Prostym językiem o ekonomii ...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inwestycje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inwestycje. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 października 2018

099. Od tygodnia Polska jest krajem rozwiniętym. Co to oznacza?

24 września 2018 Polska została oficjalnie zaliczana do krajów rozwiniętych. Wcześniej przez wiele lat byliśmy uznawani jako kraj rozwijający się, więc z pewnością pod względem prestiżowym informacja jest rewelacyjna. Tym bardziej, gdy zerkniemy na skład grupy krajów rozwiniętych, do których dołączyliśmy. Nie chodzi jednak o ocenę poziomu życia w naszym kraju, tylko o ocenę Polski jako miejsca do inwestowania.

Samo ogłoszenie naszego awansu nie było niczym zaskakującym, ponieważ agencja FTSE Russell zapowiedziała to jeszcze w ubiegłym roku. W ciągu kolejnych miesięcy polski rynek finansowy nie zaskoczył świata niczym negatywnym, więc w ubiegłym tygodniu nasz awans do najbardziej elitarnego grona stał się faktem. Co to jednak tak naprawdę oznacza? I jakie mogą być tego konsekwencje?

Jak działają globalni inwestorzy?

Światowe fundusze inwestują w rynki finansowe według wcześniej zdefiniowanej polityki. Ściśle określona część ich zasobów jest inwestowana w rynki rozwinięte, a inna – równie precyzyjnie określona w rynki wschodzące. Szacuje się, że ok. 87% pieniędzy jest inwestowana w najbardziej rozwiniętych krajach, a tylko 12-13% na rynkach bardziej ryzykownych. To logiczne: większość pieniędzy jest lokowana w bezpieczniejszych miejscach, mniejsza część zapewnia – przynajmniej teoretycznie – większe zyski. Dotychczas mieliśmy dostęp do ok. 12-13% światowych pieniędzy. Jak będzie teraz?
"Zmiana indeksu jest owocem ciągłych ulepszeń w infrastrukturze rynków kapitałowych w Polsce, która jest wspierana przez postęp gospodarczy kraju" [fragment komunikatu FTSE Russell]

Inwestowanie to nic innego, jak zakup papierów wartościowych. Możliwe, że zabrzmi to dość dziwacznie, ale wielkie fundusze inwestycyjne podejmują decyzje o zakupie określonych akcji lub obligacji przede wszystkim w oparciu o analizy „hurtowe”, które dotyczą grup państw i całych sektorów gospodarki. W rzeczywistości nie ma bowiem możliwości przeanalizowania osiągnięć i perspektyw rozwoju każdej z kilkudziesięciu tysięcy firm notowanych na światowych giełdach. Nie ma więc co oczekiwać, że inwestor z Londynu, Nowego Yorku czy Sydney zapozna się ze szczegółową analizą dotyczącą na przykład polskiego PKO BP. W pierwszym kroku poprzestanie raczej na powiązaniu analizy branżowej (bankowość) z analizą rynku, na której przykładowa firma funkcjonuje (dotychczas były to rynki wschodzące, teraz rynki rozwinięte) i na tej podstawie podejmie swoje decyzje.
Pomocą w podejmowaniu tego typu decyzji są firmy, które zaliczają poszczególne rynki finansowe do określonych grup. Decyzję o przeniesieniu Polski do grona krajów rozwiniętych została podjęta przez londyńską firmę FTSE Russell. Podobnie postąpił niemiecki Stoxx. Dla porządku należy jednak wspomnieć, że jeszcze ważniejszą firmą indeksującą rynki jest amerykańska MSCI, która – póki co – konsekwentnie uznaje nasz kraj jako należący do rynków rozwijających się.

Prestiż.

Niewątpliwie zaliczenie Polski przez dwie agencje indeksujące do grona państw rozwiniętych jest ogromnym sukcesem wizerunkowym. Nie dziwi więc, że o tym wydarzeniu mówili Premier, Minister Finansów i Prezes warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych...

Nawiasem mówiąc nawet nieprzychylne rządowi media nie odważyły się podważyć znaczenia tego wydarzenia, choć da się spotkać sceptyczne oceny tego awansu na portalach branżowych.
"Dzisiejszy awans do grona rynków rozwiniętych w ramach globalnej klasyfikacji rynków akcji FTSE Russell to znaczące osiągnięcie. Ministerstwo Finansów i Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie od dawna dążą do usprawnienia infrastruktury polskiego rynku finansowego i wzmocnienia polskiej gospodarki, a dzisiejszy dzień jest zwieńczeniem ich wysiłków zmierzających do spełnienia restrykcyjnych kryteriów tej klasyfikacji." Reza Ghassemieh, Chief Research Officer FTSE Russell. 
Wystarczy zerknąć na skład grupy, do której obecnie należymy, żeby poczuć się naprawdę dobrze. Co więcej: jesteśmy pierwszym krajem Europy Środkowo-Wschodniej, któremu się to udało. Patrząc z tej perspektywy wreszcie udało się nam gospodarczo prześcignąć Czechów i to w bardzo ambitnym wyścigu (aluzja do postu 078. Ekonomiczny Wyścig Pokoju, czyli jak gospodarczo przegonić Czechów?)


Źródło: 
Osiągnięcie jest tym bardziej znaczące, że awans do elity zajął nam 27 lat. Dla porównania Korea Południowa i Izrael potrzebowały na to okresu pięćdziesięcioletniego…
Są więc powody do dumy!

Skutki finansowe.

