposobów inwestowania wiąże się z brakiem pewności rezultatów. Analiza historycznych notowań, choć pouczająca sama w sobie, nie zapewnia bezpieczeństwa. Historia uczy, ale nie udziela gwarancji. Z doświadczenia inwestora, który szczyci się, że na akcjach firmy X „zawsze zarabiał 20% rocznie” albo z obserwacji, że „cena waluty Y zawsze rośnie jesienią o 10%” nie wynika, że tak będzie w przyszłości. To błędne myślenie psychologowie nazywają duplikacją przeszłych doświadczeń. I jest równie trafne, co przewidywanie wojny na podstawie tego, że „wyngiel je we wiosce”.

Stop loss. Take profit.


Dlatego wytrawni inwestorzy korzystają z mechanizmu ograniczającego ich straty do ściśle określonej wielkości. Tak! Tak!. Inwestorzy najpierw myślą o ryzyku. I poważnie biorą pod uwagę możliwość niepowodzenia. Korzystają wówczas z mechanizmu stop loss, który spieniężą ich inwestycję, w momencie, gdy strata liczona w czasie rzeczywistym osiągnie ustalony poziom.

Najłatwiej wyjaśnić to na przykładzie notowań giełdowych. Inwestor kupuje akcję spółki ALFA po 10 złotych za akcje i ustawia stop lossa na poziomie 8 złotych. W przypadku, gdy cena akcji spółki ALFA spadnie do poziomu 8 złotych nastąpi ich automatyczna sprzedaż. Inwestor poniesie stratę, ale nie większą niż 20%.

Co ciekawe analogiczny mechanizm stosowany jest w przypadku realizacji zysków. Nazywa się take profit. W obu przypadkach chodzi o to samo: aby odciąć się od myślenia, że kurs się odbije i strata będzie mniejsza, albo że kurs będzie rósł i wciąż zarobię jeszcze więcej. To pułapka…

Czego można się nauczyć od bogaczy?


  • Podejmowania świadomych decyzji. 
  • Dywersyfikowania.
  • Uwzględniania Płynności.
  • Myślenia o potencjalnej stracie.
  • Ustawiania mechanizmów typu stop loss.

Nie ma sensu granie na siłę. Nie ma co udawać, że będziemy inwestować na peruwiańskiej giełdzie, zwłaszcza jeśli nie dysponujemy milionami. Ale jeśli odkładamy na edukację naszych dzieci albo na własną starość, to może nie inwestujmy wszystkiego w ryzykowane przedsięwzięcia…

środa, 6 czerwca 2018

082. Afery finansowe. Dlaczego tracimy w nich pieniądze?

Co jakiś czas media donoszą o wielkich aferach finansowych. Aferach, w których wielu ludzi traci bezpowrotnie swoje pieniądze. Niekiedy dorobek całego życia. Bezpieczna Kasa Oszczędności. Amber Gold. Teraz najprawdopodobniej sprawa GetBack. Co łączy te przypadki? Dlaczego się wydarzyły? Dlaczego ludzie tracą w ten sposób dorobek życia?
Jeśli lubisz sensację i wyznajesz spiskową teorię dziejów, to ten tekst Ci się nie spodoba. Wkurzysz się jeszcze bardziej, gdy Ci powiem, że popełniasz błąd, jeśli myślisz, że to wszystko wina wyłącznie służb i polityków. Może i zawiedli. Może nawet maczali w tym palce. Nic by się jednak nie wydarzyło, gdyby ludzie świadomie podejmowali decyzje. Gdyby krytycznie myśleli o ofertach, które otrzymują. Gdyby korzystali z praw ekonomii. Ale po kolei…

BKO. Amber Gold. GetBack. Podobieństwa.


Tym co łączy te trzy przypadki jest atrakcyjność ofert. Generalnie przekaz w każdym przypadku był następujący: jesteś frajerem, jeśli będziesz trzymał pieniądze na dziadowskim procencie w banku. My damy Ci znacznie więcej. Dwa. Trzy. Cztery razy więcej.
Wikipedia: Bezpieczna Kasa Oszczędności, instytucja oferująca znacznie wyższe oprocentowanie (sięgające nawet 300% rocznie) lokat złotówkowych niż tradycyjne banki. Miało to być możliwe, dzięki wymianie złotówek na dolary. Plan zawiódł, ponieważ po wprowadzeniu z dniem 1 stycznia 1990 pełnej wymienialności złotówki i sztywnego kursu dolara siła nabywcza tej waluty w warunkach wysokiej inflacji gwałtownie malała. Uważa się, że Kasie oszczędności powierzyło ok. 10 tys. osób (szacowano je przed denominacją na 25-26 mld starych złotych). […] Ostatecznie syndyk masy upadłościowej wypłacił łącznie klientom 7 mld. złotych, co odpowiadało 1/4 tej sumy z jesieni 1989.


Tak sformułowana oferta budzi jedną wątpliwość: w czym oferujący jest lepszy od sektora bankowego?  Że jest w stanie zaoferować trzykrotnie większe oprocentowanie? Bo co to oznacza? Że weźmie nasze pieniądze, obróci nimi tak skutecznie, że zarobi cztery razy więcej niż bank i łaskawie odda nam trzy czwarte swojego zysku.
Odpowiedzią jest dalsza część biznesowego story. Otóż Twoje pieniądze będą mądrze lokowane: w dolary USA (case BKO), złoto (case Amber Gold), albo obrót wierzytelnościami (case GetBack). Proste, prawda?

Tylko dlaczego „głupie” banki nie postępują w ten sam sposób?
Może dlatego, że kurs dolara, cena złota i skuteczność obrotu wierzytelnościami jest zmienna. Można wygrać albo przegrać. Czyli ponosi się ryzyko, którego nie da się przewidzieć. A pieniądze Klientom oddać trzeba. Więc bankom nie wolno „inwestować” w ten sposób. Bo jak taka inwestycja by nie wyszła i bank by zbankrutował, to pieniądze musiałby wypłacić Bankowy Fundusz Gwarancyjny, czyli… inne banki (kiedyś o tym napiszę). Więc nadzór bankowy i same banki też patrzą sobie wzajemnie na ręce i nie pozwalają robić takich inwestycji.

Niebezpieczeństwo rośnie.


