Prostym językiem o ekonomii ...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekonomia dla dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekonomia dla dzieci. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 maja 2018

081. O kasie dla dzieciaków. Przegląd książek ekonomicznych dla dzieci i młodzieży.


Pojutrze dzień dziecka. Prezenty pewnie już czekają. Ale może da się jeszcze do nich dołączyć coś z ekonomii dla najmłodszych. Bo na rynku od pewnego czasu pojawiają się książeczki dla dzieci i trochę poważniejsze dla młodzieży, które traktują o ekonomii.

Poniżej subiektywny przegląd niektórych z nich. Niektórych, bo opisałem tylko te, które mamy w domu. Na księgarskich półkach propozycji jest dużo więcej, ale nie zamierzam przepisywać cudzych recenzji. Zajrzyjcie do nich sami. Bo chociaż to książki dla dzieci, to jednak, jeśli się nad tym zastanowić, to może nie tylko...

„Przygody Kuby Pieniążka i Żyrafy Lokatki, czyli dziecięcy przewodnik po świecie pieniędzy”.

Jest to publikacja banku PKO BP towarzysząca skierowanej do dzieci ofercie Junior. Sama oferta jest bardzo ciekawa i dzieciom naprawdę się podoba. Ale dziś skupiam się na książeczce, którą można dostać bezpłatnie w oddziałach banku.
Tytułowy bohater Kuba Pieniążek ma siedem lat i w zamyśle autorów jest to książka dla dzieci kończących przedszkola i rozpoczynających szkołę podstawową. Książeczka traktuje o pieniądzu w przystępny dla dzieci sposób. Poszczególne rozdzialiki (zdrabniam, bo są naprawdę bardzo krótkie) opisują między innymi do czego służą pieniądze, skąd się wzięły, jak można je przekazywać i wreszcie jak je mądrze wydawać.

Książeczka jest bardzo kolorowa. Każdy rozdział zawiera też komiksowy dialog, którego wielką zaletą jest, że rolę eksperta objaśniającego świat pieniądza pełni dwunastoletnia siostra głównego bohatera. Oczywiście czyni to w bardzo przystępny sposób. Moim zdaniem to genialny zabieg, bo przy okazji dowodzi, że finanse nie są trudne. W pełni się z tym zgadzam. Brawo za pomysł.

We wstępie autorzy zachęcają do czytania tej książeczki wspólnie z dziećmi. To zadanie może też przejąć starsze rodzeństwo na zasadzie „skoro dwunastolenia Kasia Pieniążek jest ekspertem od ekonomii, to mogę być nim też i ja”. Potencjalnie może to zbudować dodatkową nić między rodzeństwem w różnym wieku. Polecam.

„Rozmowy z użyciem głowy, czyli ekonomia dla dzieci” Anny Garbolińskiej

To książka skierowana dla dzieci w wieku 9-14 lat. Autorka jest ekonomistką z wykształcenia, a prywatnie mamą dwójki dzieci, więc w książce znajdziemy sporą dawkę ekonomii przekazanej w sposób przystępny dla ucznia dolnej podstawówki. Poszczególne rozdziały książki zatytułowane są już w bardzo poważny sposób. „Bank”, „Monopol”, „Budżet”, „Inflacja” to tylko kilka przykładów. Ale że jest to książka dla dzieci, to już podtytuły rozdziałów mają zaskakującą, żartobliwą postać, która zapowiada dobrą zabawę dla także dorosłych czytelników. Przykładowo pełny tytuł rozdziału trzeciego brzmi „Monopol, czyli nocne hałasy, kolorowe banknoty i wiele więcej”, i podczas jego lektury zapoznamy się z aż trzema znaczeniami tego słowa.
Poszczególne rozdziały napisane są w formie dialogów głównej bohaterki z rodzicami, dziadkami i starszym bratem. Co ważne: przystępnych i dowcipnych. Jak się bowiem okazuje w języku potocznym występuje wiele określeń z języka ekonomii. Dorośli korzystają z nich często, choć nie zawsze zgodnie z ich znaczeniem, co niekiedy prowadzi do zabawnych nieporozumień, zwłaszcza, gdy za ich interpretację zabiera się dziecko. Rozmowa jednak zawsze prowadzi do wyjaśnienia wszelkich niejasności. Warto więc rozmawiać!

Ta pozycja to nie tylko zabawa, bo także najzupełniej poważnie uczy ekonomii, czego najlepszym dowodem jest bardzo naukowa recenzja pani profesor Wiesławy Przybylskiej-Kapuścińskiej, z którą możemy się zapoznać na ostatnich stronach książki. Recenzja kończy się słowami „Polecam i dzieciom, i rodzicom”. Nic dodać. Nic ująć.