Raczej na pewno zagraniczni inwestorzy na rynku polskim będą zachowywać się w bardziej stabilny niż dotąd sposób. Chodzi o to, że w sytuacji, gdy gdzieś na świecie coś niedobrego działo się w kraju uznawanym za rozwijający się, następowała ucieczka inwestorów do rynków rozwiniętych. Jeżeli np. w Turcji było zamieszanie polityczne, to część inwestorów wycofywała swoje pieniądze nie tylko z Turcji, ale i z krajów takich jak Polska, po to, aby przeczekać w bezpiecznym miejscu. Dla polskiego rynku finansowego oznaczało to spadek cen akcji na warszawskiej giełdzie i osłabienie złotego i to często z powodów w ogóle niezwiązanych z sytuacją w Polsce. W nowych warunkach tego typu przypadki nie powinny się zdarzać. Sytuacja na giełdzie i rynku walutowym powinna być więc bardziej stabilna.

Teoretycznie do Polski mogą napłynąć dodatkowe pieniądze inwestycyjne. Teoretycznie, bo do końca nie wiadomo, jak zachowają się światowi inwestorzy. To, że Polskę uznano za kraj rozwinięty to jedno. Ale w co miałyby inwestować światowe fundusze? W wyniku decyzji FTSE Russell do światowych indeksów włączono ledwie 37 polskich spółek i tylko jedną z nich – bank PKO BP – uznano za spółkę o dużej kapitalizacji. Do grona średnich spółek zaliczono PKN Orlen, PZU, BZ WBK, PGNiG, Pekao, KGHM, mBank, PGE, LPP, CD Projekt, Cyfrowy Polsat, Grupę Lotos i Dino Polska. Pozostałe spółki uznano za małe - Bank Millennium, AmRest, Handlowy, JSW, Alior Bank, CCC, Play, Orange, Azoty, Enea, Tauron, Kernel, Kruk, Asseco Poland, Budimex, Eurocash, Ciech, Energa, PKP Cargo, Bogdanka, GPW, Boryszew i Neuca. Z kolei decyzją Stoxx do grona sześciuset największych spółek w Europie zaliczono osiem polskich podmiotów: Bank Pekao, BZ WBK, CD Projekt, KGHM Polska, LPP, PKN Orlen, PZU i PKO Bank Polski.
To właśnie te firmy mają szansę na dodatkowe zainteresowanie ze strony światowych inwestorów. Potencjalnie, gdyby udział polskich podmiotów w światowych rynkach zrównałby się z udziałem Portugalii, Austrii i Danii, to do Polski powinno napłynąć dodatkowo od 150 miliardów złotych do prawie 1,5 biliona.

A te kwoty robią wrażenie, prawda?
Więc póki co cieszmy się i z prestiżu i z perspektyw, które oby się zrealizowały jak najszybciej.

środa, 27 czerwca 2018

085. Co się dzieje, gdy padnie bank?



Nikomu nie życzę, żeby bank, w którym trzyma pieniądze, miał kłopoty. Ale skoro istnieje w Polsce system gwarantowania depozytów, to warto wiedzieć, jak on zadziała w praktyce. Czyli w sytuacji, gdy będzie potrzebny, żeby uprawniona osoba otrzymała pieniądze. Tym bardziej, że – niestety – od czasu do czasu problemy banków (a częściej SKOK-ów) się zdarzają, co najlepiej widać na stronie internetowej Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, gdzie w zakładce „Trwające wypłaty” mamy 13 pozycji (11 SKOK-ów i 2 banki). Taka prawda. Zobaczcie sami TUTAJ.


Zawieszenie działalności banku.


Punktem wyjścia jest decyzja Komisji Nadzoru Finansowego o zawieszeniu działalności banku albo SKOK-u. Następuje to wówczas, gdy bank lub kasa utraciły już swoją płynność (czyli nie regulują już zobowiązań w zakresie wypłaty pieniędzy swoim klientom) albo, gdy dokumenty wskazują na to, że płynność utracą w przyszłości (czyli, gdy z bilansu wynika, że aktywa nie są wystarczające dla pokrycia zobowiązań).

Na tym etapie procedury, możliwe jest jeszcze, że taki problematyczny bank, zostanie przejęty przez inny, który poradzi sobie z problemami banku przejmowanego. Jeśli jednak nie znajdzie się chętny, albo chętny jest, ale w ocenie KNF nie poradzi sobie w trudnościami banku przejmowanego, składany jest wniosek o upadłość i to rozpoczyna twardą procedurę gwarancyjną.

Jak się dowiem, że mój bank ma zawieszoną działalność?




Odczujesz to na własnej skórze, tzn. nie wypłacisz gotówki i nie zrealizujesz przelewu. Najprawdopodobniej nawet nie wejdziesz do placówki bankowej i do modułu płatności w bankowości internetowej. Tam też będą stosowne komunikaty.

Na pewno poinformuje o tym Bankowy Fundusz Gwarancyjny, a temat przez pewien czas będzie obecny w mediach.

Do gry wchodzi BFG.


W międzyczasie BFG będzie już pracował nad organizacją gwarantowanych wypłat.

W ciągu trzech dni powstanie lista deponentów, czyli osób uprawnionych do otrzymania pieniędzy. Prawdę mówiąc dla sektora bankowego nie jest to trudna operacja. Banki generalnie wiedzą kto, ile trzyma u nich pieniędzy. Chodzi o sporządzenie listy uwzględniającej kwoty podlegające wypłacie, ale to także jest proste. Nie słyszałem o kłopotach na tym etapie procedury.