Nie należy jednak uważać, że te trzy przypadki są takie same. Jest wręcz przeciwnie: jak na dłoni widać, że „model biznesowy” ewoluuje i to w bardzo niebezpieczną stronę.
Bezpieczna Kasa Oszczędności działała w sytuacji, w której rynek finansowy dopiero się tworzył. Była końcówka lat osiemdziesiątych. Mechanizmów rynkowych uczyliśmy się na bazarach. Nadzór finansowy nie istniał. Twórcy BKO wmówili ludziom, że na handlu walutą można tylko zarabiać. Postawiono budki, w których można było stać się uczestnikiem przyszłych cinkciarskich zysków. Wszystko w zacienionej rzeczywistości. Przaśnie. Ale wystarczyło.

Amber Gold to już inna bajka. Placówki w centrach handlowych, nakłady na reklamy, kontakty z politykami. Aktywność biznesowa właścicieli w innych branżach, w tym tak spektakularnych jak lotnictwo. Wszystko na oczach dojrzałego już nadzoru finansowego.
To jednak przedszkole na tle przypadku GetBack, który dodatkowo był notowany na giełdzie, publikował (do czasu!) miesięczne wyniki finansowe i posiadał ratingi nadane przez niezależne, międzynarodowe agencje. High life, którego nie powstydziłoby się londyńskie City…

Zatem chodzi o coś innego. O co?

Rozsądek, głupcze!

Oczywiście należy wyciągnąć wnioski z tego, co się stało (co się dzieje). Należy doszczelnić system nadzoru finansowego. Ale to zawsze będzie opóźnione w stosunku do rzeczywistości. Bo nie mam wątpliwości, że następny taki przypadek będzie jeszcze bardziej zaawansowany.

Prawdziwym lekarstwem jest wiedza!
W tym przypadku edukacja ekonomiczna. Której nie zastąpi rating wyspecjalizowanej agencji, czy nawet najlepszy nadzór finansowy.

Podstawowe prawo ekonomii.

Gdybym miał sprowadzić pięć lat studiów i dwadzieścia lat doświadczenia zawodowego do kilku prawd ekonomicznych, to jedna z nich brzmiałaby tak: w sytuacji rynkowej cena tego samego dobra oferowanego przez różnych sprzedawców musi być do siebie podobna. Jeśli się znacząco różni od siebie, to coś jest nie tak!

Mamy teraz sezon na truskawki. Kilogram kosztuje 8 złotych w sklepie osiedlowym. Może być tak, że u sprzedawcy ulicznego będą kosztowały 5-6 złotych. To uzasadnione, bo możliwe, że taki sprzedawca oferuje truskawki z własnego ogródka, nie płaci czynszu, ZUS-u i podatków. Ale jeśli zobaczymy truskawki w cenie 2 złote za kilogram, to będzie to dziwne. I to powinno skłonić nas do myślenia. Bo może pochodzą z kradzieży, a może nie są truskawkami, tylko jabłkami zerwanymi w ubiegłym roku pod Grójcem. Absurd, prawda? Nikt się na to nie nabierze, bo każdy wie czym różnią się truskawki od jabłek.
Benzyna. Cena przekroczyła 5 złotych. Na jednych stacjach już prawie 6. Na innych 5,20. A co powiedz, gdy nieznajomy będzie Ci oferował litr za złotówkę. W sensie cenowym oferta jest niesamowita. Za dwieście złotych pojedziesz do Rzymu. Jednak: wlejesz to coś do baku? Czy grzecznie pojedziesz na Orlen?


W sytuacji rynkowej cena tego samego dobra oferowanego przez różnych sprzedawców musi być do siebie podobna. Jeśli się znacząco różni do siebie, to coś jest nie tak!
Z produktami finansowymi jest tak samo. Oprocentowanie to też cena. To wynagrodzenie, jaką otrzymujemy za powierzenie komuś pieniędzy. Ten ktoś będzie nimi obracał, ale to nasze pieniądze i według prawa musi nam je oddać. Wraz z oprocentowaniem. I jeśli rynkowe oprocentowanie lokaty wynosi obecnie 1,5%-2% w skali roku, to jeśli ktoś oferuje 8%, to jest w tym coś dziwnego. Bo może wcale nie chce nam ich oddać. Albo to już nie jest lokata. Bo być może kupujemy też udział w ryzyku związanym z przedsięwzięciem tego kogoś i nie ma żadnej gwarancji, że ono się powiedzie.
Co sprawia, że rozsądek, z którego korzystamy kupując owoce i paliwo, przestaje działać, gdy chodzi o pieniądze? Nie badamy jakości benzyny oferowanej po złotówce, a jednak czegoś się boimy, prawda? Sięgnijmy do tych samych obaw, gdy widzimy nadzwyczajną ofertę finansową.

Wiedza nie zapobiegnie wszystkim nieszczęściom. Ale może nas ochronić. Warto więc o nią dbać. A nie tylko podniecać się transmisjami z obrad komisji śledczej…

środa, 30 maja 2018

081. O kasie dla dzieciaków. Przegląd książek ekonomicznych dla dzieci i młodzieży.


Pojutrze dzień dziecka. Prezenty pewnie już czekają. Ale może da się jeszcze do nich dołączyć coś z ekonomii dla najmłodszych. Bo na rynku od pewnego czasu pojawiają się książeczki dla dzieci i trochę poważniejsze dla młodzieży, które traktują o ekonomii.

Poniżej subiektywny przegląd niektórych z nich. Niektórych, bo opisałem tylko te, które mamy w domu. Na księgarskich półkach propozycji jest dużo więcej, ale nie zamierzam przepisywać cudzych recenzji. Zajrzyjcie do nich sami. Bo chociaż to książki dla dzieci, to jednak, jeśli się nad tym zastanowić, to może nie tylko...

„Przygody Kuby Pieniążka i Żyrafy Lokatki, czyli dziecięcy przewodnik po świecie pieniędzy”.

Jest to publikacja banku PKO BP towarzysząca skierowanej do dzieci ofercie Junior. Sama oferta jest bardzo ciekawa i dzieciom naprawdę się podoba. Ale dziś skupiam się na książeczce, którą można dostać bezpłatnie w oddziałach banku.
Tytułowy bohater Kuba Pieniążek ma siedem lat i w zamyśle autorów jest to książka dla dzieci kończących przedszkola i rozpoczynających szkołę podstawową. Książeczka traktuje o pieniądzu w przystępny dla dzieci sposób. Poszczególne rozdzialiki (zdrabniam, bo są naprawdę bardzo krótkie) opisują między innymi do czego służą pieniądze, skąd się wzięły, jak można je przekazywać i wreszcie jak je mądrze wydawać.

Książeczka jest bardzo kolorowa. Każdy rozdział zawiera też komiksowy dialog, którego wielką zaletą jest, że rolę eksperta objaśniającego świat pieniądza pełni dwunastoletnia siostra głównego bohatera. Oczywiście czyni to w bardzo przystępny sposób. Moim zdaniem to genialny zabieg, bo przy okazji dowodzi, że finanse nie są trudne. W pełni się z tym zgadzam. Brawo za pomysł.

