Prostym językiem o ekonomii ...

środa, 10 października 2018

100. Nobel 2018 z ekonomii i jubileusz bloga.


W poniedziałek ogłoszono tegorocznych laureatów Nagrody Nobla z ekonomii. Zostali nimi dwaj amerykańscy ekonomiści: William D. Nordhaus (Yale University) i Paul M. Romer (New York University). Obaj nie należeli ponoć do faworytów i obaj reprezentują dość odległe od siebie koncepcje łączące ekonomię odpowiednio ze środowiskiem naturalnym oraz poziomem wiedzy i innowacji. Co przekonało Komitet Noblowski do tych kandydatur?


Ekonomia i środowisko.

Nordhaus otrzymał nagrodę Nobla za badania określające związki ekonomii ze środowiskiem naturalnym. W szczególności chodziło o jednoczesny wpływ rozwoju gospodarki na klimat i zmian klimatu na gospodarkę. W latach dziewięćdziesiątych Nordhaus stworzył model opisujący wzajemne oddziaływanie gospodarki i klimatu na poziomie całego świata. Model ten uwzględnia nie tylko ekonomię, ale i wiedzę z takich dziedzin jak fizyka i chemia i jest dziś dość powszechnie używany do symulowania globalnych konsekwencji decyzji leżących na styku gospodarki i klimatu, z którymi współcześnie mamy coraz częściej do czynienia.

Gospodarka i wiedza.

Romer został natomiast doceniony za powiązanie wzrostu gospodarczego z dynamicznym rozwojem innowacji i wiedzy. Generalnie Romer przez lata zajmował się istotą inwestowania firm w badania i rozwój, ale z czasem skupił się na tym, w jaki sposób czynniki gospodarcze wpływają na gotowość firm i ludzi do tworzenia innowacji. Na warsztat wziął koncepcję „pomysłu”, który potraktował jak jeden z towarów podlegających grze rynkowej. Wykazał na czym polegają różnice pomiędzy pomysłami a innymi, bardziej typowymi towarami. To doprowadziło go do wskazania okoliczności pozwalających rozwijać się nowym ideom w szybszym tempie. Teoria ta otworzyła badania nad sposobem konstruowania przepisów, w taki sposób, aby zachęcały do nowych pomysłów i tym samym długofalowych działań na rzecz zamożności społeczeństwa.

A tak na marginesie to żadnego ekonomicznego Nobla nie ma. Nagrodę finansową dla wybitnych ekonomistów funduje co roku Szwedzki Bank Narodowy, a jej oficjalna nazwa to Nagroda Banku Szwecji im. Alfreda Nobla w dziedzinie nauk ekonomicznych. Ale i tak miło jest ją otrzymać. 😊

Jubileusz: Blogowi stuknęła setka.

Osiągnęliśmy setkę. Dziś publikowałem setnego posta. Zajęło mi to 682 dni, a więc ze statystyki (która jak wiecie bardzo lubię) wynika, że udało się publikować nieco częściej niż raz na tydzień (dokładnie raz na 6,82 dnia).

Osiągnięcia:

Ponad 53 tys. wyświetleń bloga. 
Ponad 8 tys. unikatowych użytkowników.
Ponad 132 godziny spędzone przez czytelników na blogu.

977 polubień na FB.
Dziękuję wszystkim czytelnikom.


Przegląd hitów.

Dokładnie 10 artykułów zostało przeczytanych więcej niż 1.000 razy. W tym gronie jest aż sześć postów poświęconych przedwojennej maturze. Ekonomia na dawnych maturach niewątpliwie stała się w jakiś sposób znakiem rozpoznawczym mojego bloga. Pochwalę się, że finalizuję rozmowy, aby z tą tematyką wyjść do nieco szerszego grona czytelników, ale na razie więcej powiedzieć nie mogę…
Ponadto barierę tysiąca wyświetleń osiągnęły również:
Artykuł Dlaczego drożeje masło?, który dziś jest już nieaktualny, bo ceny produktów mlecznych na świecie zaczęły spadać. Ale czynniki, które za to odpowiadają zostały w artykule wskazane.
Ubiegłotygodniowy post Polska jest krajem rozwiniętym związany z tym, że światowe agencje uznały oficjalnie polski rynek finansowy za rozwinięty i tym samym dołączyliśmy do grona największych i najbogatszych państw świata.
„Proroczy” Post o cenie bitcoina (gdy go pisałem cena bitcoina biła rekordy i niektórym wydawało się, że zawsze tak będzie – napisałem wówczas artykuł o realnej wartości bitcoina i do dziś bardzo go lubię, bo miło jest mieć rację) oraz nieco denerwujący post o wieku emerytalnym, w którym niestety zapowiadam coraz późniejsze przechodzenie na emerytury…

Jeszcze raz dziękuję wszystkim czytelnikom. W głowie mam pomysły na kolejne wpisy, ale prawdę mówiąc chyba potrzebuję trochę odpoczynku.  Możliwe więc, że zrobię sobie krótką przerwę...

środa, 3 października 2018

099. Od tygodnia Polska jest krajem rozwiniętym. Co to oznacza?

24 września 2018 Polska została oficjalnie zaliczana do krajów rozwiniętych. Wcześniej przez wiele lat byliśmy uznawani jako kraj rozwijający się, więc z pewnością pod względem prestiżowym informacja jest rewelacyjna. Tym bardziej, gdy zerkniemy na skład grupy krajów rozwiniętych, do których dołączyliśmy. Nie chodzi jednak o ocenę poziomu życia w naszym kraju, tylko o ocenę Polski jako miejsca do inwestowania.

Samo ogłoszenie naszego awansu nie było niczym zaskakującym, ponieważ agencja FTSE Russell zapowiedziała to jeszcze w ubiegłym roku. W ciągu kolejnych miesięcy polski rynek finansowy nie zaskoczył świata niczym negatywnym, więc w ubiegłym tygodniu nasz awans do najbardziej elitarnego grona stał się faktem. Co to jednak tak naprawdę oznacza? I jakie mogą być tego konsekwencje?

Jak działają globalni inwestorzy?

Światowe fundusze inwestują w rynki finansowe według wcześniej zdefiniowanej polityki. Ściśle określona część ich zasobów jest inwestowana w rynki rozwinięte, a inna – równie precyzyjnie określona w rynki wschodzące. Szacuje się, że ok. 87% pieniędzy jest inwestowana w najbardziej rozwiniętych krajach, a tylko 12-13% na rynkach bardziej ryzykownych. To logiczne: większość pieniędzy jest lokowana w bezpieczniejszych miejscach, mniejsza część zapewnia – przynajmniej teoretycznie – większe zyski. Dotychczas mieliśmy dostęp do ok. 12-13% światowych pieniędzy. Jak będzie teraz?
"Zmiana indeksu jest owocem ciągłych ulepszeń w infrastrukturze rynków kapitałowych w Polsce, która jest wspierana przez postęp gospodarczy kraju" [fragment komunikatu FTSE Russell]

Inwestowanie to nic innego, jak zakup papierów wartościowych. Możliwe, że zabrzmi to dość dziwacznie, ale wielkie fundusze inwestycyjne podejmują decyzje o zakupie określonych akcji lub obligacji przede wszystkim w oparciu o analizy „hurtowe”, które dotyczą grup państw i całych sektorów gospodarki. W rzeczywistości nie ma bowiem możliwości przeanalizowania osiągnięć i perspektyw rozwoju każdej z kilkudziesięciu tysięcy firm notowanych na światowych giełdach. Nie ma więc co oczekiwać, że inwestor z Londynu, Nowego Yorku czy Sydney zapozna się ze szczegółową analizą dotyczącą na przykład polskiego PKO BP. W pierwszym kroku poprzestanie raczej na powiązaniu analizy branżowej (bankowość) z analizą rynku, na której przykładowa firma funkcjonuje (dotychczas były to rynki wschodzące, teraz rynki rozwinięte) i na tej podstawie podejmie swoje decyzje.
Pomocą w podejmowaniu tego typu decyzji są firmy, które zaliczają poszczególne rynki finansowe do określonych grup. Decyzję o przeniesieniu Polski do grona krajów rozwiniętych została podjęta przez londyńską firmę FTSE Russell. Podobnie postąpił niemiecki Stoxx. Dla porządku należy jednak wspomnieć, że jeszcze ważniejszą firmą indeksującą rynki jest amerykańska MSCI, która – póki co – konsekwentnie uznaje nasz kraj jako należący do rynków rozwijających się.

Prestiż.

Niewątpliwie zaliczenie Polski przez dwie agencje indeksujące do grona państw rozwiniętych jest ogromnym sukcesem wizerunkowym. Nie dziwi więc, że o tym wydarzeniu mówili Premier, Minister Finansów i Prezes warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych...

