Prostym językiem o ekonomii ...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rynek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rynek. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 października 2018

099. Od tygodnia Polska jest krajem rozwiniętym. Co to oznacza?

24 września 2018 Polska została oficjalnie zaliczana do krajów rozwiniętych. Wcześniej przez wiele lat byliśmy uznawani jako kraj rozwijający się, więc z pewnością pod względem prestiżowym informacja jest rewelacyjna. Tym bardziej, gdy zerkniemy na skład grupy krajów rozwiniętych, do których dołączyliśmy. Nie chodzi jednak o ocenę poziomu życia w naszym kraju, tylko o ocenę Polski jako miejsca do inwestowania.

Samo ogłoszenie naszego awansu nie było niczym zaskakującym, ponieważ agencja FTSE Russell zapowiedziała to jeszcze w ubiegłym roku. W ciągu kolejnych miesięcy polski rynek finansowy nie zaskoczył świata niczym negatywnym, więc w ubiegłym tygodniu nasz awans do najbardziej elitarnego grona stał się faktem. Co to jednak tak naprawdę oznacza? I jakie mogą być tego konsekwencje?

Jak działają globalni inwestorzy?

Światowe fundusze inwestują w rynki finansowe według wcześniej zdefiniowanej polityki. Ściśle określona część ich zasobów jest inwestowana w rynki rozwinięte, a inna – równie precyzyjnie określona w rynki wschodzące. Szacuje się, że ok. 87% pieniędzy jest inwestowana w najbardziej rozwiniętych krajach, a tylko 12-13% na rynkach bardziej ryzykownych. To logiczne: większość pieniędzy jest lokowana w bezpieczniejszych miejscach, mniejsza część zapewnia – przynajmniej teoretycznie – większe zyski. Dotychczas mieliśmy dostęp do ok. 12-13% światowych pieniędzy. Jak będzie teraz?
"Zmiana indeksu jest owocem ciągłych ulepszeń w infrastrukturze rynków kapitałowych w Polsce, która jest wspierana przez postęp gospodarczy kraju" [fragment komunikatu FTSE Russell]

Inwestowanie to nic innego, jak zakup papierów wartościowych. Możliwe, że zabrzmi to dość dziwacznie, ale wielkie fundusze inwestycyjne podejmują decyzje o zakupie określonych akcji lub obligacji przede wszystkim w oparciu o analizy „hurtowe”, które dotyczą grup państw i całych sektorów gospodarki. W rzeczywistości nie ma bowiem możliwości przeanalizowania osiągnięć i perspektyw rozwoju każdej z kilkudziesięciu tysięcy firm notowanych na światowych giełdach. Nie ma więc co oczekiwać, że inwestor z Londynu, Nowego Yorku czy Sydney zapozna się ze szczegółową analizą dotyczącą na przykład polskiego PKO BP. W pierwszym kroku poprzestanie raczej na powiązaniu analizy branżowej (bankowość) z analizą rynku, na której przykładowa firma funkcjonuje (dotychczas były to rynki wschodzące, teraz rynki rozwinięte) i na tej podstawie podejmie swoje decyzje.
Pomocą w podejmowaniu tego typu decyzji są firmy, które zaliczają poszczególne rynki finansowe do określonych grup. Decyzję o przeniesieniu Polski do grona krajów rozwiniętych została podjęta przez londyńską firmę FTSE Russell. Podobnie postąpił niemiecki Stoxx. Dla porządku należy jednak wspomnieć, że jeszcze ważniejszą firmą indeksującą rynki jest amerykańska MSCI, która – póki co – konsekwentnie uznaje nasz kraj jako należący do rynków rozwijających się.

Prestiż.

Niewątpliwie zaliczenie Polski przez dwie agencje indeksujące do grona państw rozwiniętych jest ogromnym sukcesem wizerunkowym. Nie dziwi więc, że o tym wydarzeniu mówili Premier, Minister Finansów i Prezes warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych...