We wstępie autorzy zachęcają do czytania tej książeczki wspólnie z dziećmi. To zadanie może też przejąć starsze rodzeństwo na zasadzie „skoro dwunastolenia Kasia Pieniążek jest ekspertem od ekonomii, to mogę być nim też i ja”. Potencjalnie może to zbudować dodatkową nić między rodzeństwem w różnym wieku. Polecam.

„Rozmowy z użyciem głowy, czyli ekonomia dla dzieci” Anny Garbolińskiej

To książka skierowana dla dzieci w wieku 9-14 lat. Autorka jest ekonomistką z wykształcenia, a prywatnie mamą dwójki dzieci, więc w książce znajdziemy sporą dawkę ekonomii przekazanej w sposób przystępny dla ucznia dolnej podstawówki. Poszczególne rozdziały książki zatytułowane są już w bardzo poważny sposób. „Bank”, „Monopol”, „Budżet”, „Inflacja” to tylko kilka przykładów. Ale że jest to książka dla dzieci, to już podtytuły rozdziałów mają zaskakującą, żartobliwą postać, która zapowiada dobrą zabawę dla także dorosłych czytelników. Przykładowo pełny tytuł rozdziału trzeciego brzmi „Monopol, czyli nocne hałasy, kolorowe banknoty i wiele więcej”, i podczas jego lektury zapoznamy się z aż trzema znaczeniami tego słowa.
Poszczególne rozdziały napisane są w formie dialogów głównej bohaterki z rodzicami, dziadkami i starszym bratem. Co ważne: przystępnych i dowcipnych. Jak się bowiem okazuje w języku potocznym występuje wiele określeń z języka ekonomii. Dorośli korzystają z nich często, choć nie zawsze zgodnie z ich znaczeniem, co niekiedy prowadzi do zabawnych nieporozumień, zwłaszcza, gdy za ich interpretację zabiera się dziecko. Rozmowa jednak zawsze prowadzi do wyjaśnienia wszelkich niejasności. Warto więc rozmawiać!

Ta pozycja to nie tylko zabawa, bo także najzupełniej poważnie uczy ekonomii, czego najlepszym dowodem jest bardzo naukowa recenzja pani profesor Wiesławy Przybylskiej-Kapuścińskiej, z którą możemy się zapoznać na ostatnich stronach książki. Recenzja kończy się słowami „Polecam i dzieciom, i rodzicom”. Nic dodać. Nic ująć.

„Świat pieniądza”


Książka napisana przez nastolatki Patrycję Krzanowską i Katarzynę Michalską, z bardzo ciekawymi grafikami autorstwa Magdy Grabowskiej-Wacławek. Jak piszą autorki: pomysł na napisanie książki wyszedł od Patrycji, która prywatnie jest córką jednego z polskich milionerów. Prawdopodobnie więc tematy ekonomiczne nie były jej obce, ale musiało czegoś brakować, bo – jak sama mówi – przeanalizowała książki o ekonomii dla młodzieży na polskim rynku i żadna z nich nie zaspokajała jej ciekawości. Lukę postanowiła uzupełnić pisząc książkę z grupą przyjaciół…
Książka ma imponującą grafikę. Mnie trochę przytłacza, ale z pewnością nie jestem w grupie targetowej, bo to ewidentnie książka dla nastolatków. Świadczy też o tym odwaga w podejmowanych tematach. Oprócz tych „grzecznych” z dziedziny ekonomii i finansów pojawiają się strzały z grubej rury: o ściemach w reklamach usług finansowych, aferach finansowych, powodach, dla których jedni są bogaci a inni biedni i tym, czy podatki to nie złodziejstwo. I choć to tematy kontrowersyjne, to trzeba powiedzieć, że autorki przedstawiają je uczciwie, ucząc przy tym, że wiele spraw może mieć podwójne dno i często proste rozwiązania po prostu nie istnieją.

Moim zdaniem bardzo ciekawa pozycja, odważnie napisana (nastolatkom się spodoba) i poruszająca mnóstwo tematów gospodarczych.

Zabawnie się złożyło, bo każda opisana książka jest dla nieco innej grupy wiekowej. Można więc dorastać z ekonomią, zmieniając tylko lektury. I oczywiście odwiedzać mojego bloga.

środa, 23 maja 2018

080. Wakacje za granicą. Wziąć gotówkę, czy kartę płatniczą?

Zbliżają się wakacje. Cześć z nas wyjedzie za granicę. A tam będzie musiała dokonywać płatności w lokalnej walucie. Jak się do tego przygotować?

Gotówka.

Scenariusz najprostszy i stosowany odkąd pamiętam. Przed wyjazdem w banku, kantorze albo kantorze internetowym kupujesz walutę kraju, do którego się udajesz. Wiesz, ile masz w portfelu. Jedziesz i możesz wydawać.
Wada tego rozwiązania jest tylko jedna: ryzyko utraty pieniędzy wskutek kradzieży lub zgubienia. Wszyscy podróżnicy radzą, aby pieniędzy nie przechowywać w jednym miejscu, żeby korzystać z hotelowych sejfów, ale prawda jest taka, że co roku zdarzają się kradzieże.
Teoretycznie wymianę waluty można przeprowadzić na miejscu, pod warunkiem, że polska waluta jest tam na tyle popularna, że podlega wymianie. Cóż, złoty nie należy do najbardziej popularnych walut na świecie i nie ma gwarancji, zwłaszcza w egzotycznym kraju, że ujrzymy skrót PLN na tablicy kursowej.

Raczej nigdzie na świecie nie będzie problemu z wymianą euro czy dolarów USA na walutę lokalną. I niestety czasem trzeba właśnie tak postąpić. Niestety, bo dla większości z nas oznacza to konieczność dwukrotnego przewalutowania: z PLN na USD albo EUR i następnie na walutę lokalną. Nie ma się co oszukiwać, każda taka operacja wiąże się z kosztami…
W Polsce na ogół nie stosuje się prowizji za wymianę waluty. Ale wszyscy wiedzą, że to kosztuje. Że marża banku lub kantoru zawiera się w kursie, po którym dokonuje się przewalutowania. Tak samo jest zagranicą, ale tam podatkowo w wielu kantorach nalicza się prowizję za wymianę pieniądza i wynosi ona do 2-3% wartości transakcji. Czy to dużo? Przy kursie EUR/PLN 4,30 dwuprocentowa prowizja to dodatkowe 8,6 grosza, czyli prawie dziewięć złotych opłaty za każde przewalutowane 100 euro. Jeśli można, to lepiej tego uniknąć...