„Świat pieniądza”


Książka napisana przez nastolatki Patrycję Krzanowską i Katarzynę Michalską, z bardzo ciekawymi grafikami autorstwa Magdy Grabowskiej-Wacławek. Jak piszą autorki: pomysł na napisanie książki wyszedł od Patrycji, która prywatnie jest córką jednego z polskich milionerów. Prawdopodobnie więc tematy ekonomiczne nie były jej obce, ale musiało czegoś brakować, bo – jak sama mówi – przeanalizowała książki o ekonomii dla młodzieży na polskim rynku i żadna z nich nie zaspokajała jej ciekawości. Lukę postanowiła uzupełnić pisząc książkę z grupą przyjaciół…
Książka ma imponującą grafikę. Mnie trochę przytłacza, ale z pewnością nie jestem w grupie targetowej, bo to ewidentnie książka dla nastolatków. Świadczy też o tym odwaga w podejmowanych tematach. Oprócz tych „grzecznych” z dziedziny ekonomii i finansów pojawiają się strzały z grubej rury: o ściemach w reklamach usług finansowych, aferach finansowych, powodach, dla których jedni są bogaci a inni biedni i tym, czy podatki to nie złodziejstwo. I choć to tematy kontrowersyjne, to trzeba powiedzieć, że autorki przedstawiają je uczciwie, ucząc przy tym, że wiele spraw może mieć podwójne dno i często proste rozwiązania po prostu nie istnieją.

Moim zdaniem bardzo ciekawa pozycja, odważnie napisana (nastolatkom się spodoba) i poruszająca mnóstwo tematów gospodarczych.

Zabawnie się złożyło, bo każda opisana książka jest dla nieco innej grupy wiekowej. Można więc dorastać z ekonomią, zmieniając tylko lektury. I oczywiście odwiedzać mojego bloga.

środa, 3 stycznia 2018

060. Co wspólczesne dzieci myślą o "Bankructwie..."?



Chodzi oczywiście o "Bankructwo małego Dżeka", książkę napisaną przez Janusza Korczaka, którą opisałem w poprzednim poście. Nie ukrywam, że ujęło mnie przedstawienie przez Korczaka skomplikowanych zasad prowadzenia handlu językiem zrozumiałym dla kilkuletnich dzieci. Ale ja jestem ekonomistą z wykształcenia i do tego dorosłym, więc z pewnością patrzę na treści tej książki inaczej niż czytelnik, dla którego została ona napisana. Postanowiłem więc sprawdzić, co o tej książce sądzą współczesne dzieci. Poprosiłem moje córki o przeczytanie "Bankructwa..." i napisanie o nim kilku słów.


Ekonomia? To nie dla mnie, ale...

Wygląda na to, że tytuł odstrasza. Mimo, że moje dzieci bardzo dużo czytają, to wcale nie było łatwo przekierować ich aktywność czytelniczą na tę właśnie książkę. W dzisiejszych czasach jeśli dzieciaki czytają, to są to pozycje zupełnie, zupełnie inne. A ekonomia ich nie kręci. Taka prawda. Więc trudno było zacząć...

Czytałam ją [tę książkę] na prośbę taty. Na początku szło mi strasznie ciężko, jednak wróciłam do niej niedawno i okazała się bardzo ciekawa.


O napisanie recenzji tej książki poprosił mnie tato. Bardzo prawdopodobne, że gdyby nie to, nigdy bym jej nie przeczytała, gdyż tematy ekonomiczne prawdę mówiąc niewiele mnie interesują. Wbrew moim przypuszczeniom lektura okazała się bardzo ciekawa i zajmująca.


Ale, jak już zaczęły czytać, to lektura je wciągnęła. Uwierzcie, bez nacisków z mojej strony...

O czym jest ta książka?

To akurat proste, bo Korczak pisze po prostu ciekawie. I w trakcie lektury stosunkowo łatwo można się identyfikować z głównym bohaterem, który - to fakt - nie przypomina bohaterów dzisiejszych książek. Jak to zauważyły moje dzieci, Dżek jest aż przesadnie grzeczny, ale dzięki realizowaniu dość zaskakującego przedsięwzięcia, staje się bardzo ciekawą postacią. i warto śledzić jego losy.

Kiedy prowadził bibliotekę dokładnie i starannie, stwierdził, że mógłby założyć kooperatywę.
Wreszcie bibliotekarzem zostaje Dżek. Poświęca się pracy całkowicie.

Edukacja ekonomiczna.

Obie moje córki zauważyły, że Dżek stopniowo uczył się prowadzenia sklepiku klasowego korzystając z wiedzy i doświadczenia starszych osób: mister Tafta (prawdziwego sklepikarza), swojej wychowawczyni i Hortona (starszego o cztery lata kolegi, który prowadził podobne przedsięwzięcie w swojej klasie). A czego można się nauczyć z lektury książki? Z jednej strony terminologii handlowej, która nawiasem mówiąc jest stosowana do dziś.