Nawiasem mówiąc nawet nieprzychylne rządowi media nie odważyły się podważyć znaczenia tego wydarzenia, choć da się spotkać sceptyczne oceny tego awansu na portalach branżowych.
"Dzisiejszy awans do grona rynków rozwiniętych w ramach globalnej klasyfikacji rynków akcji FTSE Russell to znaczące osiągnięcie. Ministerstwo Finansów i Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie od dawna dążą do usprawnienia infrastruktury polskiego rynku finansowego i wzmocnienia polskiej gospodarki, a dzisiejszy dzień jest zwieńczeniem ich wysiłków zmierzających do spełnienia restrykcyjnych kryteriów tej klasyfikacji." Reza Ghassemieh, Chief Research Officer FTSE Russell. 
Wystarczy zerknąć na skład grupy, do której obecnie należymy, żeby poczuć się naprawdę dobrze. Co więcej: jesteśmy pierwszym krajem Europy Środkowo-Wschodniej, któremu się to udało. Patrząc z tej perspektywy wreszcie udało się nam gospodarczo prześcignąć Czechów i to w bardzo ambitnym wyścigu (aluzja do postu 078. Ekonomiczny Wyścig Pokoju, czyli jak gospodarczo przegonić Czechów?)


Źródło: 
Osiągnięcie jest tym bardziej znaczące, że awans do elity zajął nam 27 lat. Dla porównania Korea Południowa i Izrael potrzebowały na to okresu pięćdziesięcioletniego…
Są więc powody do dumy!

Skutki finansowe.

Raczej na pewno zagraniczni inwestorzy na rynku polskim będą zachowywać się w bardziej stabilny niż dotąd sposób. Chodzi o to, że w sytuacji, gdy gdzieś na świecie coś niedobrego działo się w kraju uznawanym za rozwijający się, następowała ucieczka inwestorów do rynków rozwiniętych. Jeżeli np. w Turcji było zamieszanie polityczne, to część inwestorów wycofywała swoje pieniądze nie tylko z Turcji, ale i z krajów takich jak Polska, po to, aby przeczekać w bezpiecznym miejscu. Dla polskiego rynku finansowego oznaczało to spadek cen akcji na warszawskiej giełdzie i osłabienie złotego i to często z powodów w ogóle niezwiązanych z sytuacją w Polsce. W nowych warunkach tego typu przypadki nie powinny się zdarzać. Sytuacja na giełdzie i rynku walutowym powinna być więc bardziej stabilna.

Teoretycznie do Polski mogą napłynąć dodatkowe pieniądze inwestycyjne. Teoretycznie, bo do końca nie wiadomo, jak zachowają się światowi inwestorzy. To, że Polskę uznano za kraj rozwinięty to jedno. Ale w co miałyby inwestować światowe fundusze? W wyniku decyzji FTSE Russell do światowych indeksów włączono ledwie 37 polskich spółek i tylko jedną z nich – bank PKO BP – uznano za spółkę o dużej kapitalizacji. Do grona średnich spółek zaliczono PKN Orlen, PZU, BZ WBK, PGNiG, Pekao, KGHM, mBank, PGE, LPP, CD Projekt, Cyfrowy Polsat, Grupę Lotos i Dino Polska. Pozostałe spółki uznano za małe - Bank Millennium, AmRest, Handlowy, JSW, Alior Bank, CCC, Play, Orange, Azoty, Enea, Tauron, Kernel, Kruk, Asseco Poland, Budimex, Eurocash, Ciech, Energa, PKP Cargo, Bogdanka, GPW, Boryszew i Neuca. Z kolei decyzją Stoxx do grona sześciuset największych spółek w Europie zaliczono osiem polskich podmiotów: Bank Pekao, BZ WBK, CD Projekt, KGHM Polska, LPP, PKN Orlen, PZU i PKO Bank Polski.
To właśnie te firmy mają szansę na dodatkowe zainteresowanie ze strony światowych inwestorów. Potencjalnie, gdyby udział polskich podmiotów w światowych rynkach zrównałby się z udziałem Portugalii, Austrii i Danii, to do Polski powinno napłynąć dodatkowo od 150 miliardów złotych do prawie 1,5 biliona.