Karta płatnicza do rachunku w złotych.

Polacy należą do narodów bardziej aktywnie korzystających z kart płatniczych, więc naturalnym rozwiązaniem wydaje się być korzystanie z niej także zagranicą. Ale uwaga: jeśli nasza karta jest rozliczana w złotych polskich, to na pewno konieczne będzie przewalutowanie wydatku walutowego na złote i odbędzie się to bez jakiejkolwiek kontroli z naszej strony. Co gorsza: jeśli transakcję przeprowadzamy w walucie innej niż USD lub EUR, to prawie na pewno operator karty dokona dwóch przewalutowań: najpierw na USD lub EUR, a potem na PLN.

Posługując się zagranicą złotową kartą płatniczą poprawiamy swoje bezpieczeństwo (nawet kradzież karty nie oznacza utraty pieniędzy), ale narażamy się na większe koszty wymiany pieniądza niż w przypadku gotówki.

Walutowa karta płatnicza.

To jest rozwiązanie, które warto rozważyć przed wyjazdem zagranicznym. Otwieramy w Polsce rachunek walutowy, a bank wydaje nam kartę płatniczą do tego rachunku. Oczywiście rachunek ten trzeba zasilić, czyli kupić walutę, ale operację tę w pełni kontrolujemy, to od nas zależy, czy zaakceptujemy kurs, a nawet jest możliwe zasilenie rachunku walutą zakupioną poza bankiem prowadzącym rachunek.

Jeżeli przed wyjazdem będziemy mieć na koncie 200 euro i dokonamy zapłaty 50 euro kartą do tego rachunku, to jego saldo zmniejszy się do 150 euro bez jakiegokolwiek przewalutowania. To, czy taka operacja będzie związana z jakąś dodatkową prowizją, zależy już od umowy z bankiem, ale naprawdę można znaleźć banki niepobierające za to żadnych opłat.

Karta wielowalutowa.

Jeszcze lepszym rozwiązaniem jest karta wielowalutowa, oferowana już w Polsce przez kilka banków dla najbardziej popularnych walut. W przypadku dokonania transakcji w walucie obcej, algorytm po stronie banku działa w ten sposób, że w pierwszej kolejności obciąży saldo rachunku w walucie transakcji. Dopiero, gdy środki zgromadzone na rachunku w tej walucie są niewystarczające, obciążony zostanie inny rachunek, a więc bank dokona przewalutowania.

Oczywiście wymaga to wcześniejszego otwarcia rachunków w walutach, w których wydatków się spodziewamy i ich zasilenia. Decydując się na takie rozwiązanie należy mieć na uwadze ewentualne koszty otwarcia i prowadzenia rachunków w walutach obcych (są banki oferujące je za darmo) oraz opłaty wydania takiej karty (są banki oferujące je za darmo). Mi wyszło, że się opłaca…

Oczywiście mowa o walutach podstawowych: EURO, dolarach amerykańskich, funtach brytyjskich. W kwachach zambijskich rachunku bankowego w Polsce raczej nie otworzysz...


Bez gotówki się nie da.

Nie ma co zakładać, że wszędzie zapłacimy kartą. Pod tym względem jesteśmy trochę zepsuci, bo popularność płatności kartami w Polsce należy do największych na świecie. W Polsce naprawdę można funkcjonować bez gotówki. Nawet w najmniejszej miejscowości sklepy mają terminale i sprzedawcy nie robią problemów, gdy chcemy zapłacić kartą. To nie jest takie oczywiste w innych krajach, nawet tak nowoczesnych jak Włochy czy Wielka Brytania.

Oczywiście gotówkę można pobrać z lokalnego bankomatu. Zasady związane z przewalutowaniem będą zależeć od tego, czy mamy kartę do rachunku złotowego, walutową, czy wielowalutową i są takie same jak przy płatnościach w sklepie. Dodatkowo jednak pojawia się kwestia prowizji za wypłatę z bankomatu i należy mieć świadomość ich wysokości, bo na ogół akurat to kosztuje…

Mój sposób na wydatki zagraniczne.

Wszystko zależy od tego, dokąd jadę. Jeśli to możliwe, przed wyjazdem otwieram rachunek w walucie kraju, do którego się udaję. Zasilam go kwotą spodziewanych wydatków. W przypadku walut podstawowych co najmniej jedną trzecią biorę ze sobą w gotówce, a na miejscu w pierwszej kolejności staram się za wszystko płacić kartą walutową. I raczej unikam zagranicznych bankomatów, bo akurat za to bank pobiera ode mnie prowizję.

Miłych wakacji!

wtorek, 15 maja 2018

079. Wolny rynek. Dlaczego prawnikom nie podoba się deregulacja ich zawodu?

Dlaczego prawnicy narzekają na skutki deregulacji swojego zawodu? Z punktu widzenia ekonomii to bardzo proste! Mniej zarabiają. Oczywiście lepiej brzmi, gdy się pomija aspekt finansowy, na rzecz „troski o jakość świadczonych usług”, ale jak się temu dobrze przyjrzeć, to jakość jest, jaka była, a finanse niekoniecznie…

Smaczku dodaje fakt, że akcja rozegrała się w latach 2005-2013, w wolnorynkowej już Polsce, w obszarze zawodów bardzo eksponowanych wykonywanych przez bardzo świadomych ludzi…
Inspiracją do tego postu jest artykuł, który ukazał się pod koniec kwietnia na portalu money.pl (LINK). Polecam jego lekturę. Ja natomiast skupię się na ekonomicznym sensie zmiany, którą media i władze nazwały „deregulacją” albo „uwolnieniem”.

Czym była deregulacja zawodów prawniczych?

„Deregulacja” albo „uwolnienie rynku” brzmi, jakby każdemu pozwolono pracować jako adwokat czy radca prawny. Nic bardziej mylnego. Wciąż trzeba ukończyć studia prawnicze i w większości wypadków zdać egzamin zawodowy. Zmianie uległy drobiazgi, ale na tyle istotne, że zmieniły rynek.

Do roku 2005 uzyskanie prawa do wykonywania zawodu wymagało ukończenia studiów a następnie ukończenia aplikacji (adwokackiej, radcowskiej lub notarialnej) i zdania egzaminu zawodowego przed komisją powołaną samorząd zawodowy, czyli reprezentantów osób już wykonujących zawód. Wąskim gardłem była właśnie aplikacja, a konkretnie egzamin wstępny na aplikację. Mówiąc wprost ukończenie studiów prawniczych niczego nie dawało, jeśli nie dostałeś się na aplikację, czyli praktykę zawodową. A to było w pełni kontrolowane przez czynnych zawodowo prawników...