BFG ma siedem dni na podjęcie decyzji, który bank będzie dokonywał wypłat w jego imieniu. Dla klienta upadłego banku to pierwsza istotna informacja, bo wynika z niej, gdzie się udać po pieniądze i ile jest na to czasu. Decyzja podejmowana jest w formie uchwały podawanej do publicznej informacji, i można z niej wyczytać wiele innych, ciekawych informacji, w tym jaka kwota będzie w sumie wypłacone i skąd BFG weźmie na to pieniądze.

Skąd BFG bierze pieniądze na wypłaty?


Upadłość nawet niewielkiego banku to ogromne kwoty gwarantowanych wypłat. W listopadzie 2015 roku rozpoczęto procedurę wypłat gwarantowanych klientom Spółdzielczego Banku Rzemiosła i Rolnictwa. Możliwe, że o nim nie słyszałeś. Prawdopodobnie nie byłeś jego klientem, bo to mało znany bank, niewielki i działający niszowo.

Może i mały, ale do wypłaty ze środków gwarantowanych było nieco ponad 2 miliardy złotych. Dwa miliardy złotych, których oczywiście BFG nie miał.

Skąd je wziął? „Od podmiotów objętych systemem gwarantowania”. Czyli od innych banków i SKOK-ów. Prawdę mówiąc nie do końca prawdziwe jest stwierdzenie, że BFG gwarantuje wypłaty. BFG kontroluje proces zbierania pieniędzy od innych banków, po to, aby wypłacić je klientom banku, który upadł. Ale pieniądze pochodzą z innych banków.

Dlatego banki nie lubią, jak ich konkurent bankrutuje. Bo choć oznacza to, że „na rynku robi się luźniej”, to niestety zapłacić trzeba. Ile? To zależy od wielkości banku. I tego, który upadł. I tego, który ma płacić. Generalnie, im większy bank, tym więcej płaci. W przypadku Spółdzielczego Banku Rzemiosła i Rolnictwa – podkreślam małego i niszowego banku – największy płatnik, czyli PKO BP musiał zapłacić prawie 338 milionów. A taki Bank Spółdzielczy we Wręczycy Wielkiej raptem tylko 40 tys. złotych. Podejrzewam jednak, że w obu przypadkach te kwoty były podobnym wyzwaniem dla zarządów banków i w podobnym stopniu podobnie je osłabiały. Zainteresowanych odsyłam do pełnego zestawienia instytucji zrzucających się akurat na tę upadłość, która jest jawna i dostępna pod
A wyobraźmy sobie, co by było, gdyby upadł bank dziesięć razy większy… W uproszczeniu kwoty, o których mowa wyżej byłyby dziesięć razy większe. To mogłoby wywołać kłopoty kolejnych banków...

Nie ma co się cieszyć z upadłości banku.


Banki się nie cieszą, bo muszą się zrzucić.

Pracownicy banków też nie, bo zrzutka na upadający bank obniża zysk ich własnego banku, więc pomniejsza pulę premii i szanse na podwyżki.

Klienci banków też nie powinni się cieszyć, bo banki przecież będą chciały sobie odbić nadzwyczajny koszt związany z dopłatą do BFG, czyli finalnie podnieść ceny swoich usług. Kto więc ostatecznie zapłaci za upadłość innego banku? Właśnie…

Konkretnie: Jak odebrać pieniądze?


Trzeba się udać do banku realizującego wypłaty i wypłacić w gotówce, albo zlecić płatność na swoje konto. To jest podstawowa droga, która jest ściśle określona: w uchwale BFG znajduje się lista placówek bankowych, w których można tego dokonać i termin, w jakim będzie to możliwe.

Może się jednak zdarzyć, że umknie nam i fakt upadłości banku i okres, w jakim inny bank dokonuje gwarantowanych wypłat. To jeszcze nie tragedia, bo po pieniądze można się zgłaszać do samego BFG przez pełne 5 lat od zawieszenia działalności banku. Dopiero po tym okresie gwarantowane środki przepadają…

A co z pieniędzmi, które przekraczają kwotę gwarantowaną?


Można bowiem mieć w banku więcej niż 100.000 euro. Co z tymi pieniędzmi? Wchodzą w skład masy upadłościowej. Należy zgłosić to sędziemu-komisarzowi w terminie wskazanym w postanowieniu o upadłości i czekać…

Trzeba tak zrobić, ale wielkich nadziej na odzyskanie tych pieniędzy raczej mieć nie należy Taka prawda.

Z innej beczki: a co z kredytem, gdy upadnie bank?


Wiele osób sądzi, że kredytu nie trzeba będzie wówczas spłacać. Niestety. Upadłość banku nie zwalnia kredytobiorcy z obowiązków określonych umową. Ogłoszenie upadłości nie zmienia faktu, że umowa jest ważna. Trzeba spłacać raty i odsetki. A zarobek upadłego banku na tym kredycie jest źródłem pokrycia kosztów działalności banku i zaspokojenia roszczeń tych klientów, którzy na gwarancję BFG się nie załapali.

Większy problem będą mieć natomiast ci klienci upadającego banku, którzy otrzymali kredyt, ale nie zdążyli go uruchomić. Taka umowa ulega rozwiązaniu z dniem ogłoszenia upadłości banku. Czyli trzeba będzie szukać innego banku kredytującego.