Książka magazynowa - zapisuje się tam, co się kupiło do sklepu, lub co się sprzedało; Kalkulacja - obliczenie, ile płacić, ile zarabiać i za ile sprzedawać; Rabat - obniżenie ceny z powodu kupowania od razu dużej ilości rzeczy; Kwitariusz - książeczka ze stronami do wyrywania. Każdy kwit ma numer, miejsce gdzie się pisze kto, ile i miejsce na datę; Książka wpływów - książka, w której zapisuje się kwoty, które zostały wpłacone do sklepu; Książka wydatków - książka, w której zapisuje się kwoty, które wydał sklep.
A z drugiej tego, że w działalności gospodarczej obowiązuje wiele zasad naprawdę zrozumiałych dla ucznia szkoły podstawowej, jeśli tylko wiedzę tę przekaże się w odpowiedni sposób.

...dzięki temu, że Dżek doskonale znał potrzeby swoich rówieśników, wiedział, czego kupują najwięcej i mógł im sprzedać odpowiednią ilość towaru, więc mogli go nabyć wszyscy, a kooperatywa zarabiała. Produkty gorszej jakości pozostawały na półkach [...] a te solidnie zrobione [...] opłacało się kupować i sięgało po nie więcej osób. Z kolei zbyt wielka wiara w ludzi [...] skończyła się stratą...
Ciekawy eksperyment. Wciąż uważam, że "Bankructwo..." to książka warta tego, by podsunąć ją dzieciakom, może nawet wspólnie przeczytać i podyskutować.

Przedstawione powyżej cytaty pochodzą z oryginalnych recenzji napisanych przez moje córki. Ich pełne wersje można przeczytać pod linkami: recenzja 1 recenzja 2.





środa, 27 grudnia 2017

059. Czy Janusz Korczak był ekonomistą?

We wszystkich dostępnych źródłach można wyczytać, że Janusz Korczak (a właściwie Henryk Goldszmit, 1878-1942) był pedagogiem, orędownikiem praw dzieci, założycielem pisma dla dzieci i domu dla sierot, lekarzem, pisarzem, działaczem społecznym i bohaterskim opiekunem swoich podopiecznych ale z całą pewnością nie ekonomistą.

Ekonomistą nie był – to fakt, ale nie przeszkodziło mu to w krzewieniu wiedzy ekonomicznej. A robił to po mistrzowsku wplatając tematy ekonomiczne do treści swoich książek, a że są to książki dla dzieci to i genialnie dopasował język przekazu do swoich odbiorców. Prostym językiem potrafił opisać prawa ekonomii, czyli robił dokładnie to, do czego staram się dążyć. Zerknijmy do jego książek…

„Bankructwo małego Dżeka”.

Wydana po raz pierwszy w roku 1924 powieść opowiada o chłopcu, który założył i prowadził klasowy sklepik w formie spółdzielni uczniowskiej nazywanej tu kooperatywą. Niejako przy okazji czytelnik dowiaduje się, czym są takie pojęcia jak przychody, koszty, księgowość, zysk, ryzyko i bankructwo. Następuje to nie w formie wykładu, lecz stopniowego odkrywania zasad prowadzenia działalności gospodarczej przez dziecko, czyli osobę która swoje kompetencje przedsiębiorcy buduje od zera. W zdobywaniu wiedzy ekonomicznej głównemu bohaterowi pomagają osoby dorosłe, wiarygodne i reprezentujące albo doświadczenie przedsiębiorcy albo prawdziwą mądrość życiową. Dziś nazwalibyśmy to mentoringiem, ale co ważne pieczołowicie dopasowanym do możliwości intelektualnych dziecka.

Kilka przykładów. Wychowawczyni Dżeka, której chłopiec radzi się w sprawie założenia spółdzielni prowadzącej sklepik wypowiada słowa: „Z cudzymi pieniędzmi trzeba być niesłychanie ostrożnym. Trzeba prowadzić książkę wpływów i wydatków; każdy wydatek musi być stwierdzony rachunkiem”. Pojęcia te następnie wyjaśnia chłopcu pan Taft, właściciel sklepu papierniczego, który podsumowuje swoją wypowiedź o prowadzeniu sklepiku w taki sposób: „W kupiectwie najważniejsza jest kalkulacja. Kalkulacja to jest obliczenie ile płacić, ile zarabiać, za ile sprzedawać. I to właśnie, że musisz z góry obliczyć, co będzie – jest strasznie trudne”. A model biznesowy sklepu Dżek rozumie następująco: „Bo kto ma sklep musi wszystko kupować. Kupuje od razu dużo, a potem po troszku, z zarobkiem sprzedaje. Ale nie ma tyle pieniędzy żeby od razu zapłacić, boby mu zabrakło. Więc mówi, że później zapłaci, jak już trochę sprzeda. Ale musi w porę zapłacić, bo jak nie, to mu wszystko zabiorą”. I powiedzcie, że te cytaty nie oddają istoty sprawy…