Najważniejsze zmiany wprowadzone w roku 2005, 2009 i 2013 (bo aż tyle trwała deregulacyjna batalia i tyle razy nowelizowano ustawy) w istocie dotyczyły dwóch aspektów. Po pierwsze uporządkowano kwestie egzaminów. Obecnie pytania egzaminacyjne są układane centralnie, a egzaminy mają wyłącznie postać pisemną. Po drugie do egzaminu zawodowego dopuszczono absolwentów prawa, którzy wprawdzie nigdy nie podjęli aplikacji, ale mogli się wykazać czteroletnią praktyką w zawodzie związaną z „tworzeniem lub stosowaniem prawa”. Innymi słowy: absolwent prawa po czterech latach pracy w kancelarii (gdzie wykonywał najprostsze i najmniej płatne zadania) mógł podejść do egzaminu zawodowego.
Pozornie nic nieznaczące drobiazgi, które jednak na przestrzeni dziesięciu lat zwiększyły blisko dwukrotnie liczbę praktykujących prawników.

Źródło: Kamila Napiórkowska-Piłat „Otwarcie dostępu do zawodów prawniczych”.

I teraz włączają się prawa ekonomii.

Dwa razy więcej prawników, czyli większa podaż.

Przed deregulacją rynek usług prawniczych był w równowadze. Na rynku funkcjonowało blisko 24 tys. adwokatów i radców prawnych, którzy odpowiadali na popyt ze strony rynku. Zgodnie z zasadami ekonomii ukształtowała się więc cena rynkowa na usługi prawne, przy której dochodziło do określonej liczby transakcji pomiędzy prawnikami a ich klientami. Gdyby cena porady prawnej była niższa, zapewne byłaby większa chęć społeczeństwa do korzystania z usług adwokatów. Ale ci z kolei byliby mniej usatysfakcjonowani swoimi zarobkami. Odwrotnie byłoby w przypadku cen wyższych. Czysta ekonomia! Mieliśmy więc rynkową cenę usługi i rynkową liczbę świadczonych usług.

Niejako obok rynku znajdowała się grupa osób gotowych do świadczenia usług adwokackich czy radcowskich, którzy formalnie nie mogli wykonywać zawodu. Możliwe, że robili to nieoficjalnie, wpływając poniekąd na sytuację rynkową, ale ten wpływ był ograniczony. Osoby takie mogły wyjaśnić komuś jego sytuację prawną, nawet napisać jakieś pismo procesowe i wziąć za to wynagrodzenie, ale już o ich reprezentowaniu w sądzie mowy nie było.
Deregulacja wprowadziła te osoby na oficjalny rynek. Co więcej skłoniła innych zainteresowanych zawodem prawnika do rozpoczęcia procesu kształcenia i uzyskania prawa do wykonywania zawodu. Dwukrotne zwiększenie liczby prawników na rynku to naprawdę duża zmiana. Z ekonomicznego punktu widzenia oznacza ona, że przy tej samej cenie mieliśmy teraz dwa razy więcej chętnych na wykonanie usługi. Krzywa podaży przesunęła się więc mocno w prawo, co widać na rysunku obok.

Sama deregulacja nie miała natomiast znaczenia dla krzywej popytu. Przy tej samej cenie usługi, nabywca miał tę samą chęć jej zakupu. Ponieważ jednak zwiększyła się podaż, rynek znalazł inny punkt równowagi, w którym zawiera się wprawdzie więcej transakcji, ale przy mniejszej cenie. Z punktu widzenia prawników: jest więcej pracy, ale mniej zarobku, czyli jest powód do narzekania.

Dokładnie tak samo zachowa się rynek w każdej sytuacji wzrostu podaży. I nie ma znaczenia, czy będzie to efektem klęski urodzaju, uwolnienia przez rząd rezerw strategicznych jakiegoś produktu, czy jak w naszym przypadku umożliwienia podjęcia pracy osobom dotąd nie występującym na rynku.

Czy prawnicy powinni narzekać?

Rynek żadnego dobra nie jest jednorodny i dotyczy to też rynku usług prawniczych. Czym innym jest udzielenie prostej porady prawnej, czym innym napisanie nawet skomplikowanej umowy handlowej w języku polskim, a jeszcze czym innym reprezentowanie klienta przed zagranicznym sądem gospodarczym.

Deregulacja miała największy wpływ na segment usług najprostszych. Ale to właśnie tam dochodzi do największej liczby transakcji. Stąd też wrażenie, że wszystkim prawnikom jest gorzej. Oczywiście tak nie jest.

Jest jeszcze coś, o czym warto pomyśleć. Usługi realizowane przed deregulacją przez prawników nieposiadających wówczas prawa do wykonywania zawodu też stanowiły fragment rynku. Choć oficjalnie ich nie było. Teraz są. Zasięg rynku się zwiększył. A że jest na nim konkurencja to chyba normalne.
Zwłaszcza w kraju o gospodarce rynkowej.


środa, 9 maja 2018

078. Ekonomiczny Wyścig Pokoju, czyli jak gospodarczo przegonić Czechów?


Jak byłem mały to zawsze 9 maja startował Wyścig Pokoju, największy amatorski wyścig kolarski w Europie Wschodniej, w którym organizatorom równie mocno chodziło o rywalizację sportową, co o „umacnianie przyjaźni między bratnimi krajami: Polską, Czechosłowacją i Niemiecką Republiką Demokratyczną”.

Czasy się zmieniły. Z trzech państw organizujących WP istnieje tylko Polska. Wyścig Pokoju po raz ostatni odbył się w roku 2006. Rywalizacja przeniosła się do innych dyscyplin, w tym do gospodarki. I choć oficjalnie takich zawodów nie ma, to porównujemy się przecież do Czechów, Słowaków i innych sąsiadów, związanych niegdyś z nami „braterską przyjaźnią”, bo startowaliśmy z podobnego poziomu, mając podobne możliwości budowania gospodarki rynkowej.

Jak nam idzie po dwudziestu latach gospodarki rynkowej?

Wzrost gospodarki.