Szczególną sytuację będą mieć klienci, którzy kredyt uruchomili tylko częściowo, bo pozostałej części kredytu już nie otrzymają, a zabezpieczenia pewnie są już ustanowione. W takich przypadkach trzeba będzie znaleźć bank, który zrefinansuje ten częściowo uruchomiony kredyt. To jest do zrobienia, ale związane jest z dodatkowym wysiłkiem i zamieszaniem, które - jeśli wystąpi na przykład w trakcie budowy domu - może być problemem...

I to jest kolejny powód, żeby nie cieszyć się z upadłości banków. Bo każda taka upadłość oznacza problemy dla wielu osób. Niestety także dla zwykłych ludzi...



środa, 20 czerwca 2018

084. W jaki sposób Bankowy Fundusz Gwarancyjny pilnuje naszych pieniędzy?

W wielu bankach można zobaczyć tabliczkę informującą, że pieniądze w nich zgromadzone są gwarantowane przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Jest to informacja zapewniająca klientów, że ich środki powierzone temu bankowi są bezpieczne.

Co to jednak konkretnie oznacza? Jakie są zasady gwarantowania pieniędzy wpłaconych do banku w Polsce? I wreszcie co się dzieje, gdy bank, któremu powierzyliśmy pieniądze wpada w kłopoty? Na te pytania odpowiem w tym i w kolejnym artykule.

Bankowy Fundusz Gwarancyjny.


W Polsce gwarantowaniem środków zgromadzonych w bankach i kasach zajmuje się Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Jednak jego zadania są o wiele szersze niż tylko owo „gwarantowanie”. Otóż przede wszystkim BFG patrzy na ręce bankom, analizuje ich poczynania i w przypadku zdiagnozowania niebezpieczeństw podejmuje działania wobec zagrożonych banków i ich zarządów. Priorytetem jest aby nie dopuścić do sytuacji, w której gwarantowanie wkładów okaże się potrzebna. Dopiero, gdy taka sytuacja wystąpi (zawieszenie działalności banku przez Komisję Nadzoru Finansowego albo złożenie wniosku o upadłość banku), zadaniem BFG staje się zorganizowanie procesu wypłat na rzecz klientów banku.

Bankowy Fundusz Gwarancyjny działa na rzecz stabilności krajowego systemu finansowego: gwarantuje depozyty zgromadzone w bankach i kasach oraz odpowiada za przeprowadzanie przymusowej restrukturyzacji instytucji finansowych zagrożonych bankructwem.



Co jest gwarantowane?


Przede wszystkim środki pieniężne zgromadzone w dowolnej walucie na wszelkich rodzajach rachunków bankowych. Ale także należności deponenta (klienta banku lub kasy) wynikające z umów rachunku bankowego, czyli odsetki naliczone zgodnie z zawartą umową za okres do dnia spełnienia warunku gwarancji (zawieszenia działalności banku albo złożenia wniosku o jego upadłość).

A co nie?


Nie jest tak, że gwarancji podlega każda kwota wpłacona do banku. W szczególności poza systemem gwarantowania są:

Środki wpłacone do banku spółdzielczego albo spółdzielczej kasy oszczędnościowo-kredytowej tytułem udziałów, wpisowego albo wkładów członkowskich.

Środki wpłacone do banku związane z zakupem produktu finansowego, którego sprzedawcą jest podmiot inny niż bank (np. towarzystwo ubezpieczeniowe, fundusz inwestycyjny), a bank pełni jedynie rolę pośrednika w transakcji.

I zwłaszcza w tym drugim elemencie należy zachować ostrożność i zdrowy rozsądek. Może się bowiem okazać, że przerzucenie oszczędności z lokaty na inny produkt oferowany nam przez pracownika banku, pozbawi nas gwarancji BFG. Warto się o to zapytać. Niezależnie jednak od odpowiedzi należy pamiętać, że jeśli stroną podpisywanej przez nas umowy nie jest bank albo SKOK, to gwarancja BFG nie będzie obowiązywać.

Ile jest gwarantowane?


Maksymalna kwota, jaka może być zwrócona jednemu klientowi banku lub kasy wynosi równowartość z złotych kwoty 100.000 euro. Niezależnie od liczby rachunków, jakie posiadasz w banku otrzymasz maksymalnie 100.000 euro, ale jest tu kilka wyjątków.

Po pierwsze odrębnie traktuje się każdego współposiadacza rachunku i dotyczy to także posiadaczy małoletnich. W praktyce oznacza to, że jeśli masz rachunek wspólny z mężem/żoną to w przypadku wypłaty z gwarancji BFG możecie otrzymać nawet 200.000 euro, a jeśli z mężem/żoną i dzieckiem to nawet 300.000 euro. W takich przypadkach środki zgromadzone na rachunkach wspólnych są dzielone pomiędzy współposiadaczy po równo, albo zgodnie z postanowieniami umowy rachunku (jeśli umowa takie postanowienie zawiera) i każdy z nich może otrzymać maksymalnie 100.000 euro.

Po drugie w przypadku, gdy środki na rachunku bankowym pochodzą:
  • Ze sprzedaży mieszkania lub domu (ale niezwiązanego z prowadzeniem działalności gospodarczej),
  • Z podziału majątku po ustaniu małżeńskiej wspólnoty majątkowej,
  • Ze spadku lub otrzymanego zachowku,
  • Z wypłat ubezpieczeń (NNW albo ubezpieczeń na życie),
  • Z wypłat odpraw pieniężnych, emerytalnych lub rentowych,
  • Z odszkodowań i zadośćuczynień
to kwota gwarancji jest podwyższona do 200.000 euro, ale wymaga to przedstawienia Bankowemu Funduszowi Gwarancyjnemu dowodów, że środki na rachunku pochodzą z ww. tytułów.