Tytułowe bankructwo jak najbardziej jest w książce obecne. I – moim zdaniem - to jest jej dodatkowy walor, bo ryzyko bankructwa występuje zawsze i Dżek się o tym osobiście przekuje. Warto na to zwrócić uwagę, zwłaszcza w naszych czasach, gdy dostrzega się przede wszystkim sukcesy…

Wcale nie uważam, że ta książka jest tylko wykładem z ekonomii dla dzieci. Ona ma o wiele szerszy, pozytywistyczny przekaz. Zdecydowanie warto tę książkę czytać razem z dzieckiem i dyskutować o prawach ekonomii, konsekwencji decyzji i różnorodności postaw społecznych, które Korczak przedstawia językiem chłopca z dolnej podstawówki.

„Król Maciuś Pierwszy”.

„Bankructwo…” opowiada o prowadzeniu sklepu, ma więc sporo odniesień do mikroekonomii. Dla odmiany w powieści „Król Maciuś Pierwszy” można znaleźć niezwykle trafne przemyślenia natury makroekonomicznej. W zasadzie nigdy nie lubiłem tej książki, bo jest dla mnie lekturą bardzo ponurą, ale nie zmienia to faktu, że można się z niej wiele nauczyć o polityce i o ekonomii. I znowu Korczak okazuje się mistrzem w dopasowaniu języka do potrzeb małych czytelników.

Słowo o fabule. Tytułowy Maciuś obejmuje tron królewski mając raptem kilka lat. Niemal natychmiast władany przez niego kraj staje się areną działań wojennych. Wojna się kończy, a Maciuś przystępuje do rządzenia rozumując oczywiście jak dziecko i zderza swoje dziecięce wyobrażenie o władzy nad państwem z rzeczywistością, która obejmuje też ekonomię.

A ekonomia potrafi być bezwzględna. Gospodarkę wyniszczoną wojną Korczak opisuje poprzez posiedzenie rządu, w trakcie którego: „Minister skarbu mówił, że nie ma pieniędzy. Minister handlu mówił, że kupcy dużo stracili przez wojnę i nie mogą płacić podatków. Minister kolei mówił, że wagony musiały tyle wozić na front, że się popsuły zupełnie i trzeba je poprawiać – i to musi dużo kosztować. Minister oświaty mówił, że dzieci przez czas wojny bardzo się rozpuściły, bo ojcowie wyjechali, a matki nie mogły sobie z nimi dać rady; więc nauczyciele żądają podwyższenia pensji i wprawienia potłuczonych szyb. Pola przez wojnę nie zasiane, towarów mało…”

Do ogromnych potrzeb kraju osłabionego wojną tytułowy Król Maciuś Pierwszy dokłada własne pomysły skierowane ku dzieciom (funt czekolady dla każdego ucznia, huśtawki i karuzele w każdej szkole). Problemem jest jednak źródło finansowania potrzeb i tu – znowu na posiedzeniu rządu - padają słowa stanowiące kwintesencję polityki pieniężnej:
„- Czy nie można wydrukować nowych pieniędzy ?
- Teraz nie można, bo już za dużo wydrukowaliśmy podczas wojny. Trzeba trochę poczekać”.
Znowu widzę to bazę do potencjalnie ciekawej rozmowy z dzieckiem na temat, co się zdarzy, jeśli
państwo wydrukuje za dużo pieniędzy…

„Król Maciuś Pierwszy” jest powieścią dla dzieci, więc pojawia się iście fantastyczne rozwiązanie problemów finansowych państwa. Maciuś udaje się z wizytą zagraniczną do króla ludożerców Brum-Duma, który ofiaruje mu „cały pociąg złota, srebra i drogich kamieni”, a te finansują wszystkie wydatki państwa i pozwalają gospodarce kraju stanąć na nogi. Bajka i marzenie przynajmniej części współczesnych polityków. Korczakowi trzeba jednak oddać, że w swojej powieści dostrzega, że gospodarka rozpędzona w tak nienaturalny sposób po pewnym czasie musi wpaść w recesję, co prowadzi do napięć społecznych.

Sami widzicie – to mądra książka a jej lektura może być punktem wyjścia do dyskusji z dzieckiem o prawach ekonomii. I nie trzeba być ekonomistą, by prostym językiem o niej mówić. Miłej lektury!

środa, 15 listopada 2017

053. Co ma wspólnego oszczędzanie i Test Marshmallow?


Czy rozmawiałeś kiedykolwiek z pięcioletnim dzieckiem o oszczędzaniu? O takim oszczędzaniu na poważnie. Nie o skarbonce na drobniaki, tylko o regularnych wpłatach na oprocentowane rachunki po to, aby kiedyś w przyszłości mieć dużo więcej?
Jeśli chcesz spróbować, to pewnie zastanawiasz się jak wyjaśnić przedszkolakowi oprocentowanie, procent składany i wartość przyszłą. Nie mam wątpliwości, że nie da się. Nie da się wyjaśnić skomplikowanych wzorów matematyki finansowej komuś, kto być może zna tylko niektóre cyfry.