Nawiasem mówiąc nawet nieprzychylne rządowi media nie odważyły się podważyć znaczenia tego wydarzenia, choć da się spotkać sceptyczne oceny tego awansu na portalach branżowych.
"Dzisiejszy awans do grona rynków rozwiniętych w ramach globalnej klasyfikacji rynków akcji FTSE Russell to znaczące osiągnięcie. Ministerstwo Finansów i Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie od dawna dążą do usprawnienia infrastruktury polskiego rynku finansowego i wzmocnienia polskiej gospodarki, a dzisiejszy dzień jest zwieńczeniem ich wysiłków zmierzających do spełnienia restrykcyjnych kryteriów tej klasyfikacji." Reza Ghassemieh, Chief Research Officer FTSE Russell. 
Wystarczy zerknąć na skład grupy, do której obecnie należymy, żeby poczuć się naprawdę dobrze. Co więcej: jesteśmy pierwszym krajem Europy Środkowo-Wschodniej, któremu się to udało. Patrząc z tej perspektywy wreszcie udało się nam gospodarczo prześcignąć Czechów i to w bardzo ambitnym wyścigu (aluzja do postu 078. Ekonomiczny Wyścig Pokoju, czyli jak gospodarczo przegonić Czechów?)


Źródło: 
Osiągnięcie jest tym bardziej znaczące, że awans do elity zajął nam 27 lat. Dla porównania Korea Południowa i Izrael potrzebowały na to okresu pięćdziesięcioletniego…
Są więc powody do dumy!

Skutki finansowe.

Raczej na pewno zagraniczni inwestorzy na rynku polskim będą zachowywać się w bardziej stabilny niż dotąd sposób. Chodzi o to, że w sytuacji, gdy gdzieś na świecie coś niedobrego działo się w kraju uznawanym za rozwijający się, następowała ucieczka inwestorów do rynków rozwiniętych. Jeżeli np. w Turcji było zamieszanie polityczne, to część inwestorów wycofywała swoje pieniądze nie tylko z Turcji, ale i z krajów takich jak Polska, po to, aby przeczekać w bezpiecznym miejscu. Dla polskiego rynku finansowego oznaczało to spadek cen akcji na warszawskiej giełdzie i osłabienie złotego i to często z powodów w ogóle niezwiązanych z sytuacją w Polsce. W nowych warunkach tego typu przypadki nie powinny się zdarzać. Sytuacja na giełdzie i rynku walutowym powinna być więc bardziej stabilna.

Teoretycznie do Polski mogą napłynąć dodatkowe pieniądze inwestycyjne. Teoretycznie, bo do końca nie wiadomo, jak zachowają się światowi inwestorzy. To, że Polskę uznano za kraj rozwinięty to jedno. Ale w co miałyby inwestować światowe fundusze? W wyniku decyzji FTSE Russell do światowych indeksów włączono ledwie 37 polskich spółek i tylko jedną z nich – bank PKO BP – uznano za spółkę o dużej kapitalizacji. Do grona średnich spółek zaliczono PKN Orlen, PZU, BZ WBK, PGNiG, Pekao, KGHM, mBank, PGE, LPP, CD Projekt, Cyfrowy Polsat, Grupę Lotos i Dino Polska. Pozostałe spółki uznano za małe - Bank Millennium, AmRest, Handlowy, JSW, Alior Bank, CCC, Play, Orange, Azoty, Enea, Tauron, Kernel, Kruk, Asseco Poland, Budimex, Eurocash, Ciech, Energa, PKP Cargo, Bogdanka, GPW, Boryszew i Neuca. Z kolei decyzją Stoxx do grona sześciuset największych spółek w Europie zaliczono osiem polskich podmiotów: Bank Pekao, BZ WBK, CD Projekt, KGHM Polska, LPP, PKN Orlen, PZU i PKO Bank Polski.
To właśnie te firmy mają szansę na dodatkowe zainteresowanie ze strony światowych inwestorów. Potencjalnie, gdyby udział polskich podmiotów w światowych rynkach zrównałby się z udziałem Portugalii, Austrii i Danii, to do Polski powinno napłynąć dodatkowo od 150 miliardów złotych do prawie 1,5 biliona.

A te kwoty robią wrażenie, prawda?
Więc póki co cieszmy się i z prestiżu i z perspektyw, które oby się zrealizowały jak najszybciej.

środa, 26 września 2018

098. Dlaczego kurs walutowy się zmienia?

To jedno z pytań, które niby są proste, a potrafią zmiażdżyć. Idziesz do banku, stoisz w kolejce, na dużym ekranie wyświetlane są kursy walutowe on-line. Dziecko zadaje Ci pytanie, co to za liczby. To proste, więc tłumaczysz mu z miną prawdziwego eksperta. Ale drugie pytanie może brzmieć „ale dlaczego te liczby wciąż się zmieniają?” i sprawa zaczyna być nie taka oczywista. Tym bardziej, że zmienne kursy walutowe obowiązują na świecie raptem 45 lat, a w Polsce dopiero 18.

Jak więc jest z tymi kursami? Zacznijmy po kolei…

Dawniej decydowała waga.

Sprawa przeliczenia wartości jednej waluty na inną była teoretycznie bardzo prosta w czasach pieniądza kruszcowego. „Kurs” był kształtowany przez stosunek wagi kruszcu wykorzystanego przy biciu poszczególnych monet. Nie miało znaczenia, czyj „napis i obraz” znajdował się na pieniądzu, bo można było go sobie stopić i zrobić z niego coś innego, co miało przynajmniej wartość kruszcu. Moneta, w której znajdowało się 3 gramy złota była dwa razy więcej warta niż moneta o zawartości 1,5 grama złota. Ten stosunek był w zasadzie stały, więc kursy były też w zasadzie stałe.

„W zasadzie”, bo nie było niezależnych banków centralnych czuwających nad jakością emitowanego pieniądza, więc władcy kombinowali jak mogli manipulując ilością kruszcu używanego do bicia monet. Jednocześnie w obiegu mogły znajdować się „te same” monety o różnej wartości kruszcowej. Dla bankierów zajmujących się wymianą pieniądza był to podstawowy problem oceny wartości. Choć oczywiście od czasów Archimedesa znana była metoda określenia faktycznego składu użytego stopu, to z punktu widzenia gospodarki to zamieszanie nie było dobre, o czym zresztą pisał Mikołaj Kopernik w swoim „Traktacie o biciu monety”.

Wartość pieniądza papierowego.

Początkowo pieniądz papierowy (przynajmniej ten stosowany w Europie) był w istocie dokumentem potwierdzającym fakt, że w skarbcu zdeponowano określoną ilość kruszcu (miedzi w Szwecji i złota w Anglii).  Stopniowo jednak uzmysławiano sobie, że nie ma dużego prawdopodobieństwa, aby w jednej chwili wszyscy posiadacze banknotów chcieli wymienić je na metale szlachetne. To pozwoliło emitować banknoty o wartości większej niż wartość zdeponowanego złota. O ile większej? Dziś to kluczowe zagadnienie polityki monetarnej poszczególnych państw, ale w XVIII wieku dopiero się jej uczono. Wydatków było co niemiara (XVIII wiek to czas wojen i rewolucji, które trzeba było finansować), niektóre państwa poczuły monetarne Eldorado, drukowały banknoty bez opamiętania, za co zapłaciły kryzysami finansowymi i wielką inflacją.

Na ich tle wyróżniał się Bank of England, który rygorystycznie utrzymywał pokrycie funta szterlinga w złocie. W naturalny sposób funt był walutą stosowaną w rozliczeniach w ramach Imperium Brytyjskiego, więc nie dziwi, że stał się najbardziej wiarygodnym pieniądzem świata.

Wymienialność na inną walutę.

W miarę rozwoju handlu międzynarodowego coraz większe znaczenie miało wymienianie jednej waluty na inną. Poszczególne państwa „odkrywały”, że sterownie wartością własnej waluty ma wpływ na pozycję konkurencyjną na rynkach międzynarodowych. W szczególności jej dewaluowanie (zmniejszanie wartości poprzez nadmierną emisję) poprawiało atrakcyjność cenową eksportowanych towarów i tym samym wynik w bilansie płatniczym. Oczywiście na krótko, bo „ceną” za taką praktykę była inflacja, bezrobocie i kryzys.

Dlatego tuż po II Wojnie Światowej na konferencji w Bretton Woods zawarto porozumienie 44 krajów, które przyjęły na siebie obowiązek prowadzenia polityki monetarnej w taki sposób, aby kurs walutowy wahał się o maksymalnie 1%. Pierwotnym pomysłem na osiągnięcie tej stabilizacji było oparcie każdej z walut na stałym parytecie złota. Użyto sformułowania „wartość waluty […] zostanie wyrażona w złocie”, ale w tle oficjalnych negocjacji rozgrywka dotyczyła też tego, która waluta zdominuje powojenny świat. Amerykanie ograli Brytyjczyków w ten sposób, że w tajemnicy przed nimi cytowany wyżej zapis zmienili na „wartość waluty […] zostanie wyrażona w złocie i dolarach amerykańskich” i tym samym zapewnili dolarowi USA uprzywilejowaną pozycję na długie lata.
Realizacja postanowień z Bretton Woods w praktyce polegała na tym, że banki centralne poszczególnych państw broniły kursów swych walut względem dolara, a Amerykanie pilnowali parytetu złota wyrażonego w złocie. System wytrzymał 27 lat i się załamał. Niemożliwe było bowiem utrzymanie stałej ceny złota wyrażonej w dolarach USA w sytuacji, gdy światowa podaż dolara rosła szybciej niż światowa podaż złota.