Które instytucje finansowe są objęte systemem gwarancji BFG?


Najprościej jest ze spółdzielczymi kasami oszczędnościowo-kredytowymi. Każda jest w systemie gwarancji BFG i nie ma co się nad tym zastanawiać.

Z bankami sprawa jest trochę bardziej skomplikowana. W systemie są wszystkie banki mające siedzibę na terenie Rzeczypospolitej Polskiej, za wyjątkiem Banku Gospodarstwa Krajowego, który jest jedynym bankiem państwowym i jako taki jest objęty gwarancją ze strony Skarbu Państwa. Wracając do banków: kluczem jest siedziba nie ma znaczenia kraj pochodzenia kapitału, ani forma prawna (spółka akcyjna czy bank spółdzielczy). Jeśli siedziba jest w Polsce, to z automatu bank podlega pod gwarancje BFG.

W przypadku oddziałów banków zagranicznych (są takie na terenie naszego kraju), BFG gwarantuje depozyty wyłącznie w zakresie, w jakim system gwarantowania depozytów w państwie - siedzibie banku zagranicznego nie zapewnia wypłaty środków zgodnie z polskimi przepisami. Czyli: gdyby wystąpiła konieczność korzystania z gwarancji depozytu wpłaconego do oddziału banku zagranicznego, to najpierw korzystamy z systemu gwarancji obowiązującego w kraju-siedzibie banku, a gdyby ten system był słabszy od polskiego, to tę różnicę „wyrówna” BFG.

Czy na pewno dostanę pieniądze z BFG?


Na pewno. W szczególności, jeśli jesteś klientem banku jako osoba fizyczna (zwykłym Janem Kowalskim) nie masz się czym martwić. Przepisy mówią, kto nie jest objęty ochroną, ale dotyczy to przede wszystkim Skarbu Państwa, innych banków, SKOK-ów, instytucji finansowych, firm inwestycyjnych i emerytalnych, czyli podmiotów, które powinny się znać na tym, komu powierzają swoje pieniądze.

Nie dziwi więc, że ochroną gwarancyjną nie jest objęty też sam BFG, bo w końcu na bezpieczeństwie wkładów zna się najlepiej w Polsce.


środa, 13 czerwca 2018

083. Jak inwestują bogaci?

Wcale nie trzeba lokować pieniędzy tylko w banku. One rzeczywiście są tam bezpieczne. Ale w dzisiejszych realiach dają niestety niewielki zarobek. Kusi więc możliwość inwestowania w waluty obce, obligacje, nieruchomości, dzieła sztuki i nie tylko. O nieograniczonych zarobkach na takich, niekiedy bardzo nietypowych, operacjach można poczytać w wywiadach z bardzo bogatymi ludźmi. Stąd już o krok od decyzji typu „ja chcę tak samo”. Tym bardziej, że to rozumowanie wykorzystują sprzedawcy niezwykłych okazji finansowych. Sęk w tym, że pomijają niektóre aspekty…


Ryzyko i płynność.


Przyjęło się, żeby porównywać lokatę do innych możliwości inwestycyjnych. Jeżeli te porównania ograniczyć tylko do rentowności (inaczej zwrotu, albo po prostu zarobku), to lokata zdecydowanie przegrywa. Lokata jest bowiem inwestycją o najmniejszej rentowności. Niekiedy nawet niższej niż poziom inflacji i wówczas naszych pieniędzy realnie jest coraz mniej.

Ale rentowność to nie wszystko…


Jest jeszcze kwestia bezpieczeństwa i płynności. I w tych obszarach lokata bankowa zdecydowanie wygrywa: nasze pieniądze ulokowane w banku są bezpieczne (odzyskamy je nawet, jeśli bank zbankrutuje) i są maksymalnie płynne (w każdej chwili możemy zerwać lokatę i mieć pieniądze do dyspozycji).
W przypadku innych form inwestowania mamy inne (NIŻSZE) poziomy bezpieczeństwa i płynności. O jednym i drugim przekonali się właśnie inwestorzy w obligacje GetBacku. Ale to skrajny przypadek, w którym widać jak na dłoni, że brak bezpieczeństwa i brak płynności stoją ramię w ramię. Co mam na myśli? Gruchnęła wieść, że z emitentem obligacji jest źle (bezpieczeństwo) to i chętnych na wyemitowane już obligacje nie ma (płynność), a Giełda Papierów Wartościowych zawiesiła notowania akcji.

Jeżeli nie inwestujemy samodzielnie, to bardzo ważne jest, komu powierzyliśmy nasze pieniądze. Kto gwarantuje ich zwrot? Czy jest to Bankowy Fundusz Gwarancyjny, Skarb Państwa, bank, czy tylko firma o intrygującej nazwie i barwnym modelu biznesowym?

Jeżeli zainwestujemy samodzielnie np. w nieruchomości, to po pierwsze nie ma pewności, że ich wartość rynkowa nie spadnie (bezpieczeństwo). I po drugie: spieniężenie nawet najbardziej atrakcyjnej działki budowlanej trwa dłużej niż zerwanie lokaty (płynność). To może zaboleć, jeśli naprawdę będzie nam zależało na czasie. Zwłaszcza, jeśli kupujący się zorientują…

Dywersyfikacja, czyli jeden koszyk to za mało.