Pod względem wielkości nasza gospodarka jest zdecydowanie większa niż czeska, słowacka i węgierska. Jeżeli jednak przejdziemy na obliczenia per capita (czyli wielkości gospodarki określanej wartością PKB – produktu krajowego brutto – ale przeliczonego na jednego mieszkańca) okaże się, że wyprzedzamy jedynie Węgrów (dane GUS za rok 2016).
PKB na 1 mieszkańca w dolarach USA; źródło GUS

Wprawdzie z tej grupy państw to właśnie Polska szczyci się największym wzrostem procentowym PKB per capita w okresie od 1995 do 2016 (263,1%), ale wartość nominalna tego przyrostu (20.151 USD) jest niższa niż w Czechach (21.022 USD) i na Słowacji (21.990 USD). Czyli mówiąc – utrzymując tempo rozwoju gospodarki, jakie mamy, nie dogonimy tych krajów w wartości PKB przypadającej na mieszkańca. Jakimś pocieszeniem jest, że przegoniliśmy Węgrów…

Co gorsza pod względem PKB per capita zdecydowanie bardziej dynamiczne są kraje bałtyckie, które w komplecie startowały w roku 1995 ze znacznie słabszej pozycji niż Polska, ale dziś Estonia i Litwa są już przed nami, a Łotwa się zbliża…

Światowy ranking konkurencyjności.


W przygotowanym na Światowe Forum Ekonomiczne raporcie poświęconym konkurencyjności gospodarek poszczególnych krajów świata Polska zajęła 36 miejsce (źródło: The Global Competitiveness Report 2016-2017). To nasza najlepsza pozycja w historii – wcześniej plasowaliśmy się poniżej 40 pozycji. Zdecydowanie wyprzedzamy Słowaków i Węgrów zajmujących odpowiednio 65 i 69 miejsce w rankingu) ale daleko nam do Estonii (30 miejsce) i Czech (31 miejsce).

Daleko, bo jeśli przyjrzeć się bliżej dwunastu kryterium stosowanym przez autorów raportu, to nad Czechami i Estonią mamy przewagę tylko w jednym: wielkości rynku wewnętrznego. W jedenastu pozostałych przegrywamy z nimi, a porażka jest szczególnie dotkliwa w takich obszarach jak instytucje, otoczenie makroekonomiczne i wydajność rynku pracy, w których nasi konkurenci uzyskali oceny lepsze o mniej więcej jeden w siedmiostopniowej skali, jaką zastosowano w badaniu.

Co przeszkadza przedsiębiorcom w Polsce?

Autorzy raportu o konkurencyjności nazywają to „najbardziej problematycznymi czynnikami dla prowadzenia biznesu”. Respondenci zostali poproszeni o wskazanie pięciu największych utrudnień dla robienia biznesu w danym kraju i ich uszeregowanie od najbardziej kłopotliwego do najmniej. 

W Polsce największym problemem okazały się przepisy podatkowe. Dla ankietowanych przedsiębiorców to musi być ważne, gdyż czynnik ten uzyskał zdecydowanie najwięcej głosów (20,8%) - o połowę więcej od drugiego w zestawieniu, którym jest restrykcyjne prawo pracy (14,1%). Kolejne czynniki to niestabilność polityczna (12,5%), stawki podatkowe (12,3% - a więc znowu podatki!) i nieefektywna biurokracja (8,7%). Narzekamy na biurokrację, ale wygląda na to, że na tle gąszczu prawa podatkowego i prawa pracy, wcale nie jest tak źle. Zwłaszcza w porównaniu do Republiki Czeskiej.

A co w Czechach i Estonii?

W Czechach jako główny problem wskazano nieefektywną biurokrację (19,7% głosów). Zaskakujące, prawda? Okazuje się, że gdzieś może być gorzej niż u nas. W Czechach głównymi utrudnieniami są także podobnie jak w Polsce przepisy podatkowe (16,0%), niestabilność polityczna (10,6%) i stawki podatkowe (10,0%). Zaskakujący jest jednak czynnik, który w tym niechlubnym zestawieniu zajął trzecie miejsce. Jest nim korupcja, na którą zagłosowało 11,3% respondentów. Dla porównania: w Polsce według ankietowanych to problem marginalny, którzy otrzymał 1,5% głosów!

W Estonii największym problemem są stawki podatkowe (18,2%). Ale kolejne dwie pozycje zajmują czynniki ludzkie: nieadekwatne wykształcenie siły roboczej (17,3%) i niewystarczający potencjał do innowacji (10,2%). Dla odmiany Polska w obu tych obszarach jest liderem wśród krajów naszego regionu. Możliwe, że właśnie te różnice sprawiają, że na Estonię patrzymy jak na kraj zdecydowanie bardziej egzotyczny niż Czechy, Słowacja czy Węgry.

Regionalny czempionat biznesu.


Gdy patrzy się na zestawienie najbardziej problematycznych czynników wpływających na prowadzenie działalności gospodarczej w naszej części Europy widać jak na dłoni, że idealnego miejsca do biznesu nie ma.

Na tle sąsiadów mamy potencjał w ludziach (wykształcenie siły roboczej i potencjał innowacyjny). Mamy minimalną korupcję i stosunkowo niezłą biurokrację. I jest już na czym budować. Oczywiście, widać jak na dłoni, czym przegrywamy: podatkami i prawem pracy. I tutaj potrzebne są zmiany. Zaskakujące jest, że akurat te czynniki są tak dobrze oceniane na Węgrzech. Może w tych obszarach warto pójść węgierską drogą?

Można też zbudować piekło gospodarcze. Składając czeską biurokrację, polskie podatki, estońską edukację pracowników, słowacką korupcję i węgierską niestabilność polityczną.

Ale przecież nie o to chodzi!

Źródła danych:
https://www.weforum.org/reports/the-global-competitiveness-report-2016-2017-1
https://stat.gov.pl/statystyka-miedzynarodowa/porownania-miedzynarodowe/tablice-o-krajach-wedlug-tematow/rachunki-narodowe/

środa, 2 maja 2018

077. Jak świat postrzega polską gospodarkę?


Początek maja obfituje w święta związane z Polską. Dziś Święto Flagi. Jutro rocznica Konstytucji Trzeciego Maja. Doskonała okazja, żeby przyjrzeć się polskiej gospodarce. A konkretnie temu, jak ją widzą zagraniczni przedsiębiorcy. Nie chodzi o to, że ich opinia jest najważniejsza, bo gospodarkę budujemy przede wszystkim dla samych siebie, ale bardzo ciekawe, co myślą o kraju, w którym sami zdecydowali się działać, albo przynajmniej o tym myślą.

Atrakcyjność inwestycyjna.