Można inaczej. Inspiracją dla mnie jest jeden z najbardziej znanych eksperymentów psychologicznych znanych jako test marchmallow (test pianki, albo test cukierkowy).

Test Marshmallow.

Eksperyment po raz pierwszy został przeprowadzony w latach 60 przez amerykańskiego profesora Waltera Mischela. Do udziału w teście zaprosił ponad 650 przedszkolaków, którym wręczał piankę cukrową (wówczas jedną z najbardziej popularnych wśród dzieci słodkości) i przedstawił następującą propozycję: możesz zjeść od razu jedną piankę, albo poczekać i po kilkunastu minutach czekania otrzymać w nagrodę dwie pianki.

Jak twierdzą moje córki eksperyment był nieludzki i nie chciałyby w nim brać udziału. Prawdę mówiąc rozumiem to. Z punktu widzenia uczestnika testu jedna pianka była w zasięgu ręki, a ta obiecana druga była dostępna nie wiadomo kiedy, bo w umyśle dziecka „za kilkanaście minut” to pełna abstrakcja. Nie dziwi więc, że pewna część dzieciaków od razu zjadła dostępną piankę, część walczyła z pokusami przeróżnymi sposobami i z różnym skutkiem z pokusą (filmik poniżej) i tylko 30% wytrzymało kwadrans, aby otrzymać w nagrodę drugą piankę.

Eksperyment stał się naprawdę słynny dwadzieścia lat później, gdy (nawiasem mówiąc przypadkowo) postanowiono zbadać dalsze losy uczestników pierwotnego testu. Okazało się, że dzieci, które potrafiły poczekać na drugą piankę, miały lepsze wyniki w nauce (pod uwagę brano egzamin stanowiący odpowiednik naszej matury), łatwiej nawiązywały przyjaźnie, lepiej radziły sobie ze stresem, nie miały problemów z koncentracją, a nawet wykazywały się lepszym zdrowiem.

Odroczona gratyfikacja.

Profesor Mischel stał się więc autorem tezy, że samokontrola i umiejętność odroczenia gratyfikacji przekłada się na sukces osobisty. Co ciekawe, profesor wcale nie gloryfikuje samokontroli jako takiej. Według niego jest ona środkiem a nie celem. Sam eksperyment powtarzano wielokrotnie w różnych ośrodkach badawczych i za każdym razem dochodzono do tych samych wniosków.

"Samokontrola to nie sposób na życie, tylko pewien zestaw umiejętności, które są kluczowe by to życie sobie dobrze ułożyć" Prof. Walter Mischel.
Oszczędzanie to też odroczona gratyfikacja. Więc analogicznie: ci, którzy potrafią oszczędzać, a więc zrezygnować z natychmiastowej konsumpcji i odroczyć ją „na później”, oprócz tego, że prawdopodobnie będą mieli większe możliwości (efekt choćby procentu  składanego), statystycznie odniosą większy sukces w wielu dziedzinach życia. A więc? Warto pracować nad skłonnością do oszczędzania. Naszą i naszych dzieci. Tylko w jaki sposób?

Co zwiększa cierpliwość?


Na to pytanie między innymi odpowiada eksperyment pianki w wersji przeprowadzonej przez Celeste Kidd. Wersja ta polegała na tym, że osoba prowadząca eksperyment wobec połowy dzieciaków zachowywała się wiarygodnie (dotrzymywała złożonej obietnicy) a wobec drugiej połowy wręcz przeciwnie (obietnica pozostawała niespełniona). Okazało się, że wiarygodność osoby składającej dziecku ofertę ma kluczowe znaczenie wyniku testu. Tylko 7% dzieciaków w przypadku nierzetelnego prowadzącego i aż 64% w przypadku, gdy prowadzący był wiarygodny, potrafiła wytrwać 15 minut i odebrać w nagrodę drugą piankę.

Co z tego wynika?


Wiarygodność otoczenia jest bardzo ważna. W przypadku dzieci chodzi w szczególności o naszą wiarygodność. Stara prawda ludowa mówi, że dostajemy to, na co liczymy. Jeśli będziemy stali na stanowisku, że warto odkładać część pieniędzy, warto odraczać konsumpcję, warto czekać to spotka nas nagroda. I tak będą też postępować nasze dzieci.

Jeśli będziemy wydawać na bieżąco wszystko co mamy i powtarzać sobie, że odkładanie pieniędzy nie ma sensu, bo ich wartość spada, bank może upaść a my możemy być oszukani to zapewne tak będzie, jeśli zdecydujemy się jednak na oszczędzanie. I nasze dzieci tak samo. Warto o tym pamiętać.