A te kwoty robią wrażenie, prawda?
Więc póki co cieszmy się i z prestiżu i z perspektyw, które oby się zrealizowały jak najszybciej.

wtorek, 15 maja 2018

079. Wolny rynek. Dlaczego prawnikom nie podoba się deregulacja ich zawodu?

Dlaczego prawnicy narzekają na skutki deregulacji swojego zawodu? Z punktu widzenia ekonomii to bardzo proste! Mniej zarabiają. Oczywiście lepiej brzmi, gdy się pomija aspekt finansowy, na rzecz „troski o jakość świadczonych usług”, ale jak się temu dobrze przyjrzeć, to jakość jest, jaka była, a finanse niekoniecznie…

Smaczku dodaje fakt, że akcja rozegrała się w latach 2005-2013, w wolnorynkowej już Polsce, w obszarze zawodów bardzo eksponowanych wykonywanych przez bardzo świadomych ludzi…
Inspiracją do tego postu jest artykuł, który ukazał się pod koniec kwietnia na portalu money.pl (LINK). Polecam jego lekturę. Ja natomiast skupię się na ekonomicznym sensie zmiany, którą media i władze nazwały „deregulacją” albo „uwolnieniem”.

Czym była deregulacja zawodów prawniczych?

„Deregulacja” albo „uwolnienie rynku” brzmi, jakby każdemu pozwolono pracować jako adwokat czy radca prawny. Nic bardziej mylnego. Wciąż trzeba ukończyć studia prawnicze i w większości wypadków zdać egzamin zawodowy. Zmianie uległy drobiazgi, ale na tyle istotne, że zmieniły rynek.

Do roku 2005 uzyskanie prawa do wykonywania zawodu wymagało ukończenia studiów a następnie ukończenia aplikacji (adwokackiej, radcowskiej lub notarialnej) i zdania egzaminu zawodowego przed komisją powołaną samorząd zawodowy, czyli reprezentantów osób już wykonujących zawód. Wąskim gardłem była właśnie aplikacja, a konkretnie egzamin wstępny na aplikację. Mówiąc wprost ukończenie studiów prawniczych niczego nie dawało, jeśli nie dostałeś się na aplikację, czyli praktykę zawodową. A to było w pełni kontrolowane przez czynnych zawodowo prawników...

Najważniejsze zmiany wprowadzone w roku 2005, 2009 i 2013 (bo aż tyle trwała deregulacyjna batalia i tyle razy nowelizowano ustawy) w istocie dotyczyły dwóch aspektów. Po pierwsze uporządkowano kwestie egzaminów. Obecnie pytania egzaminacyjne są układane centralnie, a egzaminy mają wyłącznie postać pisemną. Po drugie do egzaminu zawodowego dopuszczono absolwentów prawa, którzy wprawdzie nigdy nie podjęli aplikacji, ale mogli się wykazać czteroletnią praktyką w zawodzie związaną z „tworzeniem lub stosowaniem prawa”. Innymi słowy: absolwent prawa po czterech latach pracy w kancelarii (gdzie wykonywał najprostsze i najmniej płatne zadania) mógł podejść do egzaminu zawodowego.
Pozornie nic nieznaczące drobiazgi, które jednak na przestrzeni dziesięciu lat zwiększyły blisko dwukrotnie liczbę praktykujących prawników.

Źródło: Kamila Napiórkowska-Piłat „Otwarcie dostępu do zawodów prawniczych”.

I teraz włączają się prawa ekonomii.

Dwa razy więcej prawników, czyli większa podaż.

Przed deregulacją rynek usług prawniczych był w równowadze. Na rynku funkcjonowało blisko 24 tys. adwokatów i radców prawnych, którzy odpowiadali na popyt ze strony rynku. Zgodnie z zasadami ekonomii ukształtowała się więc cena rynkowa na usługi prawne, przy której dochodziło do określonej liczby transakcji pomiędzy prawnikami a ich klientami. Gdyby cena porady prawnej była niższa, zapewne byłaby większa chęć społeczeństwa do korzystania z usług adwokatów. Ale ci z kolei byliby mniej usatysfakcjonowani swoimi zarobkami. Odwrotnie byłoby w przypadku cen wyższych. Czysta ekonomia! Mieliśmy więc rynkową cenę usługi i rynkową liczbę świadczonych usług.