Punktem wyjścia niech będą wyniki ankiety atrakcyjności inwestycyjnej krajów Europy Środkowo-Wschodniej, przeprowadzanej od trzynastu lat przez International Group of Chambers of Commerce in Poland (IGCC). To organizacja założona w roku 2005 i zrzeszająca obecnie trzynaście działających w Polsce międzynarodowych izb handlowych, reprezentujących ponad 2.000 firm z kapitałem zagranicznym.

Z ankiety przeprowadzonej na początku roku 2018 wśród 1.700 przedsiębiorstw (z tego 300 działających w Polsce), wynika, że trzeci rok z rzędu nasz kraj zajmuje drugie miejsce pod względem atrakcyjności inwestycyjnej. Wyprzedzają nas Czechy. A za nami jest Estonia. Wcześniej, w latach 2013-2015 to Polska była liderem, a Czechy zajmowały drugie miejsce.

Stan polskiej gospodarki oceniany jest pozytywnie: 96,4% respondentów wybrało określenie „dobry” lub „zadowalający”. Jeśli chodzi o perspektywy na przyszłość to 54% ankietowanych uważa, że w obecnym roku stan polskiej gospodarki nie ulegnie zmianie. Jedna trzecia prognozuje, że kolejne miesiące jawią się jako lepsze, a blisko 12% obawia się pogorszenia.


W czym Polska wypada najlepiej?


Za najważniejszy czynnik wzmacniający atrakcyjność inwestycyjną Polski, ankietowani od lat uznają członkostwo w Unii Europejskiej. W roku 2018 czynnik ten osiągnął przeciętną wartość 4,50 (w skali 1-5). Nasze kolejne cztery silne strony związane są z pracownikami. Są to: kwalifikacje pracowników (3,76); wykształcenie akademickie (3,72); produktywność i zmotywowanie pracowników (3,62) oraz jakość i dostępność lokalnych pracowników (3,52), przy czym ocena tego ostatniego czynnika spadła w ciągu roku o 0,09.


A w czym najgorzej?


Wśród pięciu najgorzej ocenionych czynników inwestycyjnych aż cztery dotyczą polityki i administracji. Według ankietowanych najsłabiej jest u nas ze stabilnością polityczną i społeczną, która uzyskała średnią ocenę 2,43. Minimalnie lepiej wypadła przewidywalność polityki gospodarczej (2,44), następnie system i instytucje podatkowe (2,64) i obciążenia podatkowe (2,70). Piątym najniżej ocenionych czynnikiem jest dostępność wykwalifikowanej kadry (2,75).


Co się zmienia na lepsze?


Największą zmianę in plus ankietowani przypisali systemowi kształcenia zawodowego. Wprawdzie ocena bieżąca jest wciąż niska i wynosi 2,88, ale w ciągu roku poprawiła się o 0,21. O 0,20 poprawiła się średnia ocena przewidywalności polityki gospodarczej, dzięki czemu w roku 2018 ten czynnik przestał być najniżej ocenianym. Przedsiębiorstwa biorące udział w badaniu pozytywnie oceniają też zmiany w prawie pracy, ocena jego elastyczności wzrosła w porównaniu z ubiegłoroczną ankietą o 0,14.

A z czym jest coraz gorzej?


Zdaniem ankietowanych przede wszystkim z dostępnością wykwalifikowanej kadry. W porównaniu z rokiem 2017 średnia ocena tego wskaźnika spadła o 0,14. Na niekorzyść Polski działają też rosnące koszty pracy (spadek oceny tego czynnika o 0,13) oraz jakość i dostępność lokalnych pracowników (spadek o 0,09).
A zatem jesteśmy w czołówce, choć wielu z nas ma problem z tym, że Czesi są przed nami. Cieszy wysoka ocena potencjału naszych rodaków: kwalifikacji, wykształcenia i poziomu motywacji. Niestety barierą jest coraz mniejsza dostępność ludzi do pracy. No i ta administracja...

środa, 25 kwietnia 2018

076. Ekonomia na Maturze 1929 w Państwowym Gimnazjum im. Juljusza Słowackiego w Przemyślu.

Dziś prezentuję rozwiązanie najmniej oczywistego pod względem ekonomicznym przedwojennego zadania maturalnego spośród umieszczonych w poście 063. Przypomnę, że na przedwojennych maturach z matematyki pojawiały się zadania o treściach zdecydowanie ekonomicznych. Zbiorek pięciu takich zadań opublikowałem w styczniu, ogłaszając przy tym konkurs z nagrodami za współudział w rozwiązaniu. Konkurs trwa. Nagrody czekają. Do rozwiązania pozostają zadania 2 i 4. Zapraszam.

Zastrzegam przy okazji, że tytuł dzisiejszego posta nie zawiera błędu. Taka była pisownia nazwy tej szkoły w 1929 roku. Kto nie wierzy, niech zajrzy do „Sprawozdania dyrekcji […] za rok szkolny 1928/29”.
Zadanie 5, którego treść przytaczam poniżej, wywołało ciekawą dyskusję mailową. Szczególnie istotną rolę w tej dyskusji odegrał Romek z Rybnika, który otrzymuje ode mnie książkę Jacka Walkiewicza „Pełna moc możliwości” oraz kilka gadżetów dodatkowych. Nagrodę wysłałem już pocztą.
No to rozwiązujemy!


Zadanie 5. (Matura 1929)

Gmina A ma obowiązek utrzymywania mostu na rzece w gminie B. Koszta utrzymania mostu wynoszą przeciętnie 1.000 zł co 5 lat. Gmina B okazuje chęć przejęcia tego ciężaru na siebie za jednorazowem wynagrodzeniem. Jaką kwotę ma złożyć gmina A, jeżeli liczy się procent składany 4 ½ a najbliższa naprawa mostu (a więc i przewidziany, połączony z tem wydatek 1.000 zł) ma nastąpić za 3 lata ?
Źródło: "Sprawozdanie dyrekcji Państwowego Gimnazjum im. Juljusza Słowackiego w Przemyślu za rok szkolny 1928/29".

Komentarz do zadania.

Punktem wyjścia jest, że Gmina A jest zobowiązana do utrzymywania (naprawiania) mostu znajdującego się na terenie Gminy B. Remonty te odbywają się co pięć lat i ich koszty wynoszą przeciętnie 1.000 zł. Uważam, że nieco mylące jest słowo „przeciętnie”. Ekonomista poradzi sobie z nim bez trudu. Dla matematycznego purysty użycie tego słowa jest bliskie bluźnierstwu. Jestem jednak przekonany, że autorom zadania chodziło o to, że za każdym razem koszty remontu wynoszą dokładnie 1.000 zł, choć nie wyrazili tego jednoznacznie.