Czy Amerykanie mogli temu zapobiec? Wątpię. Musieliby pilnować, aby podaż dolara była zbliżona do podaży złota. A tymczasem rozwój światowego handlu prowadził do tego, że banki centralne przesuwały swoje rezerwy ze złota na dolary USA, które zapewniały większą płynność. W skali światowej mieliśmy więc sytuację rosnącego popytu na dolary i malejącego popytu na złoto. Jak w tej sytuacji utrzymać równowagę podaży? W ekonomii ten problem jest określany jako Dylemat Triffina, którego rozważania prowadzą do wniosku, że niemożliwe jest posiadanie sztywnego kursu walutowego, niezależnej polityki pieniężnej i swobody przepływu kapitałów.

Płynny kurs walutowy.

Na świecie obowiązuje od roku 1973. W Polsce formalnie od roku 2000. Kurs płynny jest wynikiem sytuacji rynkowej, czyli równowagi pomiędzy podażą waluty i popytem na nią. Ponieważ transakcje walutowe przeprowadzane są praktycznie bez przerwy, a co za tym idzie zmienia się podaż i popyt, rynek wciąż na nowo odnajduje swój punkt równowagi, więc kurs zmienia się cały czas.

A z czego wynika ta zmienność? O tym jeszcze kiedyś napiszę...
 

środa, 19 września 2018

097. Ekonomista na wakacjach, czyli szkockie lekcje ekonomii.

Byłem na wakacjach w Szkocji. Gorąco polecam. I choć większość czasu spędziłem na beztroskim poznawaniu tego wspaniałego kraju, to wróciłem z kilkoma obserwacjami o charakterze ekonomicznym, którymi chcę się z Wami podzielić. Taki ekonomiczny felietonik na koniec wakacji. 


Niewątpliwie Szkocja nie należy do krajów tanich. Litr benzyny bezołowiowej kosztuje od 1,30 do 1,34 funta, czyli ponad 6 złotych, co w moim przypadku miało znaczenie, bo przejechałem w Szkocji ponad 2.200 km. Na szczęście jednak wypożyczalnia samochodów wydała mi lepszy samochód niż zarezerwowałem i była to toyota z silnikiem hybrydowym. Jeżdżąc głównie po bocznych drogach Highlandu (głównych dróg nie ma w tym rejonie) wykręciłem spalanie nieco powyżej 5l/100 km, więc prawdę mówiąc koszt podróży w Szkocji okazał się mniejszy niż w Polsce.

Oszczędny jak Szkot.


Wszyscy wiemy, jaką opinię mają Szkoci. W zasadzie widziałem dwa obszary ich legendarnej oszczędności. Pierwszy to organizacja zajęć w szkołach. Szkockie dzieciaki zaczynają rok szkolny około 20 sierpnia. Mieliśmy więc okazję widzieć grupy uczniów, elegancko ubranych w szkolne mundurki, wracające z zajęć szkolnych, co mroziło krew w żyłach naszych dzieci, przeżywających jeszcze ostatnie dni wakacyjnej laby. Jeden z naszych gospodarzy powiedział nam, że rok szkolny w Szkocji zaczyna się szybciej niż w pozostałej części Wielkiej Brytanii z powodu wcześnie zapadających ciemności w okresie noworocznym. Według niego wówczas uczniowie pozostają dłużej na feriach w domu, dzięki czemu szkoły oszczędzają na rachunkach za prąd.
Drugi to szkockie drogi w Highlandzie, które są tak wąskie, że nie pozwalają na wyminięcie się dwóch samochodów osobowych. Co za oszczędność asfaltu! Ciekawostką jest, że dosłownie co kilkadziesiąt metrów umiejscowione są zatoczki zwane „passing place”. To one pozwalają wyminąć się z samochodami jadącymi w przeciwnym kierunku. To wpływa na tempo jazdy, ale byliśmy na wakacjach a taki sposób jazdy umożliwił zrobienie mnóstwa zdjęć szkockim krajobrazom.

Poza tym Szkotowi chyba trudno jest być oszczędnym. Ceny są dość wysokie. A jak już chce być Szkotem z prawdziwego zdarzenia i ubrać się w tradycyjny szkocki strój ludowy, to trzeba się liczyć z wydatkiem przekraczającym 1.000 funtów. Takie ceny widziałem na wystawie jednego ze sklepów w Edynburdu, a przyznać trzeba, że stosunkowo często spotyka się Szkotów ubranych po szkocku. Może jednak kupują w sieci...

Szkocka oszczędność dla turystów.


Jak już pisałem Szkocja zaskoczyła mnie wydaniem mi lepszego samochodu niż bookowałem. A że była to hybryda, to pozwoliła mi oszczędzić na kosztach paliwa.
Jadąc do Szkocji warto rozważyć zakup biletu Explorer Pass wydawanego przez Historic Environment Scotland i umożliwiającego przede wszystkim bezpłatne wejście do ponad 70 obiektów historycznych w całym kraju. Przede wszystkim, bo są jeszcze dodatkowo benefity typu zniżka na audiobooki, wstępy bez kolejek itp.

Moim zdaniem opłaca się. Rodzinny Explorer Pass w wersji siedmiodniowej (wejścia do poszczególnych obiektów mogą się odbywać w dowolne siedem dni, przypadające w ciągu 14 dni od pierwszego wykorzystania) kosztuje 84 funty. Drogo, ale samo wejście do Edinburgh Castle dla rodziny 2+2 kosztuje 60 funtów. No i unika się długaśnych kolejek do kas biletowych.

Adam Smith

Z oszczędności Szkotów można sobie żartować, ale ten naród wydał ojca współczesnej ekonomii, czyli Adama Smitha, autora „Badań nad naturą i przyczynami bogactwa narodów”, pierwszej w historii świata (wdanej w roku rok 1776) próby naukowej analizy zjawisk ekonomicznych. Choć samej pracy Smitha zarzuca się błędy metodologiczne, to jednak formułowane przez niego tezy, jak najbardziej obowiązują w dzisiejszym świecie. Smith jako pierwszy użył określenia „niewidzialna ręka rynku”; był zdecydowanym przeciwnikiem ceł, przesadnej roli państwa w gospodarce i wszelkich porozumień monopolistycznych. Za źródło bogactwa uznawał ludzką pracę, ale wyłącznie tę, która stwarza „materialne środki zaspokojenia potrzeb ludzi w społeczeństwie”. Postulował podział pracy, jako środek zwiększania produktywności i nie widział nic złego z szukaniu korzyści indywidualnej przez przedsiębiorców, bo twierdził, że korzyści te zostaną przełożone na korzyści reszty społeczeństwa.

Adam Smith zmarł i został pochowany w Edynburgu. Jego grób znajduje się na cmentarzu przy kościele Cannongate Kirk i „pielgrzymują” do niego różnej maści ekonomiści i kandydaci na ekonomistów. Udałem się tam i ja, choćby dlatego, ze Cannongate Kirk znajduje się w samym centrum Edynburga przy Royal Mile – ulicy łączącej Zamek Edynburski z Pałacem Holyrood. Na miejscu okazało się, że w tym samym czasie co najmniej kilka osób szukało grobowca Adama Smitha, a nie jest to takie łatwe. Zainteresowanym podpowiadam, że należy obejść budynek kościoła z lewej strony i mniej więcej w jednej trzeciej jego długości zaczyna się ścieżka w lewo, która prowadzi do grobu, a dla ułatwienia jest oznaczona znakami, jak na zdjęciu wyżej.

Szkockie wdowy

Jeszcze starszym szkockim osiągnięciem ekonomicznym jest system ubezpieczeń społecznych wprowadzony w 1744 roku w szkockim Kościele Prezbiteriańskim. Chodziło o zapewnienie uposażenia żonom i dzieciom zmarłych pastorów. System został opracowany przez dwóch duchownych Alexandra Webstera i Roberta Wallace’a (nie trzeba być ekonomistą, żeby rozumieć prawa ekonomii i opracować system rentowy !!!!), opierał się ściśle na analizie dostępnych danych demograficznych (w tym pochodzących z Wrocławia) i … działa do dziś. Przynajmniej w pewnym sensie, bo spadkobierczynią funduszu ubezpieczeniowego powstałego z myślą o rodzinach pastorów jest bowiem Scottish Widows, jeden z największych działających na świecie funduszy emerytalnych.

Ciekawostki szkockiej gospodarki

Przebywałem głównie w północnej Szkocji, więc żadnego ośrodka przemysłowego nie widziałem. Widziałem natomiast bankobusy odwiedzające małe szkockie wioski (furgonetki Royal Bank of Scotland, które spełniają rolę mobilnych placówek bankowych) i książkobusy (mobilne biblioteki). Podobno można też spotkać ciężarówki, na których umieszczone są mobilne kina i gabinety dentystyczne (czyli chyba "kinobusy" i "dentobusy"), ale na takie obiekty nie trafiłem. To jest jednak ciekawe, że na mało zaludnionym obszarze północnej Szkocji zapewnione są tego typu usługi świadczone mobilnie, co z pewnością nie jest tanie i gdyby faktycznie Szkotom chodziło o maksymalną oszczędność, to by z nich zrezygnowali.