Niejako obok rynku znajdowała się grupa osób gotowych do świadczenia usług adwokackich czy radcowskich, którzy formalnie nie mogli wykonywać zawodu. Możliwe, że robili to nieoficjalnie, wpływając poniekąd na sytuację rynkową, ale ten wpływ był ograniczony. Osoby takie mogły wyjaśnić komuś jego sytuację prawną, nawet napisać jakieś pismo procesowe i wziąć za to wynagrodzenie, ale już o ich reprezentowaniu w sądzie mowy nie było.
Deregulacja wprowadziła te osoby na oficjalny rynek. Co więcej skłoniła innych zainteresowanych zawodem prawnika do rozpoczęcia procesu kształcenia i uzyskania prawa do wykonywania zawodu. Dwukrotne zwiększenie liczby prawników na rynku to naprawdę duża zmiana. Z ekonomicznego punktu widzenia oznacza ona, że przy tej samej cenie mieliśmy teraz dwa razy więcej chętnych na wykonanie usługi. Krzywa podaży przesunęła się więc mocno w prawo, co widać na rysunku obok.

Sama deregulacja nie miała natomiast znaczenia dla krzywej popytu. Przy tej samej cenie usługi, nabywca miał tę samą chęć jej zakupu. Ponieważ jednak zwiększyła się podaż, rynek znalazł inny punkt równowagi, w którym zawiera się wprawdzie więcej transakcji, ale przy mniejszej cenie. Z punktu widzenia prawników: jest więcej pracy, ale mniej zarobku, czyli jest powód do narzekania.

Dokładnie tak samo zachowa się rynek w każdej sytuacji wzrostu podaży. I nie ma znaczenia, czy będzie to efektem klęski urodzaju, uwolnienia przez rząd rezerw strategicznych jakiegoś produktu, czy jak w naszym przypadku umożliwienia podjęcia pracy osobom dotąd nie występującym na rynku.

Czy prawnicy powinni narzekać?

Rynek żadnego dobra nie jest jednorodny i dotyczy to też rynku usług prawniczych. Czym innym jest udzielenie prostej porady prawnej, czym innym napisanie nawet skomplikowanej umowy handlowej w języku polskim, a jeszcze czym innym reprezentowanie klienta przed zagranicznym sądem gospodarczym.

Deregulacja miała największy wpływ na segment usług najprostszych. Ale to właśnie tam dochodzi do największej liczby transakcji. Stąd też wrażenie, że wszystkim prawnikom jest gorzej. Oczywiście tak nie jest.

Jest jeszcze coś, o czym warto pomyśleć. Usługi realizowane przed deregulacją przez prawników nieposiadających wówczas prawa do wykonywania zawodu też stanowiły fragment rynku. Choć oficjalnie ich nie było. Teraz są. Zasięg rynku się zwiększył. A że jest na nim konkurencja to chyba normalne.
Zwłaszcza w kraju o gospodarce rynkowej.


środa, 30 sierpnia 2017

042. Skutki "poprawiania" wolnego rynku.

Nie mam własnych doświadczeń ze studiowania ekonomii socjalizmu. Od starszych kolegów słyszałem, że był taki przedmiot na studiach i że był to dramat, bo wszystkiego trzeba było się uczyć na pamięć i nic nie było logiczne.


Przed rokiem 1989 na uczelniach ekonomicznych wykładano też ekonomię kapitalizmu. Ta dla odmiany była ponoć intuicyjna i oczywista. I tak naprawdę nie było się czego uczyć, bo wystarczyło pomyśleć: cena maleje, więc kupię więcej i już wiadomo, ze krzywa popytu opada w prawo. A krzywa podaży odwrotnie i już mamy gotowy najważniejszy wykres ekonomii, bez konieczności ślęczenia nad książkami.

UWAGA! To tylko reklama! W pełni oczywiste są tylko podstawy. Dlatego ośmielam się o nich mówić prostym językiem. I dlatego uważam, że każdego stać, aby je poznać i zrozumieć. A ponad nimi jest cały szereg złożonych praw ekonomii, bo ekonomia jest złożoną nauką, z której można zrobić doktorat, uzyskać profesurę a nawet odebrać Nagrodę Nobla, czego życzę wszystkim czytelnikom.