Duzi inwestorzy, którzy lokują naprawdę znaczne kwoty, uwzględniają w swoich planach zarówno spodziewany zarobek, jak i płynność i bezpieczeństwo. Dlatego dzielą swoje pieniądze na portfele o różnej charakterystyce (różny poziom zarobku, płynności i bezpieczeństwa). W zależności od sposobu zarządzania tymi pieniędzmi różnicują tylko sposób lokowania (rachunek bankowy, obligacje przedsiębiorstw, nieruchomości, działa stuki), albo uwzględniają też dodatkowe czynniki (np. geografię: część pieniędzy jest ulokowana w Europie, część w Ameryce Południowej a część w Rosji).

Takie postępowanie to dywersyfikacja.

Jej celem jest podzielenie ryzyka na mniejsze fragmenty. Dla każdej inwestycji istnieje prawdopodobieństwo niepowodzenia. Ale prawdopodobieństwo tego, że niepowodzenie wystąpi jednocześnie w kilku naprawdę różnych inwestycjach jest znacznie mniejsze.

Analogicznie: każdy sposób lokowania wiąże się z typową dla siebie płynnością. Jeśli pieniądze zostaną podzielone na portfele uwzględniające także ten czynnik, to w przypadku konieczności szybkiego ich odzyskania, zawsze znajdzie się inwestycja, z której będzie można wyjść bez kłopotu. Prawdopodobieństwo tego, że wszystkie nasze inwestycje okażą się akurat niepłynne, będzie minimalne.

Strategia inwestycyjna.


To świadomy podział pieniędzy pomiędzy sposoby inwestowania, które różnią się oczekiwanym zwrotem (zarobkiem), płynnością i poziomem ryzyka.

Kluczem jest zrozumienie, że zwrot z inwestycji jest tym większy, im większy jest poziom ryzyka. W finansach cudów nie ma. Są natomiast istotne czynniki psychologiczne. Każdy z nas ma inne oczekiwania co do zarobku i inną skłonność do podejmowania ryzyka. Są tacy, którzy ryzyko wykluczają całkowicie. Inni dopuszczają je w charakterystycznym dla siebie zakresie. Jedni mniejszym. Inni większym. To sprowadza się w praktyce do podzielenia swoich zasobów na poszczególne inwestycje.

Wszystkiego nie da się przewidzieć.


Wiele sposobów inwestowania wiąże się z brakiem pewności rezultatów. Analiza historycznych notowań, choć pouczająca sama w sobie, nie zapewnia bezpieczeństwa. Historia uczy, ale nie udziela gwarancji. Z doświadczenia inwestora, który szczyci się, że na akcjach firmy X „zawsze zarabiał 20% rocznie” albo z obserwacji, że „cena waluty Y zawsze rośnie jesienią o 10%” nie wynika, że tak będzie w przyszłości. To błędne myślenie psychologowie nazywają duplikacją przeszłych doświadczeń. I jest równie trafne, co przewidywanie wojny na podstawie tego, że „wyngiel je we wiosce”.

Stop loss. Take profit.


Dlatego wytrawni inwestorzy korzystają z mechanizmu ograniczającego ich straty do ściśle określonej wielkości. Tak! Tak!. Inwestorzy najpierw myślą o ryzyku. I poważnie biorą pod uwagę możliwość niepowodzenia. Korzystają wówczas z mechanizmu stop loss, który spieniężą ich inwestycję, w momencie, gdy strata liczona w czasie rzeczywistym osiągnie ustalony poziom.

Najłatwiej wyjaśnić to na przykładzie notowań giełdowych. Inwestor kupuje akcję spółki ALFA po 10 złotych za akcje i ustawia stop lossa na poziomie 8 złotych. W przypadku, gdy cena akcji spółki ALFA spadnie do poziomu 8 złotych nastąpi ich automatyczna sprzedaż. Inwestor poniesie stratę, ale nie większą niż 20%.

Co ciekawe analogiczny mechanizm stosowany jest w przypadku realizacji zysków. Nazywa się take profit. W obu przypadkach chodzi o to samo: aby odciąć się od myślenia, że kurs się odbije i strata będzie mniejsza, albo że kurs będzie rósł i wciąż zarobię jeszcze więcej. To pułapka…

Czego można się nauczyć od bogaczy?


  • Podejmowania świadomych decyzji. 
  • Dywersyfikowania.
  • Uwzględniania Płynności.
  • Myślenia o potencjalnej stracie.
  • Ustawiania mechanizmów typu stop loss.

Nie ma sensu granie na siłę. Nie ma co udawać, że będziemy inwestować na peruwiańskiej giełdzie, zwłaszcza jeśli nie dysponujemy milionami. Ale jeśli odkładamy na edukację naszych dzieci albo na własną starość, to może nie inwestujmy wszystkiego w ryzykowane przedsięwzięcia…

środa, 9 maja 2018

078. Ekonomiczny Wyścig Pokoju, czyli jak gospodarczo przegonić Czechów?


Jak byłem mały to zawsze 9 maja startował Wyścig Pokoju, największy amatorski wyścig kolarski w Europie Wschodniej, w którym organizatorom równie mocno chodziło o rywalizację sportową, co o „umacnianie przyjaźni między bratnimi krajami: Polską, Czechosłowacją i Niemiecką Republiką Demokratyczną”.

Czasy się zmieniły. Z trzech państw organizujących WP istnieje tylko Polska. Wyścig Pokoju po raz ostatni odbył się w roku 2006. Rywalizacja przeniosła się do innych dyscyplin, w tym do gospodarki. I choć oficjalnie takich zawodów nie ma, to porównujemy się przecież do Czechów, Słowaków i innych sąsiadów, związanych niegdyś z nami „braterską przyjaźnią”, bo startowaliśmy z podobnego poziomu, mając podobne możliwości budowania gospodarki rynkowej.