środa, 8 marca 2017

017. Jak zrobić dobrą prezentację dla dzieciaków?



Prowadzenie prezentacji stało się nieodzownym elementem pracy wielu z nas. Nie dziwi więc popularność szkoleń dotyczących wystąpień publicznych. Istnieją bowiem techniki, które czynią prezentację bardziej atrakcyjną, zwiększają uwagę słuchających i sprawiają, że jesteśmy w przekazywaniu informacji bardziej skuteczni. Te same techniki działają wobec małych słuchaczy. Warto włączyć je do swojego repertuaru…


Praktyka (zabawa) zamiast teorii.


Teorii nie da się całkiem wykluczyć, ale na spotkaniu z dziećmi ona nie jest najważniejsza. Najważniejsze jest doświadczanie. A dzieci przyzwyczajone są do doświadczania poprzez zabawę. No więc przygotujmy im zabawę. Najlepiej mocno odnoszącą się do tego, co robią dorośli. Zabawę, która poprowadzi dzieciaki drogą, którą chcesz je poprowadzić, do wniosków, do których chcesz je doprowadzić.

Opowiedz historyjkę.


Dla dzieci to absolutnie naturalne, że dorośli im opowiadają. Więc dobrze odnajdują się w roli słuchaczy. Oczywiście opowieść musi być interesująca, musi zaskakiwać i najlepiej, aby słyszały ją po raz pierwszy. Nawet w najpoważniejszych dziedzinach istnieją anegdoty i ciekawostki, o których można tak opowiedzieć, że dzieci będą słuchać z zainteresowaniem. Trzeba tylko je odnaleźć.

Moduły.


Zakończ zagadnienie zanim dzieci się znudzą. Potem możesz zacząć kolejne, ale już inne, inaczej opowiedziane, budzące inne emocje. Dzieci nie wytrzymają 45 minut na słuchaniu o tym samym. Zresztą nie tylko one. Współczesne szkolenia z zakresu postępowania z pokoleniem Y (dwudziesto-trzydziestolatków) mówią o konieczności krótkich przekazów, bo Y szybko gubią uwagę. A prawdopodobnie dzisiejsze dziwięciolatki są pod tym względem jeszcze bardziej Y-owe.

Dużo pytań. Grad odpowiedzi.


Lubię zadawać pytania podczas wystąpień publicznych. Uważam, że to dynamizuje prezentację. Dorośli nie zawsze chcą odpowiadać, teoria wystąpień publicznych posiada kilka technik aktywizujących dorosłe audytorium. Te techniki są nieprzydatne na spotkaniach z dziećmi, bo dzieci lubią, jak się im zadaje pytania. Oczywiście pytania muszą być dostosowane do ich poziomu. I uwaga: zasypią Cię gradem odpowiedzi. Przyznam się, że na to nie byłem przygotowany. Że każdy chce odpowiedzieć, nawet jeśli jego odpowiedź już padła. Oczywiście niektóre dziecięce odpowiedzi są nie na temat i to jest pewien problem. Ale generalnie chcą i to jest najważniejsze. No i dzięki temu możesz się dowiedzieć, że nazwa bank pochodzi od włoskiego słowa „banco” (czyli ławka), pewnie dlatego, że w bankach są kolejki i wtedy siedzi się na ławkach. Autentyczne !

Daj uwagę. Zadbaj o bezpieczeństwo.


Wypowiadające się dziecko musi poczuć atencję prowadzącego. To jest trudne, zwłaszcza, gdy dziecko mówi nie na temat. Ale skoro się odważyło coś powiedzieć, to należy je wysłuchać i co więcej zapewnić mu komfort nawet wówczas, gdy obiektywnie rzecz biorąc się myli.

Potęga obrazków.


Obrazy przemawiają do dzieci. Stąd jestem za wykorzystaniem Power pointa, możliwości platformy prezi, czy choćby wyświetleniem zdjęcia na tablicy interaktywnej. Pamiętajmy, że obraz przemawia, jeśli jest obrazem. Dlatego ważne jest ograniczenie się do jednego dużego, interesującego i  zaskakującego zdjęcia, które można skomentować z dziecięcego punktu widzenia i absolutnego minimum tekstu. Jedno zdanie max!

Gadżety robią furorę.


Gadżety, czyli wszystko to, do czego dziecko nie ma dostępu na co dzień. A co jest fantastycznym uzupełnieniem przekazu, co można dotknąć, zobaczyć jak działa, włączyć itd. Tu akurat rodzice robiący prezentacje w naszej szkole zawsze wykazywali się pomysłowością. Dzieci mogły obejrzeć i wypróbować policyjne kajdanki, instrumenty muzyczne, manekiny ratownicze. Nawet najbardziej ponura dziedzina ma swoje gadżety: ja przyniosłem sto jednogroszówek w oryginalnym opakowaniu wprost z mennicy, brykiet zrobiony ze zniszczonych banknotów o wartości 100.000 zł i przede wszystkim urządzenie do sprawdzania autentyczności banknotów.
To robi wrażenie !