Proponuję więc zabawić się w symulację „poprawienia” wolnego rynku, który idealny nie jest i zawsze się znajdzie pozaekonomiczny powód, aby go zbliżyć do „ideału”. To, co z takiego „poprawiania” wyjdzie można wyczytać z wykresów podaży i popytu.

Rynek w równowadze.

Niech to będzie rynek mięsa. Oczywiście rynek mięsa jest niejednolity, bo obejmuje i dojrzewającą trzy lata szynkę parmeńską i mięso zmielone wczoraj „ze wszystkiego, co było w rzeźni”. Pomińmy tę różnorodność. Przyjmujmy że jest tylko jeden rodzaj mięsa, który ma jedną cenę i tę właściwość, że ludzie chcą je kupować.

W normalnych warunkach na takim rynku wykreuje się cena rynkowa, bliska ceny równowagi, czyli będziemy mieć sytuację, w której całość mięsa zaoferowanego przez sprzedawców znajdzie swoich nabywców, a wszyscy chętni na mięso kupią je sobie bez trudu. Tę sytuację obrazuje znany nam wykres, na którym podaż (S) = popyt (D).

Polityka, czyli intencje władzy zawsze są słuszne.

Wyobraźmy sobie, że miłościwie panujący władca Książę Serdelek Pierwszy wpada na pomysł, aby jego poddani byli jeszcze bardziej zadowoleni, a będą bardziej zadowoleni, gdy cena mięsa będzie niższa. Będą wówczas mogli kupić więcej, a nawet jeśli nie kupią więcej to zaoszczędzą więcej, więc też będą bardziej zadowoleni.

Książe Serdelek Pierwszy wydaje więc edykt, na mocy którego w całym państwie ustala się cenę mięsa niższą niż cena równowagi. Książęca prasa zamieszcza wspaniałe artkuły o nowej, cudownej rzeczywistości, lud wiwatuje i rozpala grille. Smutni są jedynie ekonomiści, dostawcy mięsa oraz wszyscy rozsądni poddani księcia, bo jakoś mają wrażenie, że zaczynają się kłopoty...

Rynek a cena urzędowa.

Zgodnie z zasadami ekonomii niższa cena sprawia, że rośnie popyt i spada podaż. Popyt wzrośnie od razu, bo cena od razu będzie niższa. Podaż zmaleje z pewnym opóźnieniem, bo w chwili wejścia w życie reformy cenowej w hodowli będzie tyle samo zwierząt, co zwykle i trzeba będzie coś z nimi zrobić, czyli dostarczyć do rzeźni.  Ale z czasem zapał dostawców mięsa będzie spadał. I podaż mięsa też. Ustabilizuje się wielkość popytu Qd i mniejsza od niego wielkość podaży Qs.  Pojawi się trwały niedobór (różnica pomiędzy Qd i Qs). Rynek będzie więc wyglądał, jak na wykresie obok.

Z punktu widzenia nabywcy cena będzie wprawdzie niższa, ale możliwości kupna też. Czy to sprawi, że będzie zadowolony?

Konieczność reform, czyli znowu polityka.

Co z tego, że cena mięsa jest niższa, jeśli nie można go kupić? Stopniowo będzie rosło niezadowolenie ludu. Więc Książe Serdelek Pierwszy staje w obliczu decyzji, co zrobić z gospodarką mięsa. W uproszczeniu do wyboru ma następujące scenariusze:

  • Urynkowienie cen mięsa, czyli powrót do sytuacji sprzed wprowadzenia ceny urzędowej. Ale oznaczać to będzie przyznanie się do błędu, no i pojawi się nowy rodzaj niezadowolenia społeczeństwa (bo ceny wzrosną). Więc lepiej nie...
  • Import mięsa w ilości likwidującej niedobór. Ale cena zakupu będzie rynkowa (a nawet nieco wyższa, jeśli zagraniczni wrogowie księcia zechcą wykorzystać sytuację, żeby zarobić więcej), a w kraju trzeba będzie sprzedawać mięso po cenie urzędowej. Operacja importu będzie się więc odbywać ze stratą, którą trzeba będzie sfinansować. Więc lepiej nie...
  • Zwiększenie podaży. Ale jak skłonić producentów do produkcji przy warunkach cenowych, które im nie pasują? Można oczywiście wprowadzić dopłaty, ale to jest kosztowne dla budżetu. Więc prościej jest znacjonalizować producentów mięsa i zarządzać produkcją (czytaj nakładać plany produkcyjne) z poziomu książęcego ministerstwa. Ale to nie wystarczy. Bo przecież producenci mięsa korzystają z produktów innych branż i nie będą w stanie dokonywać zakupów na zasadach rynkowych, jeśli sami będą sprzedawać po cenach nierynkowych. Pojawia się więc pokusa, aby znacjonalizować co tylko się da...
  • Ograniczenie popytu. Jeśli ludzie będą kupować mniej to będzie mniejszy niedobór. Wprawdzie prawa ekonomii pchają ich do większych zakupów, ale można to ograniczyć administracyjnie, czyli wprowadzić kartki na mięso. Dodatkowo książęce media mogą zacząć promować „zdrowy tryb życia” (czyli pochwałę diety bezmięsnej) i to też pomoże ograniczyć popyt. Super pomysł, prawda? Idealny i prawie bezkosztowy…

Czarny rynek.

Nie przypomina Wam to czegoś? Tak działa gospodarka socjalistyczna. Z doświadczenia wiemy, że w takiej sytuacji obok oficjalnego rynku tworzy się rynek równoległy (zwany przez władzę „czarnym rynkiem”), na którym obowiązują ceny zbliżone do cen równowagi, a więc wyższe niż na rynku oficjalnym. W takiej sytuacji opłaca się przenosić towar kupiony po cenie urzędowej na czarny rynek, co jeszcze bardziej zwiększa deficyt towaru na rynku oficjalnym. Więc władza musi walczyć z czarnym rynkiem, mnożyć kontrole, wyłapywać spekulantów, czyli z punktu widzenia państwa ponosić koszty pilnowania, aby nierynkowa gospodarka pozostała nierynkowa.

Dziś trudno to sobie wyobrazić, ale walka państwa z nieprawidłowościami na rynku regulowanym (czytaj walka z prawami ekonomii) potrafi być bardzo bezwzględna, a jej kresem są nawet wyroki śmierci. Tak właśnie zdarzyło się w Polsce w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Temu epizodowi historii gospodarczej PRL, który znany jest jako afera mięsna, poświęcę następny post, do którego już dziś zapraszam.

Polska doświadczyła także urynkowienia cen. Całkiem niedawno, bo w sierpniu 1989 roku. O tym też napiszę…

Masz jeszcze ochotę na "poprawianie" wolnego rynku?

środa, 23 sierpnia 2017

041. Kiedy i gdzie działa "niewidzialna ręka rynku"?

Dwa poprzednie posty poświęciłem jednym z najważniejszych w ekonomii praw: prawu POPYTU i prawu PODAŻY , które prowadzą do równowagi rynkowej, czyli sytuacji w której cena sprawia, że wielkość podaży równa jest wielkości popytu.

To sytuacja pożądana i dla sprzedających i dla kupujących. Ekonomia mówi, że na doskonale konkurencyjnym rynku cena dąży do ceny równowagi. I to jest dobra wiadomość. Zła wiadomość jest taka, że nie tak znowu łatwo znaleźć rynek o doskonałej konkurencji.

Kiedy konkurencja jest doskonała ?

1.       Kiedy mamy dużą liczbę sprzedających i kupujących i żaden z nich nie jest w stanie w pojedynkę skutecznie wpłynąć na cenę.
2.       Kiedy produkt oferowany przez każdego sprzedającego jest dokładnie taki sam.
3.       Kiedy każdy może swobodnie wejść na rynek albo z niego wyjść.
4.       Kiedy wszyscy wiedzą wszystko, czyli występuje doskonały dostęp do informacji.

W rzeczywistości liczba sprzedających zawsze jest skończona i wśród nich zdarzają się tacy, którzy mają więcej towaru a tym samym więcej możliwości oddziaływania na rynek. Czasem to samo można powiedzieć o kupujących.