Jak nam idzie po dwudziestu latach gospodarki rynkowej?

Wzrost gospodarki.


Pod względem wielkości nasza gospodarka jest zdecydowanie większa niż czeska, słowacka i węgierska. Jeżeli jednak przejdziemy na obliczenia per capita (czyli wielkości gospodarki określanej wartością PKB – produktu krajowego brutto – ale przeliczonego na jednego mieszkańca) okaże się, że wyprzedzamy jedynie Węgrów (dane GUS za rok 2016).
PKB na 1 mieszkańca w dolarach USA; źródło GUS

Wprawdzie z tej grupy państw to właśnie Polska szczyci się największym wzrostem procentowym PKB per capita w okresie od 1995 do 2016 (263,1%), ale wartość nominalna tego przyrostu (20.151 USD) jest niższa niż w Czechach (21.022 USD) i na Słowacji (21.990 USD). Czyli mówiąc – utrzymując tempo rozwoju gospodarki, jakie mamy, nie dogonimy tych krajów w wartości PKB przypadającej na mieszkańca. Jakimś pocieszeniem jest, że przegoniliśmy Węgrów…

Co gorsza pod względem PKB per capita zdecydowanie bardziej dynamiczne są kraje bałtyckie, które w komplecie startowały w roku 1995 ze znacznie słabszej pozycji niż Polska, ale dziś Estonia i Litwa są już przed nami, a Łotwa się zbliża…

Światowy ranking konkurencyjności.


W przygotowanym na Światowe Forum Ekonomiczne raporcie poświęconym konkurencyjności gospodarek poszczególnych krajów świata Polska zajęła 36 miejsce (źródło: The Global Competitiveness Report 2016-2017). To nasza najlepsza pozycja w historii – wcześniej plasowaliśmy się poniżej 40 pozycji. Zdecydowanie wyprzedzamy Słowaków i Węgrów zajmujących odpowiednio 65 i 69 miejsce w rankingu) ale daleko nam do Estonii (30 miejsce) i Czech (31 miejsce).

Daleko, bo jeśli przyjrzeć się bliżej dwunastu kryterium stosowanym przez autorów raportu, to nad Czechami i Estonią mamy przewagę tylko w jednym: wielkości rynku wewnętrznego. W jedenastu pozostałych przegrywamy z nimi, a porażka jest szczególnie dotkliwa w takich obszarach jak instytucje, otoczenie makroekonomiczne i wydajność rynku pracy, w których nasi konkurenci uzyskali oceny lepsze o mniej więcej jeden w siedmiostopniowej skali, jaką zastosowano w badaniu.

Co przeszkadza przedsiębiorcom w Polsce?

Autorzy raportu o konkurencyjności nazywają to „najbardziej problematycznymi czynnikami dla prowadzenia biznesu”. Respondenci zostali poproszeni o wskazanie pięciu największych utrudnień dla robienia biznesu w danym kraju i ich uszeregowanie od najbardziej kłopotliwego do najmniej. 

W Polsce największym problemem okazały się przepisy podatkowe. Dla ankietowanych przedsiębiorców to musi być ważne, gdyż czynnik ten uzyskał zdecydowanie najwięcej głosów (20,8%) - o połowę więcej od drugiego w zestawieniu, którym jest restrykcyjne prawo pracy (14,1%). Kolejne czynniki to niestabilność polityczna (12,5%), stawki podatkowe (12,3% - a więc znowu podatki!) i nieefektywna biurokracja (8,7%). Narzekamy na biurokrację, ale wygląda na to, że na tle gąszczu prawa podatkowego i prawa pracy, wcale nie jest tak źle. Zwłaszcza w porównaniu do Republiki Czeskiej.

A co w Czechach i Estonii?

W Czechach jako główny problem wskazano nieefektywną biurokrację (19,7% głosów). Zaskakujące, prawda? Okazuje się, że gdzieś może być gorzej niż u nas. W Czechach głównymi utrudnieniami są także podobnie jak w Polsce przepisy podatkowe (16,0%), niestabilność polityczna (10,6%) i stawki podatkowe (10,0%). Zaskakujący jest jednak czynnik, który w tym niechlubnym zestawieniu zajął trzecie miejsce. Jest nim korupcja, na którą zagłosowało 11,3% respondentów. Dla porównania: w Polsce według ankietowanych to problem marginalny, którzy otrzymał 1,5% głosów!

W Estonii największym problemem są stawki podatkowe (18,2%). Ale kolejne dwie pozycje zajmują czynniki ludzkie: nieadekwatne wykształcenie siły roboczej (17,3%) i niewystarczający potencjał do innowacji (10,2%). Dla odmiany Polska w obu tych obszarach jest liderem wśród krajów naszego regionu. Możliwe, że właśnie te różnice sprawiają, że na Estonię patrzymy jak na kraj zdecydowanie bardziej egzotyczny niż Czechy, Słowacja czy Węgry.

Regionalny czempionat biznesu.


Gdy patrzy się na zestawienie najbardziej problematycznych czynników wpływających na prowadzenie działalności gospodarczej w naszej części Europy widać jak na dłoni, że idealnego miejsca do biznesu nie ma.