Problemy na szkockiej prowincji jako żywo przypominają nasze. Oto w miejscowości Portree (jedynym miasteczku na przepięknej wyspie Skye, połączonej z resztą Szkocji mostem drogowym) zobaczyłem baner o treści "Save our hospital". Wg. Wikipedii na Skye'u mieszka 10.000 mieszkańców, których martwią plany władz ograniczenia skali działalności małego, lokalnego szpitala. Zupełnie jak u nas, prawda? 
Szkocja jest znana z produkcji whisky (wiele destylarni jest otwartych dla turystów), rybołówstwa (polecam szkockie ryby i owoce morza) oraz hodowli owiec i krów, które chyba są szczęśliwe mając do swej dyspozycji niczym nieograniczone pastwiska Highlandu. Choć to właśnie z ich udziałem powstaje szkocki przysmak haggis.
Co ciekawe, szkockie banki emitują własne (szkockie) wersje funtów szterlingów, ale muszę przyznać, że nie rzuciło mi się to w oczy. Trochę żałuję, ale podobno nie tak łatwo wymienić te szkockie funty na inną walutę poza granicami Wielkiej Brytanii. Zresztą głównie płaciłem kartą walutową…

Dla turysty, nawet będącego ekonomistą, tyle naprawdę wystarczy.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście zrobiono podczas tegorocznego wyjazdu do Szkocji.

środa, 12 września 2018

096. Ekonomia i polityka: jaki powinien być wiek emerytalny?


System emerytalny od czasu do czasu rozbudza emocje. Ostatnio, gdy zmieniano wiek emerytalny. Najpierw podniesiono go w górę, do 67 lat dla kobiet i mężczyzn. Kolejny rząd podjął natomiast decyzję o stopniowym obniżeniu wieku emerytalnego do poziomu 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn. To była ewidentna rozgrywka polityczna. 

Czy można jednak ustalić wiek emerytalny w oderwaniu od polityki? Bazując wyłącznie na modelach matematyczno-ekonomicznych?

Pruski system emerytalny.


W wielu miejscach można wyczytać, że większość współczesnych systemów emerytalnych jest w pewnym sensie kopią systemu wprowadzonego w Prusach w roku 1880. Generalnie tak właśnie jest: pracujący płacą, a pieniądze wędrują do emerytów, po drodze finansując administrację emerytalną. System obowiązujący w Prusach całkowicie się bilansował. Wynikało to z tego, że przeciętna długość życia wynosiła wówczas 45 lat, a emerytury otrzymywały osoby po przekroczeniu siedemdziesiątki. Te 25 lat różnicy stanowiło wystarczający margines, aby pieniędzy starczyło dla emerytów i pokaźnej grupy urzędników nadzorujących system.

Niektórzy uważają, że tu właśnie było ukryte oszustwo: statystyczny Prusak nie dożywał bowiem emerytury. To rażące uproszenie, bo za średni czas życia wynoszący ledwie 45 lat odpowiadały bowiem głównie zgony niemowląt, czyli osób, które nie miały okazji wejść do systemu emerytalnego, ani jako płatnicy, ani tym bardziej benefcjenci. Wskaźnik umieralności niemowląt w Prusach na początku XX wieku wynosił około 20% (źródło: Dariusz K. Chojecki Umieralność niemowląt w „polskich" rejencjach Prus na początku XX wieku). Trzydzieści lat wcześniej mógł dochodzić do 30%, co oznaczałoby, że faktyczna średnia długość życia osoby, która nie zmarła jako niemowlę wynosiła ok. 64 lat. Faktyczny margines w systemie emerytalnym wynosił więc około 6 lat i był wystarczający, aby go w pełni zbilansować.

Pruski system emerytalny miał ewidentnie charakter państwowy. Jak pisze Yuval Noah Harari „jego głównym celem było zapewnienie lojalności obywateli”. Było to więc rozwiązanie o charakterze politycznym, chociaż trzeba przyznać, że było dość trafnie oparte o realia społeczno-ekonomiczne. Jeśli odnosimy go do współczesnych realiów to trzeba przede wszystkim zauważyć, że zniknął margines zapewniający bilansowanie się systemu. Pojawiła się natomiast luka o przeciwnym znaku (przeciętna długość życia jest większa niż wiek emerytalny). Nie dziwi więc, że pieniędzy nie wystarcza i konieczne są dopłaty z budżetu.

Szkocka ekonomia emerytalna.


Rozwiązaniem w pełni opartym o prawa statystyki i ekonomii był system ubezpieczeń wprowadzony w 1744 roku w szkockim Kościele Prezbiteriańskim. Jego celem było zapewnienie płatności rent na rzecz żon i dzieci nieżyjących pastorów. Autorami rozwiązania byli szkoccy duchowni Alexander Webster i Robert Wallace, którzy stanęli przed dylematem, w jaki sposób określić wysokość składki, która zapewniłaby stabilność całego systemu.

Inicjatywa ta była w pełni prywatna, Webster i Wallace nie mieli tak jak Bismarck do dyspozycji aparatu państwowego, więc sami musieli przeprowadzić cały szereg analiz dostępnych danych demograficznych w tym opartych o rejestry narodzin i zgonów dzisiejszego Wrocławia. Ich wnioski były następujące: „W dowolnym momencie w Szkocji żyje 930 pastorów prezbiteriańskich. Każdego roku przeciętnie 27 z nich umrze, z czego 18 pozostawi po sobie żony, a 5 osieroci dzieci w wieku do lat 16”. Przeanalizowali następnie losy wdów po pastorach (ich zgony albo ponowne zamążpójścia wstrzymywało płatności rent) i doprowadziło ich do wniosku, że właściwą wysokością składki jest „2 funty, 12 szylingów i 2 pensy rocznie”, co zapewni roczną rentę w wysokości 10 funtów.

Zdumiewające jest to, że autorzy programu niejako przy okazji sporządzili prognozę stanu środków funduszu na kilkadziesiąt lat do przodu i po 21 latach okazało się, że pomylili się o 1 funta (słownie: jednego funta szterlinga, na zamknięcie roku 1765 zaprognozowali bowiem wysokość 58.348 funtów, a w rzeczywistości w kasie było o 1 funta mniej). Nawiasem mówiąc to przedsięwzięcie istnieje do dziś. Nazywa się Scottish Widows i jest jednym z największych funduszy emerytalnych na świecie.

Ta historia dowodzi, że system emerytur można oprzeć na matematyce. Samo rozumowanie Webstera i Wallace’a nie jest wcale nadzwyczajne: zastanowili się nad tym, ile pieniędzy wejdzie do systemu i ile z niego wypłynie. Choć danych jest sporo, to równanie to samo rozwiązanie jest dość intuicyjne i da się je rozwiązać.

Współczesne systemy emerytalne.


Są wypadkową obliczeń matematycznych i polityki państwa.

Matematyka nie działa na ich korzyść. Niestety. Za czasów Bismarcka średnia długość życia wynosiła 45 lat (ok. 64 lat po wykluczeniu zgonów niemowlęcych). GUS informuje, że średnia długość życia w Polsce wynosi obecnie 81,9 lat (kobiety) i 73,9 lat (mężczyźni). Żyjemy dłużej niż Prusacy (10-18 lat), a na emeryturę przechodzimy wcześniej (5-10 lat). Z punktu widzenia matematyki to się nie spina…

Kolejnymi zmiennymi są: wysokość składki i wysokość emerytury. W powszechnym systemie emerytalnym tu pojawia się rola państwa. Jeśli emerytury będą za niskie, to system przestanie mieć sens. Po co zbierać kasę na starość w systemie, który potem będzie wypłacał żałośnie niskie kwoty?

Teoretycznie można sterować wysokością stawki. Ale tylko teoretycznie. Już teraz obciążenia ubezpieczeniowe polskich wynagrodzeń są wysokie. Jeśli zostaną podniesione, to będziemy tracić na konkurencyjności. A zauważmy, że w zglobalizowanym świecie naszymi konkurentami są nie tylko Niemcy i Francuzi, ale i obywatele państw, w których systemów emerytalnych w ogóle nie ma…

Z matematyki wynika, że jedyną istotną zmienną w systemie emerytalnym do zarządzania pozostaje wiek przejścia na emeryturę. I skoro ludzie żyją coraz dłużej, to ten wiek będzie raczej podnoszony…

Polityka społeczna.


Jest jeszcze państwo i jego polityka społeczna. Czyli mówiąc wprost transfer środków z budżetu do systemu emerytalnego, dzięki czemu wiek emerytalny nie musi być windowany wprost proporcjonalnie do wydłużania się czasu życia.