Jeśli rozejrzymy się wokół to się okaże, że prawie każdy sprzedający stara się udowodnić, że oferuje niepowtarzalny towar, absolutnie inny niż oferuje konkurencja. Nawet wiśnie mogą być wyjątkowe, bo były pryskane środkiem w pełni naturalnym sporządzonym na podstawie receptury objętej ścisłą tajemnicą, były zbierane ręcznie albo są z sadu położonego w wyjątkowym miejscu.

Wejście na rynek albo wyjście z rynku na ogół związane jest z jakimiś kosztami, które trzeba ponieść. Żebym zaczął sprzedawać wiśnie muszę je nazrywać (koszt wejścia), a gdy mi nie idzie sprzedaż chcę wyjść z rynku to niestety biorę pod uwagę, że przepadnie to, czego nie sprzedałem, a i tak muszę to posprzątać (koszt wyjścia).

Także pełna informacja o sytuacji na rynku jest raczej teorią. Zresztą każda informacja potencjalnie jest skażona subiektywną oceną jej autora…

Mimo to prawo podaży i prawo popytu naprawdę działają i dlatego – moim zdaniem – warto o nich wiedzieć.

Gdzie działają prawa podaży i popytu?

Najprościej powiedzieć, że wszędzie. Ale przejdźmy do przykładów.

Rynek towarów, np. wiśni (przykład z poprzedniego postu). Jeśli maleje cena wiśni to rośnie popyt na nie. Jeśli rośnie cena wiśni to popyt na nie maleje. Zwykły targ owocowy to prawdziwa świątynia wolnego rynku, ale oczywiście nie spełnia warunków konkurencji doskonałej. Spróbuj jednak sprzedawać na nim owoce po cenie dwa razy większej niż oferują inni sprzedawcy…

Rynek walutowy. Wymiana walut to transakcja, w której jedna waluta jest sprzedawana a druga kupowana. Ta waluta, która jest sprzedawana składa się na podaż, a ta, która jest kupowana jest elementem popytu. Jeśli pojawi się dużo osób sprzedających franki szwajcarskie to ich cena (czyli kurs) spadnie. Jeśli przeważać będą nabywcy to kurs wzrośnie. Ot cała tajemnica zmienności kursów. Na tym rynku towar jest identyczny (nie mogę powiedzieć, że moje franki są lepsze od Twoich franków, zwłaszcza jeśli mają postać zapisu elektronicznego), ale wejść na międzybankowy rynek walutowy jest bardzo trudno – trzeba być bankiemJ.

Rynek pracy. Tu mamy pewne zamieszanie pojęciowe. Pracę oferuje pracownik a nabywcą pracy jest pracodawca. Ceną za pracę jest wynagrodzenie. Jeśli wynagrodzenia rosną to rośnie chęć podjęcia pracy (podaż ze strony pracowników), a jednocześnie maleje entuzjazm pracodawców, aby miejsca pracy tworzyć (popyt na pracę). I odwrotnie: mniejszy poziom wynagrodzeń (ceny za pracę) zmniejsza podaż (chęć zatrudnienia się) i zwiększa popyt. Rynek pracy jest o tyle szczególny, że podlega ograniczeniom prawnym dotyczącym np. minimalnego wynagrodzenia). Jednak mimo to prawa rynku działają. W sytuacji dużego bezrobocia (duża podaż pracy i mały popyt na pracę, czyli dużo chętnych do pracy i mało miejsc pracy) wynagrodzenia są niskie, a nawet może pojawić się skłonność obu stron (pracownika i pracodawcy), aby zaakceptować wynagrodzenie poniżej prawnie dopuszczalnego wynagrodzenia minimalnego. W takich przypadkach widać przewagę praw rynku, choć to i nielegalne i nieetyczne.

Żaden z tych rynków nie jest doskonale konkurencyjny, dlatego cena, jaka się na nim ukształtuje będzie „mniej więcej” ceną równowagi. Prawa podaży i popytu działają mimo opisanych niedoskonałości. Równowagę, która panuje na tych rynkach można jednak łatwo zniszczyć. W przyszłym tygodniu przedstawię symulację zniszczenia wolnego rynku. Zapraszam.