Na tle sąsiadów mamy potencjał w ludziach (wykształcenie siły roboczej i potencjał innowacyjny). Mamy minimalną korupcję i stosunkowo niezłą biurokrację. I jest już na czym budować. Oczywiście, widać jak na dłoni, czym przegrywamy: podatkami i prawem pracy. I tutaj potrzebne są zmiany. Zaskakujące jest, że akurat te czynniki są tak dobrze oceniane na Węgrzech. Może w tych obszarach warto pójść węgierską drogą?

Można też zbudować piekło gospodarcze. Składając czeską biurokrację, polskie podatki, estońską edukację pracowników, słowacką korupcję i węgierską niestabilność polityczną.

Ale przecież nie o to chodzi!

Źródła danych:
https://www.weforum.org/reports/the-global-competitiveness-report-2016-2017-1
https://stat.gov.pl/statystyka-miedzynarodowa/porownania-miedzynarodowe/tablice-o-krajach-wedlug-tematow/rachunki-narodowe/

środa, 2 maja 2018

077. Jak świat postrzega polską gospodarkę?


Początek maja obfituje w święta związane z Polską. Dziś Święto Flagi. Jutro rocznica Konstytucji Trzeciego Maja. Doskonała okazja, żeby przyjrzeć się polskiej gospodarce. A konkretnie temu, jak ją widzą zagraniczni przedsiębiorcy. Nie chodzi o to, że ich opinia jest najważniejsza, bo gospodarkę budujemy przede wszystkim dla samych siebie, ale bardzo ciekawe, co myślą o kraju, w którym sami zdecydowali się działać, albo przynajmniej o tym myślą.

Atrakcyjność inwestycyjna.


Punktem wyjścia niech będą wyniki ankiety atrakcyjności inwestycyjnej krajów Europy Środkowo-Wschodniej, przeprowadzanej od trzynastu lat przez International Group of Chambers of Commerce in Poland (IGCC). To organizacja założona w roku 2005 i zrzeszająca obecnie trzynaście działających w Polsce międzynarodowych izb handlowych, reprezentujących ponad 2.000 firm z kapitałem zagranicznym.

Z ankiety przeprowadzonej na początku roku 2018 wśród 1.700 przedsiębiorstw (z tego 300 działających w Polsce), wynika, że trzeci rok z rzędu nasz kraj zajmuje drugie miejsce pod względem atrakcyjności inwestycyjnej. Wyprzedzają nas Czechy. A za nami jest Estonia. Wcześniej, w latach 2013-2015 to Polska była liderem, a Czechy zajmowały drugie miejsce.

Stan polskiej gospodarki oceniany jest pozytywnie: 96,4% respondentów wybrało określenie „dobry” lub „zadowalający”. Jeśli chodzi o perspektywy na przyszłość to 54% ankietowanych uważa, że w obecnym roku stan polskiej gospodarki nie ulegnie zmianie. Jedna trzecia prognozuje, że kolejne miesiące jawią się jako lepsze, a blisko 12% obawia się pogorszenia.


W czym Polska wypada najlepiej?


Za najważniejszy czynnik wzmacniający atrakcyjność inwestycyjną Polski, ankietowani od lat uznają członkostwo w Unii Europejskiej. W roku 2018 czynnik ten osiągnął przeciętną wartość 4,50 (w skali 1-5). Nasze kolejne cztery silne strony związane są z pracownikami. Są to: kwalifikacje pracowników (3,76); wykształcenie akademickie (3,72); produktywność i zmotywowanie pracowników (3,62) oraz jakość i dostępność lokalnych pracowników (3,52), przy czym ocena tego ostatniego czynnika spadła w ciągu roku o 0,09.


A w czym najgorzej?


Wśród pięciu najgorzej ocenionych czynników inwestycyjnych aż cztery dotyczą polityki i administracji. Według ankietowanych najsłabiej jest u nas ze stabilnością polityczną i społeczną, która uzyskała średnią ocenę 2,43. Minimalnie lepiej wypadła przewidywalność polityki gospodarczej (2,44), następnie system i instytucje podatkowe (2,64) i obciążenia podatkowe (2,70). Piątym najniżej ocenionych czynnikiem jest dostępność wykwalifikowanej kadry (2,75).


Co się zmienia na lepsze?


Największą zmianę in plus ankietowani przypisali systemowi kształcenia zawodowego. Wprawdzie ocena bieżąca jest wciąż niska i wynosi 2,88, ale w ciągu roku poprawiła się o 0,21. O 0,20 poprawiła się średnia ocena przewidywalności polityki gospodarczej, dzięki czemu w roku 2018 ten czynnik przestał być najniżej ocenianym. Przedsiębiorstwa biorące udział w badaniu pozytywnie oceniają też zmiany w prawie pracy, ocena jego elastyczności wzrosła w porównaniu z ubiegłoroczną ankietą o 0,14.

A z czym jest coraz gorzej?


Zdaniem ankietowanych przede wszystkim z dostępnością wykwalifikowanej kadry. W porównaniu z rokiem 2017 średnia ocena tego wskaźnika spadła o 0,14. Na niekorzyść Polski działają też rosnące koszty pracy (spadek oceny tego czynnika o 0,13) oraz jakość i dostępność lokalnych pracowników (spadek o 0,09).
A zatem jesteśmy w czołówce, choć wielu z nas ma problem z tym, że Czesi są przed nami. Cieszy wysoka ocena potencjału naszych rodaków: kwalifikacji, wykształcenia i poziomu motywacji. Niestety barierą jest coraz mniejsza dostępność ludzi do pracy. No i ta administracja...