środa, 1 marca 2017

016. Dlaczego warto rozmawiać z dziećmi o ekonomii ? Materiały do wykorzystania.


Na zakończenie wspomnień o zajęciach z ekonomii dla dzieci, należy podejść do kwestii jakże typowej dla nas dorosłych, czyli odpowiedzieć na pytanie „i po co to wszystko?”

Czy warto mówić dzieciom o ekonomii ?


Mam frajdę, bo udało mi się skupić uwagę kilkudziesięciu dzieciaków przez trzy godziny.
Mam frajdę, bo udało mi się opowiedzieć o trudnych zagadnieniach językiem zrozumiałym dla uczniów dolnej podstawówki (to wpisuje się po części w zamysł tego bloga, choć rok temu o tym nie myślałem).

Mam frajdę, bo wiem, że się podobało.
Egoistycznie rzecz biorąc: minął rok, wciąż mam frajdę, więc było warto.

Zachęcam.


Zachęcam do organizacji podobnych zajęć. Nie chodzi o to, aby produkować kolejnych ekonomistów. Nie chodzi nawet o krzewienie wiedzy z ekonomii, bankowości czy finansów, bo w przypadku dziewięciolatków pewnie na to zbyt wcześnie i pewnie ta „wiedza” jest mocno ulotna. Ale warto jest dzieciakom odczarowywać rzeczywistość. Bo to nie są trudne rzeczy, a zabawa jest nauką także dla prowadzącego.

Zachęcam, bo chodzi też o to, aby dzieciom nie tylko pokazywać pracę strażaka, pielęgniarki i górnika. To piękne zawody, o których ciekawie można opowiedzieć. Ale tak samo ciekawie można opowiedzieć dzieciom o bankowości (wiem na pewno), ubezpieczeniach czy giełdzie papierów wartościowych, czyli o dziedzinach uważanych za trudne i nowoczesne.

Zachęcam do organizacji podobnych zajęć także w ten sposób, że udostępniam poniżej konspekt zajęć i prezentację w power point, którą się posługiwałem. Jeśli chcesz z nich skorzystać – proszę bardzo. Jeśli dasz znać mi jak Ci poszło – będę zachwycony.
Powodzenia.


Obiecane pliki:

Wyrażam zgodę na wykorzystywanie poniższych plików bez ograniczeń.
Prezentacja Power Point:
Konspekt zajęć:


środa, 22 lutego 2017

015. Bankowość dla dziewięciolatków. Część 2.

Ten wpis jest kontynuacją relacji z mojego spotkania z uczniami klasy trzeciej szkoły podstawowej, podczas którego opowiadałem o pieniądzu, banku i ekonomii.
Pierwszą część relacji możesz znaleźć z poście 014.

Nie tylko zabawa.

Kilka poważnych zagadnień ekonomicznych zostało omówionych w bardziej „wykładowy” sposób. Analiza wyglądu denara Bolesława Chrobrego doprowadziła do powstania kolejnych hipotez, jaki ptak został uwidoczniony na tej monecie. Dużą radość wzbudziła informacja, że nad tym zagadnieniem od lat głowią się prawdziwi naukowcy. Wielkie wrażenie na wszystkich zrobiła opowieść o dukacie Władysława Łokietka. Raz, że istnieje tylko jeden egzemplarz tej monety na świecie (a więc jest naprawdę bezcenna) i dwa, że ta bezcenna moneta tuż po znalezieniu była kilka razy sprzedawana a ceny kształtowały się od dosłownie kilku złotych po całkiem pokaźną fortunę.

Ekonomiczne co by było gdyby …


Czyli poważnie mówiąc dyskusja grupowa. Odważyłem się na nią w kontekście pomysłu, aby drukować sobie pieniądze w domu. Miałem pewne obawy, co z tego wyniknie, bo temat trudny, ale poszło świetnie. Odpowiadając na kolejne pytania dzieci same wydedukowały, że mając nieograniczony dostęp do pieniędzy, żadna cena nie będzie dla nich zbyt wysoka. Ale, że konsekwencją będzie wzrost cen. Na wszystko, co jest w sklepach.
Nie zakładam, że dzięki temu stały się obrońcami umiarkowania w polityce pieniężnej państwa i nie o to mi chodziło. Ale wiedzą już dlaczego banknoty są zabezpieczone przed fałszerstwami i dlaczego fałszowanie pieniędzy jest karane. Zresztą wiele emocji wzbudziło badanie  polskich banknotów pod kątem ich zabezpieczeń, zwłaszcza w świetle ultrafioletowym, a przygotowana przeze mnie fałszywka była rozpoznawana nawet z zawiązanymi oczami.