Dziś to norma. Pesymiści mówią, że budżety państw tego nie wytrzymają. Na dłuższą metę mają rację. Ale o ile zdarzało się wielokrotnie, że państwa bankrutowały (ogłaszały zewnętrzną niewypłacalność i przestawały obsługiwać swoje zadłużenie), to nie znam przypadku, żeby jakiś kraj w całości wyłączył system emerytalny.

Emerytalna konkurencja międzynarodowa.

Tutaj są raczej słabe wiadomości. W roku 2016 średni efektywny wiek przechodzenia na emeryturę w krajach OECD wynosił 65,1 lat (mężczyźni) i 63,6 lat (kobiety). W Polsce było to odpowiednio 62,6 i 59,8 lat. Nad tym będziemy musieli popracować, bo nasz system już teraz jest bardziej obciążony niż państw, z którymi się porównujemy. I to zwłaszcza w przypadku kobiet. Zresztą zobaczcie sami:


Jarosław Kaczyński powiedział ostatnio, że "69 lat to nie wiek, aby przejść na emeryturę". Mówił wprawdzie o sobie i swoich planach, ale być może to zdanie powinno dać nam wszystkim do myślenia...

środa, 5 września 2018

095. Luka finansowa raz jeszcze, czyli co warto wiedzieć zaczynając działalność gospodarczą?


Specjalnie na prośbę jednego z czytelników jeszcze raz podejmę temat luki finansowej. Postaram się zrobić to bardzo praktycznie, czyli idąc ścieżką uruchamiania nowego biznesu.
Wyobraźmy sobie, że rozpoczynamy działalność gospodarczą. Jedną z jej najprostszych form jest prowadzenie sklepu detalicznego. W uproszczeniu do prowadzenia sklepu potrzebne są dwie rzeczy: lokal i towar.

Ponieważ to tekst o luce finansowej zostawiamy lokal na boku. Nadmienię tylko, że możemy być jego właścicielem (wówczas lokal znajdzie się w bilansie naszej firmy), albo możemy go wynajmować (wówczas w bilansie nie wystąpi, natomiast w rachunku wyników pojawi się koszt związany z jego wynajmowaniem).

Zapasy.


Każdy rozumie, że w zwyczajnym sklepie musi być towar. Ten towar to zapasy. Ponieważ dopiero zaczynamy naszą działalność sklepową, zakładamy, że potrzebujemy towaru o wartości 500 tys. złotych. Udajemy się więc do dostawców, hurtowni i producentów i oni nam go sprzedadzą. Do negocjacji pozostają jedynie warunki transakcji (cena i termin płatności).

Jako, że startujemy z naszym sklepem i dostawcy nas nie znają, może się okazać, że oczekują zapłaty z góry. To by oznaczało, że potrzebujemy mieć w portfelu (albo na rachunku bankowym) kwotę 500 tys. złotych, żeby zaopatrzyć nasz sklep w towary o tej wartości (w cenach zakupu).

Zobowiązania handlowe.


Możliwe jednak, że uda nam się przekonać któregoś z dostawców, aby poczekał na zapłatę. Czyli dostaniemy towar już dzisiaj, a zapłacić będziemy musieli dopiero za miesiąc. Tak działa kredyt kupiecki. Jeśli dostawca zdecyduje się nam go udzielić w bilansie naszego sklepu pojawi się pozycja „zobowiązania handlowe”.

Załóżmy, że udaje nam się przekonać dostawcę, aby przyznał nam 200 tys. kredytu kupieckiego. Wówczas do zaopatrzenia naszego sklepu w towary o wartości 500 tys. złotych wystarczy nam jedynie 300 tys. złotych gotówki, bo reszta towaru będzie skredytowana.

Luka finansowa.


To, co policzyliśmy powyżej to luka finansowa. Na razie poruszaliśmy się jedynie w obrębie zapasów i zobowiązań handlowych, więc tak naprawdę korzystaliśmy ze wzoru uproszczonego:

zapasy – zobowiązania handlowe

i zauważcie, że ten wzór działał poprawie w obu scenariuszach. W obu przypadkach chcieliśmy zapełnić nasz sklep towarami o wartości 500 tys. złotych. W pierwszym zakup towaru odbył się za gotówkę, w drugim uzyskaliśmy kredyt kupiecki o wartości 200 tys. złotych (odpowiednio zobowiązania handlowe wyniosą więc 0 i 200 tys.) i to prowadzi do wartości luki finansowej 500 tys. w pierwszym przypadku i 300 tys. w drugim. I dokładnie tyle pieniędzy potrzebowaliśmy do prowadzenia działalności.

Są jeszcze należności.


W większości biznesów nie tylko zakupy, ale i sprzedaż realizuje się z odroczonym terminem płatności. Prawdę mówiąc w handlu detalicznym także. Bo jeśli dokonasz zapłaty kartą bankową, to rachunek sklepu tak naprawdę zostanie uznany za 2-3 dni, więc przez te 2-3 dni w bilansie sklepu pojawi się należność handlowa (czyli kwota, na którą sklep czeka – w tym przypadku od operatora karty, a nie od Ciebie).

Należności handlowe są o wiele większym wyzwaniem w relacjach pomiędzy firmami. W zależności od branż stosuje się nawet 120 dniowe terminy płatności. Należności oczywiście powiększają lukę finansową. W jaki sposób? Opiszę poniżej.

Nasz sklep zaczyna działać.


W pierwszym tygodniu sprzedajemy towarów za 100 tys. złotych. Sprzedajemy z zyskiem 10 tys. Załóżmy, że sprzedajemy wyłącznie za gotówkę. Mamy więc w kasie 110 tys. złotych. Ale towaru w sklepie już tylko za 400 tys. złotych. Resztę sprzedaliśmy. Aby uniknąć wrażenia pustych półek musimy znowu dokonać zakupu. Ponieważ mamy pieniądze, bez kłopotu udajemy się do naszych dostawców, płacimy z góry, bierzemy towar za 100 tys. i wszystko wraca do normy.

Luka finansowa nie ulega zmianie, bo nie pojawiły się należności.

Należności handlowe.


Załóżmy jednak, że umożliwiliśmy naszym klientom płatności kartami i że na koniec tygodnia nasze należności od VISY i Mastercarda wynoszą 30 tys. złotych. Wówczas w kasie mamy jedynie 80 tys. złotych i to za mało, aby uzupełnić towary na półkach do wartości 500 tys. Luka finansowa jest bowiem większa o należności, które się pojawiły.

Dlatego też pełen wzór na lukę finansową wygląda następująco:

zapasy + należności handlowe – zobowiązania handlowe

Co mówi nam luka finansowa?


Ona podaje wielkość zapotrzebowania na pieniądze, aby prowadzić działalność, z którą wiąże się konieczność utrzymywania zapasów i należności. Pierwszym źródłem finansowania zapasów i należności są zobowiązania handlowe (amerykanie określają to mianem spontanicznego finansowania).

Teoretycznie możliwa jest sytuacja, w której zobowiązania handlowe są większe niż zapasy i należności. Oznacza to, że całość działalności operacyjnej jest finansowana przez dostawców. Dla właścicieli firm to sytuacja idealna, ale zdarza się niezwykle rzadko (choć właśnie tak działają wielkie sieci handlowe – ich wpływ na płynność w gospodarce jest niewątpliwie negatywny, kumulują pieniądz otrzymywany od swoich klientów, ale płatności dokonują w ustalonych z dostawcami, zazwyczaj długich terminach płatności).

Na ogół luka finansowe jest dodatnia (zobowiązania handlowe nie pokrywają zapasów i należności) i konieczne jest zaangażowanie pieniędzy właścicieli albo zaciągnięcie kredytu bankowego. W jakiej wielkości? – to zależy od skali działalności firmy, branży, a w przypadku firm sezonowych także od fazy cyklu obrotowego, w której firma akurat się znajduje.

środa, 29 sierpnia 2018

094. Matura 1886 w zaborze austriackim. Zadanie z procentu składanego.

Jedno z najstarszych „ekonomicznych” zadań maturalnych, jakie znalazłem pochodzi z roku 1886, czyli sprzed 132 lat. Polska była wówczas pod zaborami, ale w zaborze austriackim matury odbywały się w języku polskim i można o nich poczytać w sprawozdaniach dyrekcji poszczególnych szkół.

We wrześniu 1886 roku na egzaminie maturalnym z matematyki przeprowadzonym w cesarsko-królewskim IV Gminazjum we Lwowie (możliwe, że była to matura o charakterze poprawkowym) znalazło się zadanie poświęcone procentowi składanemu. Treść zadania, którą znalazłem w „Sprawozdaniu Dyrektora C.K. Gimnazyum we Lwowie za rok szkolny 1887” (pisownia oryginalna), liczyła ledwie dwanaście słów i mieściła się w jednym zdaniu, które brzmiało: Po ilu latach podwoi się jakikolwiek kapitał dany na 5% składany?
Postarajmy się je rozwiązać.

Analiza treści zadania.