Gminy postanawiają się dogadać w ten sposób, że Gmina A zapłaci jeden raz za to, że już na zawsze uwolni się od obowiązku remontowania mostu. Ile powinna zapłacić zakładając, że najbliższy remont ma się odbyć za trzy lata.
Współczesny ekonomista powiedziałby, że w zadaniu chodzi o wycenę kosztów przyszłych remontów w cenach bieżących. Pytanie tylko których kosztów. Tzn. koszty z jakiego przedziału czasowego winny wejść do wyceny. Na tym współcześnie polegają negocjacje w sprawie wycen np. przedsiębiorstw. Wiadomo, jakie zyski przynosiło przedsiębiorstwo w przeszłości. Strony transakcji ustalają jaki będzie poziom zysków tego przedsiębiorstwa w przyszłości. I część tych zysków (np. z okresu dziesięciu lat) dyskontują do wartości bieżącej, ustalając, że to jest wartość przedsiębiorstwa. W takich przypadkach negocjacjom podlega ustalenie poziomu przyszłych zysków, wysokości stopy procentowej i okresu czasu, z których zyski będą brane pod uwagę. I z doświadczenia wiem, że niełatwo się dogadać…

W naszym znamy kwotę (1.000) i stopę procentową (4,5% - bez dyskusji należy przyjąć, że chodzi o stopę roczną). Pozostaje kwestia okresu. Ponieważ to jednak zadanie maturalne z matematyki, jestem skłonny uznać, że autorom chodziło o nieograniczony zakres czasu, czyli o zdyskontowanie kosztów wszystkich przyszłych remontów mostu począwszy od najbliższego, który się odbędzie za trzy lata, aż do plus nieskończoności. Bo matematyka nie znajdzie powodów, aby szereg przyszłych kosztów przerwać w którymś momencie.
Oczywiście dla ekonomisty to absurd. Ekonomista będzie chciał ograniczyć szereg analizowanych kosztów, bo nie przekonasz go, że nawet najlepiej remontowany most przetrwa milion lat. Jeśli myślisz podobnie, to znaczy, że bliżej Ci do ekonomii niż do matematyki. A nawet milion lat to jeszcze nie nieskończoność…

Słowo o dyskontowaniu.

W sensie obliczeniowym ustalenie bieżącej wartości w sytuacji kapitalizacji rocznej (tak jest w naszym zadaniu) odbywa się na podstawie wzoru:

gdzie poszczególne symbole oznaczają:
PV – wartość bieżąca
FV – wartość przyszła
i – stopa procentowa
n – liczba lat

Używając tego wzoru dyskontujemy koszty każdego przyszłego remontu (wynoszącego zawsze 1.000 zł.) do wartości bieżącej. Dużym ułatwieniem jest excel, który w ułamku sekund prezentuje nam takie oto wyniki:

Pozostaje kwestia, o której pisałem wcześniej: które koszty wziąć pod uwagę.

Jak to zadanie rozwiąże matematyk?

Matematyk weźmie pod uwagę koszty z wszystkich przyszłych okresów aż do plus nieskończoności. Zdyskontuje je do wartości bieżącej i dopatrzy się, że ma do czynienia z szeregiem geometrycznym, którego pierwsze wyrazy to:

czyli mówiąc inaczej z szeregiem, którego pierwszym wyrazem jest

a ilorazem:


Matematyka ucieszy to, że wartość bezwzględna ilorazu jest mniejsza niż 1, bo to pozwoli mu zastosować wzór na sumę wyrazów ciągu geometrycznego:
i jest już w domu, bo ma wszelkie dane, aby zadanie rozwiązać.
Jeśli odważymy się podstawić liczby to wyjdzie nam 4.435,85 zł. (skorzystałem z excela i oczywiście jest to wartość zaokrąglona do drugiego miejsca po przecinku, czyli do grosza, czyli nie jest idealnie matematyczna).

A jak ekonomista?

Ekonomista odrzuci dyskontowanie nieskończonego szeregu kosztów. A jego dylemat będzie polegał na tym, w którym momencie go przeciąć. To byłby główny punkt negocjacji pomiędzy gminami, gdyby sytuacja z zadania wydarzyła się naprawdę.

Jak by się skończyły te negocjacje? Nie wiemy, póki nie ponegocjujemy 😊.
Jakąś podpowiedzią współczesnej ekonomii może być obowiązująca stawka amortyzacyjna dla obiektów mostowych. W Polsce wynosi ona 4,5%, co oznacza, że według zasad księgowości mosty zmniejszają swoją wartość bilansową do zera w okresie 22,2 lat. Gdyby to uznać za wskazówkę należałoby zdyskontować jedynie koszty pierwszych czterech remontów. Dało by to wartość 2.596,55 zł.

Myślę jednak, że byłoby to nie do przyjęcia dla negocjatorów Gminy B. Po pierwsze oczekiwali by oni co najmniej uwzględnienia kosztów remontu przypadającego za 23 lata (a więc tuż po zakończeniu okresu amortyzacji mostu). To zwiększa wartość zdyskontowaną do poziomu 2.959,90. Po drugie zapewne zwracaliby uwagę na fakt, że w pełni zamortyzowany most (czyli most o zerowej wartości bilansowej) wciąż może służyć ludziom i tym samym wciąż trzeba go naprawiać.
Zresztą, zgodnie z zasadami księgowości, nakłady na remonty podnoszą wartość bilansową środka trwałego. A zatem moment całkowitego zamortyzowania mostu nastąpiłby później. Kiedy? To zależy od jego dzisiejszej wartości bilansowej, której w zadaniu nie podano.

Bo to jednak zadanie z matematyki.

Matematyka a ekonomia.

Przy okazji jak na dłoni widać różnice między ekonomią a matematyką. Matematyk zadanie rozwiąże, ale w tym przypadku z rozwiązaniem można będzie polemizować. Ekonomista namnoży założeń, a zadanie i tak pozostanie nierozwiązane... 😊😊😊


Zostało jeszcze dwa zadania do rozwiązania. Zachęcam.
A na zdjęciach przedstawiam most Ponte della Maddalena, łączący brzegi rzeki Serchio, znajdujący się w miejscowości Borgo a Mozzano w prowincji Lucca, w północnozachodniej części Toskanii, określanej lokalnie jako Garfagnana. Kamienny most oddany do użytku w 1115 roku, wciąż działa, choć jest zamknięty dla ruchu kołowego…
Nie mam pojęcia, jaka jest jego wartość bilansowa, jakie są koszty jego remontów i jak często są przeprowadzona.
Z pewnością jest bezcennym zabytkiem sztuki inżynierskiej.
Warto go ujrzeć na własne oczy!