Czy dzieci interesują się ekonomią ?


W sensie dosłownym raczej nie. Ale dzieci mogą zainteresować się wszystkim i dowodzi tego te kilka (bardzo wyczerpujących) godzin spędzonych przeze mnie w podstawówce. Z punktu widzenia prowadzącego zajęcia praktycznie cały czas miałem nadmiar chętnych. Do udzielania odpowiedzi, do udziału w każdej zaproponowanej zabawie, do pomocy prowadzącemu, do zadawania pytań, do dzielenia się swoimi przemyśleniami. Pod tym względem szkolenia dla dorosłych naprawdę wyglądają zupełnie inaczej.

W szkole, w której przeprowadziłem te zajęcia, jest taki zwyczaj, że najciekawsze komentarze dzieci po takich spotkaniach z rodzicami umieszczane są na stronie internetowej szkoły. Z ich lektury wynika, że trafiłem do moich słuchaczy. Komentarz, który wśród moich kolegów z pracy zrobił największą furorę kończy się zdaniem „Myślę, że w przyszłości, jeśli nie wyjdzie mi kariera piłkarska, mógłbym pracować w banku”.
Oczywiście trzymam kciuki, żeby mu wyszło w piłce :)


środa, 15 lutego 2017

014. Bankowość dla dziewięciolatków. Część 1.





W lutym zeszłego roku uczestniczyłem w szkoleniu „Sztuka wystąpień publicznych” organizowanym przez Centrum Edukacji Medialnej Polskiego Radia w Warszawie. Podczas zajęć jedna z uczestniczek, z zawodu geodeta, podzieliła się doświadczeniami z tego, w jaki zaprezentowała swój zawód uczniom podstawówki. Wtedy zapaliłem się do pomysłu, aby w podstawówce moich córek w ramach prezentowania zawodów rodziców (mamy taki program w naszej szkole) zrobić prezentację o tajemniczej instytucji, jaką jest bank.


Jak opowiedzieć dzieciom o banku?

Występuję publicznie stosunkowo często, ale moimi słuchaczami są na ogół wyłącznie dorośli. Zakładałem, że większość zasad i technik prezentacji związanych z wystąpieniami dla dorosłych ma pewne zastosowanie w spotkaniach z dziećmi. Dziecięce audytorium wymaga jednak szczególnej dbałości o wywołanie ich zainteresowania.
Dlatego oprócz zwykłej dbałości o to, by prezentacja była ciekawa, slajdy zabawne a treść zaskakująca, na spotkanie w szkole podstawowej przygotowałem kilka zabaw, do których zaprosiłem moich małych słuchaczy, a które obrazują to, co się w banku dzieje. Przyniosłem też kilka gadżetów, których poza bankiem próżno szukać.

Zabawa w bank.

Dosłownie zabawa. Od córki pożyczyłem zabawkowe banknoty imitujące polskie złote. Któreś z dzieci wygrało te pieniądze w „klasowego totolotka”. Inne dzieci  szczerze doradziły mu, żeby wpłacił do „klasowego banku” i potrafiły powiedzieć dlaczego. „Bank” wypłacał odsetki, ale żeby miał z czego je płacić „udzielił kredytu” dzieciom prowadzącym sklepik. „Sklepik” kupił prawdziwe cukierki, sprzedał je dzieciom, zrealizował zysk i spłacił kredyt. Dużo śmiechu. Trochę zamieszania. Ale też prawdziwa edukacja: bo na tym właśnie polega pośrednictwo banku pomiędzy depozytariuszami a kredytobiorcami.
Przy okazji ja się nauczyłem, czym naprawdę jest „komisyjne przeliczenie gotówki”. Jedno dziecko przekładało banknoty, a kilkanaście innych na głos odliczało „sto, dwieście, trzysta …”. Przy takim podejściu kasa musiała się zgadzać. Tego w bankowości wciąż nie wdrożyliśmy …

Jak to działa ?

Skąd bankomat wie, że może wypłacić pieniądze ? Jak to się dzieje, że pieniądze wysłane z Wrocławia po kilku minutach są w Suwałkach ? Co tak naprawdę oznacza zapłata kartą bankową ?
Nie wiem, jak często zastanawiają się nad tym dzieci. Te pytania im podsunąłem, a potem znowu poprzez zabawę wspólnie sobie na nie odpowiedzieliśmy. Znowu ktoś był bankomatem, ktoś pracował w banku a ktoś inny był (uwaga!) Narodowym Bankiem Polskim. Plastikowe kufle były rachunkami bankowymi, dzięki czemu widać było, jak pieniądze w postaci zabawkowych banknotów, przepływają z rachunku na rachunek (czyli z kufla do kufla – możliwe, że było to pierwsze legalne wykorzystanie kufli w historii tej podstawówki).


Druga część tego artykułu zostanie opublikowana w środę, 22 lutego 2017.
Zapraszam.