Zadanie dotyczy właściwości procentu składanego i jako takie ma bardzo uniwersalny charakter. Świadczy o tym sformułowanie „jakikolwiek kapitał”. Bo wysokość kapitału pierwotnego oczywiście nie ma wpływu na okres, w którym stan oszczędności zwiększy się o określoną ilość razy.

Obraz wyłaniający się z zadania jest następujący: pieniądze lokujemy na stały procent, który wynosi 5%. Raczej bezdyskusyjnie należy przyjąć, że chodzi o oprocentowanie liczone w skali roku. Naliczone odsetki będą kapitalizowane na rachunku lokaty. Pytanie brzmi: kiedy wartość lokaty osiągnie dwukrotność kwoty bazowej.

Rozwiązanie absolutnie matematyczne.

Problem postawiony w treści zadania można wyrazić następującym równaniem:
gdzie K- kwota kapitału, r- oprocentowanie, n-okres lokowania środków liczony w latach.
W przypadku naszego zadania należy rozwiązać następujące równanie:
gdzie niewiadomą jest n – liczba lat. Równanie błyskawicznie przekształcamy do postaci:
i już widzimy, że odpowiedzią jest:
I wszystko jasne. Ale tylko dla matematyka, bo każdy inny człowiek zapyta „czyli ile to wynosi?”.

Odpowiedź zrozumiała dla wszystkich.

Odpowiedź, którą każdy zrozumie, i która prawdopodobnie byłaby zgodna z oczekiwaniami cesarsko-królewskiej komisyji egzaminacyjnej, wymaga podania liczby lat.

Mając dostęp do Excela, możemy skorzystać z funkcji log(liczba;podstawa) i w ułamku sekundy przekonać, się, że 
czyli mówiąc praktycznie: przy oprocentowaniu 5% na podwojenie kapitału trzeba czekać 15 lat (dokładnie dwukrotność zostanie osiągnięta po 14,2067 latach, czyli 14 latach, 2 miesiącach i 15 dniach, ale bank i tak naliczać będzie odsetki w rocznicach założenia lokaty, więc trzeba czekać do końca 15 roku).

Jak sobie radzili C.K. maturzyści z roku 1886?

Excela nie mieli. Za to mieli tablice matematyczne, z których mogli odczytać między innymi przyrost kapitału lokowanego w oparciu o procent składany. Dziś o tablicach matematycznych mało kto pamięta. Coraz trudniej jest je znaleźć w bibliotekach i na strychach. Ale nie ma co płakać, bo mając Excela można je sobie w kilkanaście sekund sporządzić. Proszę bardzo:


Maturzysta z roku 1886 patrząc na dane z tablicy bez trudu odczyta, że jeśli ulokujemy kapitał na 5% po 15 latach osiągnie on wartość 2,0789 kwoty bazowej i udziela poprawnej odpowiedzi.

Jeśli miałby ochotę popatrzeć dłużej na dane z tablic to odkryje, że gdyby oprocentowanie wynosiło 6%, to na podwojenie wartości początkowego kapitału będziemy potrzebować jedynie 12 lat. Jeżeli natomiast oprocentowanie byłoby mniejsze to okres podwajania kapitału będzie dłuższy i wyniesie 18 lat (dla 4%), 24 lata (dla 3%) a w przypadku oprocentowania 1% i 2 % odpowiedź znajduje się na następnych stronach tablic... 

Gdyby się okazało, że korzystanie z tablic jest zabronione, pozostaje liczenie na piechotę. Można sobie pomóc i ograniczyć liczbę operacji. Konkretnie: wiadomo, że po pierwszym roku kapitał wyniesie 1,05.Po dwóch latach będzie to iloczyn 1,05*1,05, czyli 1,1025. Jeżeli ten wynik podniesiemy do kwadratu uzyskamy wynik dla czwartego roku. Dwie kolejne takie same operacje (podniesienie uzyskanego wyniku do kwadratu) zaprowadzą nas do wartości przypisanej dla okresu 16 lat. Będzie większa niż 2 i trzeba się będzie cofnąć w obliczeniach. Dwa kroki w tył i znajdziemy odpowiedź na zadanie. 
To wszystko jest jednak mocno rozczarowujące. Dokładnie jak poziom tego zadania… 

Inne zadania z tamtych czasów są mocniejsze merytorycznie. Nie ma więc co mówić o C.K. zadaniach dla C.K. maturzystów! Jeszcze się o tym przekonacie...


wtorek, 21 sierpnia 2018

093. Którędy płynie pieniądz, czyli rachunek przepływów pieniężnych.


Płynność jest naprawdę najważniejsza. Tak dla zwykłego Kowalskiego, który doświadcza jej przy sklepowej kasie podczas robienia zakupów, jak i wielkiej firmy, której księgowi mają plik faktur do zapłaty. W obu przypadkach chodzi o to samo: czy są pieniądze, aby dokonać zapłaty.

Moim zdaniem najpełniejszym sposobem obserwacji płynności firm jest analiza przepływów pieniężnych. Brzmi strasznie, wiem. Ale najzabawniejsze jest to, że każdy zwykły człowiek dla własnych celów posługuje się rachunkiem przepływów pieniężnych. Więc, gdyby opowiadać uczniom podstawówki o sprawozdaniach finansowych to prawdopodobnie rozmowa o cash flow byłaby najprostsza.

Skąd firma ma pieniądze?


Pytanie wydaje się naiwne. Firmy produkują, sprzedają, a gdy otrzymują zapłatę na rachunku bankowym pojawiają się pieniądze. To prawda. Nawiasem mówiąc w tym prostym zdaniu zawiera się cały wykład o kapitale obrotowym: wyrób gotowy (albo materiał) podlega sprzedaży i staje się należnością, a płynność pojawi się dopiero po zapłacie, czyli zamianie należności na środki pieniężne.

Ten sposób generowania pieniądza rachunek przepływów pieniężnych nazywa działalnością operacyjną. Czym ona jest? Podstawowym obszarem funkcjonowania firmy. Dlatego bardzo ważnym pytaniem jest, czy działalność operacyjna przynosi firmie pieniądze. Bo może ich nie generować.

Działalność operacyjna nie jest jedynym sposobem pozyskania pieniądza przez przedsiębiorstwo. Pieniądze mogą pojawić się na rachunku bankowym w wyniku udzielenia firmie kredytu. Albo podniesienia kapitału przez właścicieli. To nosi nazwę działalności finansowej.

Jest jeszcze trzecie źródło gotówki. Otóż firma może sprzedać jakiś element swojego majątku. Firma produkująca kosmetyki może być właścicielem samochodu ciężarowego. Jeśli taki samochód sprzeda, to otrzymane pieniądze nie będą elementem działalności operacyjnej. Działalnością operacyjną będzie sprzedawanie kosmetyków. Operacje związane z majątkiem trwałym w rachunku przepływów pieniężnych są zaliczane do działalności inwestycyjnej.

A skąd się biorą Twoje pieniądze?


Przychody zwykłego człowieka także można podzielić na sferę operacyjną, finansową i inwestycyjną. To ćwiczenia uzmysławia, że przepływ pieniądza w domu i w firmie to ten sam proces.

Podstawowym źródłem gotówki prawie każdego człowieka jest wynagrodzenie za pracę. To nic innego, jak działalność operacyjna. Ale na rachunku mogą pojawić się też pieniądze pochodzące z kredytu, pożyczki od rodziny albo darowizny. To sfera finansowa.

Teoretycznie Kowalski może też sprzedać samochód, dom, działkę budowlaną. Źródłem tych pieniędzy będzie wówczas działalność inwestycyjna.

Dlaczego ten podział jest ważny? Bo działalność operacyjna jest powtarzalna. Kowalski dostaje co miesiąc pensję, a firma każdego dnia produkuje i sprzedaje swoje wybory. Dla odmiany nie da się w nieskończoność zaciągać kredytów ani cały czas wyprzedawać majątku. Kiedyś skończy się zdolność kredytowa albo sprzedany zostanie ostatni wartościowy przedmiot, którego jesteśmy właścicielem.

I dlatego przepływy z działalności operacyjnej są tak ważne.

Brak cashu operacyjnego.


Firmom to się zdarza. I to świadczy o ich słabej płynności.

Wyobraźmy sobie: produkujemy, sprzedajemy, a pieniędzy wciąż za mało. To może wynikać z tego, że działalność firmy jest zbyt droga, że produkuje na magazyn, albo że odbiorcy nie płacą. Powodem kłopotów z płynnością na poziomie operacyjnym może też być brak chęci dostawców do udzielenia kredytu kupieckiego.

Przyczyną braku cashu operacyjnego bardzo często jest szybki wzrost firmy. To jak u młodego człowieka: jeśli rośnie za szybko (10 cm na miesiąc), to czegoś tam w jego organizmie może zabraknąć i pojawią się kłopoty zdrowotne.

Wyobraźmy sobie firmę, która stale osiąga 10% zysku. Naprawdę niezła rentowność. Żeby prowadzić działalność ta firma musi utrzymywać zapasy na poziomie miesięcznej sprzedaży, sytuacja na rynku wymusza sprzedaż z 90 dniowym terminem zapłaty, a swoim dostawcom płaci po 60 dniach. Jeśli te wielkości pozostaną stałe, to luka finansowa (zapasy + należności – zobowiązania) będzie więc zawsze równa dwumiesięcznej sprzedaży. Zobaczmy, jakie to będą wartości w przypadku różnych poziomów miesięcznej sprzedaży.



I teraz: gwałtowny wzrost sprzedaży ze 100 tys. do 800 tys. miesięcznie da firmie 70 tys. dodatkowego zysku. Ale jednocześnie luka finansowa zwiększy się o 1,4 mln. Płynności nie będzie i to w sytuacji ogromnego sukcesu rynkowego, obrazem czego będzie ogromny ujemny cash flow operacyjny.

Nie tylko działalność operacyjna.


Działalność finansowa i inwestycyjna to nie tylko wpływy. Zaciągnięte kredyty trzeba spłacać. Właściciele niekiedy oczekują wypłaty z zysków. To wypływy o charakterze finansowym.

Z prowadzenie firmy wymaga inwestowania w maszyny, środki transportu, biura. I to są wydatki inwestycyjne.

Skąd i dokąd płynie cash?


To pytania, na które odpowiada rachunek przepływów pieniężnych.

Po pierwsze pozwala stwierdzić, czy działalność operacyjna generuje pieniądz.

Następnie, co się z tym pieniądzem dzieje? Czy idzie na inwestycje, czy na spłaty kredytów. A może na wypłaty dla właściciela.

A jeśli operacyjny cash flow jest ujemny, to skąd firma bierze pieniądze? Od właścicieli, banków, czy może wyprzedaje majątek.

I sami widzicie, jak porządkuje to myślenie o standingu firmy.

To wszystko wynika wprost ze sprawozdania z przepływu środków pieniężnych, które jest zdecydowanie mniej znane niż bilans i rachunek wyników, a moim zdaniem pozwala najwięcej dowiedzieć się o firmie. To moje ulubione sprawozdanie i wszystkim je polecam.


wtorek, 14 sierpnia 2018

092. Płynność w praktyce, czyli gdzie są moje pieniądze?



Paweł jest właścicielem typowej hurtowni budowlanej – takiej małej Castoramy działającej w miejscowości mającej kilka tysięcy mieszkańców, w której funkcjonują też dwie inne, podobne hurtownie. Jego klientami są ludzie, którzy coś tam dłubią przy domu i potrzebują kupić farbę, trochę cementu albo przysłowiowy młotek, i którym nie opłaca się jechać po takie drobiazgi 30 km do najbliższego centrum handlowego. Ważną grupę odbiorców stanowią lokalni wykonawcy usług budowlanych – takie dwu-trzyosobowe ekipy zajmujące się remontami mieszkań, które w potrzebne towary zaopatrują się u Pawła, bo mają niewielki rabat i możliwość zakupu „na zeszyt” – płacą za niego po otrzymaniu zapłaty od właściciela remontowanego domu czy mieszkania. Zdarza się też, że kupują u niego regularne firmy budowlane realizujące kontrakty dla urzędu miejskiego czy działających w okolicy przedsiębiorstw, ale Pawłowi trudno się z nimi ustala warunki sprzedaży – te firmy wiedzą, że kupują duże ilości materiałów budowlanych, więc oczekują jeszcze większych rabatów i jeszcze dłuższych okresów płatności.

Wydaje się, że interes idzie dobrze. Księgowy co miesiąc informuje o zysku, ale czasem po prostu brakuje pieniędzy. Paweł zaciągnął na firmę niewielki kredyt obrotowy w banku, ale ulgę odczuł tylko przez kilka miesięcy. Zaczął się już nawet zastanawiać, gdzie tak naprawdę są jego pieniądze?

Kwestia płynności.


Jeżeli prowadzisz firmę, to prawdopodobnie znasz ten ból. Interes się kręci (są klienci, jest sprzedaż, towar znika, trzeba kupić nowy), księgowy mówi o zysku (trzeba nawet płacić podatki), a nadmiaru gotówki nie ma i pytanie o to, co się dzieje z pieniędzmi staje się natrętem towarzyszącym Ci każdego dnia. To pytanie o płynność w czystej postaci. Płynność, której realizowany zysk – choć jest bardzo ważny - samodzielnie nie zapewni.

Trzy filary płynności.


Firma generująca zysk ma pieniądze na papierze. To, czy zamienią się one w banknoty, monety i zapisy na koncie bankowym, zależy od kapitału obrotowego, czyli zapasów, należności i zobowiązań handlowych.


Zapasy.


Paweł prowadzi hurtownię budowlaną. Lokalnie ma dwóch konkurentów oferujących te same towary. W takich przypadkach bardzo ważna jest cena i dostępność towarów. Potencjalny klient jest w stanie odwiedzić wszystkie trzy hurtownie, sprawdzić dostępność szukanego artykułu i porównać cenę. To fatalna wiadomość dla Pawła: musi dbać o stany magazynowe i ma ograniczone możliwości odbicia sobie tego w cenie.

Im większa wartość towarów w magazynie, tym większe prawdopodobieństwo, że klient znajdzie poszukiwany towar i dokona zakupu. Ale też tym większa ilość pieniędzy Pawła nie ma postaci płynnej, tylko jest zapasem wapna, klejów i narzędzi budowlanych.

Paweł ma bieżącą informację o tym, jaka jest wartość zapasów w magazynie. Jeśli odniesie ją od wielkości sprzedaży, otrzyma informację o ich rotacji – będzie wiedział w jakim czasie teoretycznie sprzeda wszystkie swoje zapasy. Teoretycznie, bo w hurtowni budowlanej znajdują się towary sprzedawane codziennie (cement) oraz takie, które na nabywcę potrafią czekać bardzo długo (betoniarka).

Należności handlowe.


Sam fakt sprzedaży nie oznacza automatycznego otrzymania zapłaty. Gotówką płacą mali odbiorcy. Z jednej strony to kłopot dla Pawła: w sumie nie kupują dużo, są kapryśni, same koszty ich obsługi są niemałe. Ale nagrodą jest błyskawiczna zapłata.

Większy obrót hurtownia Pawła realizuje z lokalnymi ekipami remontowymi. To klienci, którzy znają ofertą Pawła bardzo dobrze, wracają niemal codziennie i zakupów dokonują bardzo szybko. Oczekują tylko nieco niższych cen i często odroczonej zapłaty. Płacą po zakończonym remoncie – po trzech-czterech tygodniach od zakupu. Tak powstają należności handlowe. Kwoty, na które Paweł czeka, bo ma je obiecane…

Atrakcyjne wydają się być kontrakty z firmami budowlanymi. Tam chodzi o duże dostawy, ale na zapłatę trzeba czekać 120 dni, bo takie są terminy. A i tak zapłata zależy od tego, kiedy inwestor dokona zapłaty na rzecz klienta hurtowni Pawła.

Jeśli Paweł doda do siebie wartość należności „zeszytowych” do należności z kontraktów z firmami budowlanymi, będzie wiedział na jaką łączną kwotę zapłaty czeka. Jeśli odniesie ją do wielkości sprzedaży, pozna rotację należności – okres, po którym nastąpi zapłata wszystkich przysługujących mu kwot.

W przypadku hurtowni Pawła rotacja należności (i ich wartość) zależy od kombinacji sprzedaży do trzech grup klientów. Jeśli w jakimś okresie sprzedawałby wyłącznie drobnym odbiorcom za gotówkę, to stan należności i okres ich rotacji spadłby do zera. Im większy jednak będzie udział sprzedaży do firm budowlanych, tym należności będą większe i okres oczekiwania na zapłatę także.

Zobowiązania handlowe.


Nie ma wątpliwości, że hurtownia Pawła, jak każda firma potrzebuje pieniędzy. Przede wszystkim po to, aby zapłacić za towar. Czyli być w stanie go pozyskać, aby w ogóle działać. Oczywiście Paweł stara się kupować na termin. Każdy wynegocjowany odroczony termin zapłaty jest wsparciem dla płynności. Nie z każdym dostawcą to się jednak udaje: wielcy producenci cementu czy firmy handlujące stalą oczekują zapłaty z góry. Ale już z lokalnym producentem kostki brukowej można się dogadać.

I znowu: od kombinacji dostawców, ich otwartości na odroczenie terminów zapłaty i okresów odroczenia zależy zarówno łączna kwota zobowiązań handlowych, jak i okres ich rotacji (teoretyczny czas, w którym ma nastąpić spłata wszystkich zobowiązań firmy). Dla płynności lepiej, jeśli zobowiązania są duże i okresy płatności długie: bo to oznacza więcej czasu na sprzedaż towarów kupionych na kredyt kupiecki.

Luka finansowa.


To wielkość, która pokazuję skalę obciążenia płynności firmy w wyniku działalności operacyjnej. Można ją wyrazić kwotą i wówczas oblicza się ją ze wzoru:
albo w dniach sprzedaży i wówczas należy posłużyć się wartościami rotacji zapasów, należności i zobowiązań.
Im większa luka finansowa, tym więcej pieniędzy niezbędnych jest do zapewnienia działalności firmy. Chodzi o finansowanie majątku obrotowego (zapasów i należności handlowych). Naturalnym źródłem jego finansowania są zobowiązania handlowe (amerykańskie podręczniki finansów określają to mianem spontanicznego finansowania). To zazwyczaj jednak nie wystarcza i potrzebne są kapitały właściciela albo kredyty bankowe. 

I to odkryje Paweł, jeśli oprócz informacji o zysku zacznie analizować lukę finansową. Ona jest zmienna w czasie, zarówno jeśli chodzi o kwotę, jak i o swoją strukturę. Ale jeśli się zwiększa, to potrzeba coraz więcej pieniędzy, a dotychczas przyznane kredyty nie wystarczają. I to pokazuje prawdziwą płynność firmy.

Dynamikę płynności jeszcze lepiej opisują przepływy pieniężne, o których napiszę za tydzień. Zapraszam.

środa, 8 sierpnia 2018

091. Jak mierzyć płynność firmy?


Płynność jest ważniejsza od zysku, bo to ona decyduje o przetrwaniu firmy. Jeśli jest tak ważna, to przydałoby się ją mierzyć, choćby po to, żeby wiedzieć, czy nasza firma jest bezpieczna, czy zbliża się do kłopotów. Jak więc mierzyć płynność? Wbrew pozorom kwestia pomiaru płynności przedsiębiorstwa nie jest tak oczywista, jak innych parametrów opisujących funkcjonowanie firmy.
Ten temat zajmie mi dwa artykuły. W dzisiejszym przeanalizujmy wskaźniki, których nazwa sugeruje, że służą do pomiaru płynności. Uprzedzam, że nie jestem ich orędownikiem, więc mogę być nieco krytyczny wobec ich wartości analitycznej.


Wskaźniki płynności.


Nauki o finansach wykształciły zespół wskaźników określanych mianem wskaźników płynności. Na pozór, to właśnie one powinny dawać precyzyjną informację o płynności firmy. Do najczęściej stosowanych należą:



Teoretycznie wskaźniki te pokazują, czy firma ma z czego zapłacić swoje zobowiązania krótkoterminowe (a więc kwoty przypadające do zapłaty w okresie do roku). Niestety tylko teoretycznie.

W przypadku wskaźnika płynności zakłada się, że źródłem płatności za zobowiązania będą wszystkie aktywa obrotowe firmy. Należą do nich w szczególności zapasy (towary i produkty w magazynie) i należności handlowe (kwoty, na zapłatę których firma czeka). I już widać, że w normalnej sytuacji nie da się nimi zapłacić. Duże poziomy zapasów i należności, gwarantujące w sensie arytmetycznym wysoki poziom wskaźnika płynności, są więc zagrożeniem dla płynności firmy, a nie potwierdzeniem, że jest ona idealna.

Próbą ominięcia tych ograniczeń wskaźnika płynności jest stosowanie wskaźnika płynności szybkiej. Tu dla odmiany nie traktuje się zapasów (a także rozliczeń międzyokresowych kosztów) jako łatwego źródła gotówki. Słusznie. Gdyby firma chciała szybko sprzedać swoje zapasy, żeby spłacić zobowiązania, to po pierwsze musiałaby obniżyć cenę, a po drugie i tak czekać za zapłatę od nabywców. To oczekiwanie jest w sprzeczności z ideą płynności jako takiej.

Mamy więc trzeci wskaźnik, który jako źródło spłaty zobowiązań traktuje wyłącznie środki pieniężne. Rzeczywiście, jeśli firma ma na rachunku bankowym 1 milion złotych, to może tym milionem natychmiast spłacić swoje zobowiązania. Ale firma nie istnieje po to, aby na jej rachunkach leżały miliony i naprawdę rzadko się to zdarza. Te miliony (a także mniejsze kwoty) są raczej „ulokowane” w prowadzonej działalności gospodarczej w postaci zapasów, należności i środków trwałych, a środki pieniężne w dyspozycji firmy są zazwyczaj niewielkie w stosunku do jej zobowiązań. I to jest jak najbardziej normalne.

Krytyka wskaźników płynności.


Analiza wskaźników płynności może prowadzić do błędnych wniosków, w przypadku analizy różnych okresów. Wyobraźmy sobie firmę handlową, która posiada wyłącznie aktywa i pasywa obrotowe (bilans 1). Na podstawie samych wskaźników trudno ocenić jej płynność: aktywa obrotowe są równe zobowiązaniom krótkoterminowym, więc wprawdzie firma będzie miała z czego zapłacić swoje zobowiązania, ale to trochę czasu zajmie. 40% aktywów stanowią zapasy i bez ich sprzedaży nie da się spłacić banków i dostawców. Wskaźnik nie odpowie na pytanie, jak skomplikowana będzie operacja sprzedaży zapasów. A na rachunku bankowym znajdują się środki zapewniające zapłatę jedynie 20% zobowiązań firmy. Pozornie niewiele, ale to najzupełniej normalna sytuacja.
Bilans 1.
Co się jednak wydarzy, jeśli firma sprzeda całość swoich zapasów (o wartości magazynowej 200) za cenę 500? W sensie rachunku wyników wygeneruje zysk w wysokości 300 (osiągnie 150% rentowności). Ale jak się zmieni płynność?

Jeśli będzie to sprzedaż za gotówkę, płynność firmy natychmiast się poprawi. Rozumiemy to intuicyjnie i zobaczymy to w bilansie i wartościach wskaźników płynności. Sytuacja firmy będzie tak dobra, że będzie w stanie natychmiast spłacić wszystkie swoje zobowiązania (świadczyć o tym będzie wskaźnik płynności gotówkowej oraz porównanie salda rachunku bankowego z zobowiązaniami firmy, zobacz Bilans 2). W takiej sytuacji wskaźniki płynności potwierdzą poprawę sytuacji firmy.
Bilans 2.

Tylko, że to się nie zdarza. W rzeczywistości gospodarczej firma sprzedaje swoje zapasy nie za gotówkę, tylko z odroczonym terminem zapłaty. Sam fakt sprzedaży nie będzie związany z pojawieniem się pieniędzy na rachunku bankowym. Faktyczna płynność nie ulegnie poprawie. W bilansie zobaczymy jedynie zwiększoną pozycję należności handlowych i oczywiście zysk z przeprowadzonej transakcji (zob. Bilans 3).

Bilans 3.


W takiej sytuacji nastąpi znacząca poprawa wielkości wskaźników płynności (wzrosły aktywa, bo zapasy sprzedano z zyskiem) i płynności szybkiej (bo znikną zapasy i zwiększą się należności). Na podstawie wskaźników będzie więc można wyciągnąć wniosek, że płynność się poprawiła, tylko, że będzie to wniosek jak najbardziej błędny. Według tych wskaźników płynność poprawi się w takim samym stopniu, niezależnie od tego czy sprzedaż nastąpiła za gotówkę (bilans 2) czy na termin (bilans 3), a przecież to niedorzeczność.
Oczywiście niezmienny pozostanie wskaźnik płynności gotówkowej (bo nie zmieni się stan gotówki), ale jak już pisałem celem przedsiębiorstwa nie jest maksymalizacja stanu środków pieniężnych na rachunkach, więc znowu może pojawić się myśl, aby na ten wskaźnik nie zwracać uwagę. W tym przypadku byłby to błąd...

Co mówią wskaźniki płynności?


Mimo wad wskaźniki płynności są wykorzystywane w analizie i nie można powiedzieć, że są bezwartościowe. Moim zdaniem wskaźnik płynności nie tyle obrazuje płynność firmy, co wskazuje na sposób finansowania jej aktywów. Jeśli jego wartość jest mniejsza od 1 (aktywa obrotowe są mniejsze od zobowiązań krótkoterminowych), to majątek trwały firmy jest finansowany w jakiejś części krótkoterminowymi pasywami. To jest naruszenie złotej zasady bilansowej i w wielu przypadkach stanowić może zagrożenie dla funkcjonowania przedsiębiorstwa.

Porównanie wskaźnika płynności szybkiej do wskaźnika płynności pokaże nam znaczenie zapasów i rozliczeń międzyokresowych kosztów w analizowanej firmie. Te typy aktywów traktowane są jako stosunkowo mało płynne, co zwłaszcza w przypadku zapasów jest pewnym uproszczeniem (zapasy mogą bowiem być szybko rotujące albo trudnozbywalne i nie da się tego ocenić na podstawie wskaźników płynności). Generalnie jednak droga od zapasów do gotówki jest dłuższa niż droga od należności do gotówki, więc w tym sensie wskaźnik działa poprawnie.

A wskaźnik płynności gotówkowej pokazuje jaką część zobowiązań firma może zapłacić w chwili analizy. Tylko, że jak pisałem: firma nie jest po to, aby mieć gotówkę na koncie.

Inne sposoby pomiaru płynności.


Inne sposoby pomiaru płynności firmy (moim zdaniem bardziej precyzyjne) przedstawię za tydzień. Zapraszam.