Prostym językiem o ekonomii ...

środa, 11 lipca 2018

087. Matura 1924 w Poznaniu. Zadanie z ekonomii dobroczynności. Rozwiążesz?

Dokładnie rok temu po raz pierwszy zająłem się „ekonomicznymi” zadaniami z przedwojennych matur. Jako ciekawostkę przedstawiłem ekonomiczne tematy maturalne z języka polskiego. Tak, tak były takowe. Zainteresowanych odsyłam do posta 033. Ale o wiele częściej ekonomia (czy też matematyka finansowa) gościła pośród tematów na maturze z matematyki.


W międzyczasie właśnie temat przedwojennych matur stał się najbardziej popularny na moim blogu. Mam więc nadzieję, że kolejne zadanie, które dziś przedstawiam, znajdzie liczną grupę czytelników.

No to rozwiązujemy…

Treść zadania.


Obywatel, zapisując na szpital 150.000 zł, dodaje warunek, by z dochodów wypłacano służącemu dożywotnio po 1.200 zł rocznie z góry, a na cele szpitala po 3.000 zł. Reszta odsetek ma zwiększać kapitał, a dopiero po śmierci służącego cały dochód może zużywać szpital. Obliczyć ten dochód, jeśli służący żył 10 lat, a oprocentowanie liczono po 3 ½ %.

Źródło: „Sprawozdanie dyrekcji Państwowego Gimnazjum Św. Marji Magdaleny w Poznaniu za rok szkolny 1923/24 (zadanie dla oddziału typu starego; pisownia oryginalna).

Komentarz do zadania.


Im dłużej zajmuję się przedwojennymi zadaniami maturalnymi, tym większe mam wrażenie, że ich autorzy wykorzystywali je jako okazję do kształtowania postaw życiowych maturzystów. Tak też jest w tym zadaniu, które nieco żartobliwie określam mianem ekonomii dobroczynności.

Mamy bowiem darczyńcę przekazującego na szpital znaczną (nawet w dzisiejszych czasach) kwotę 150.000 zł. Kwota ta nie jest jednak w pełnej dyspozycji szpitala, co jest dość zaskakujące dla współczesnego czytelnika. Darowizna spoczywa bowiem na rachunku bankowym, a szpital ma prawo jedynie korzystać z dochodów z tego kapitału i to po uwzględnieniu uprawnień służącego, o którym darczyńca nie zapomniał (1.200 zł rocznie dożywotnio, czyli kolejny element filantropijny w tym zadaniu).

Bez dyskusji należy przyjąć, że oprocentowanie od darowanej kwoty liczone jest w skali roku (świadczą o tym pozostałe parametry zadania – wypłaty roczne z dochodów i brak wzmianki o innym niż roczny sposobie naliczania odsetek). Dopóki będzie żył służący, z naliczonych odsetek bank będzie wypłacał corocznie 4.200 złotych (1.200 zł dla służącego i 3.000 zł dla szpitala), a resztę odsetek skumuluje na rachunku. Gdy służący umrze (a nastąpi to po dziesięciu latach) całość odsetek naliczanych rocznie będzie przysługiwać szpitalowi.

W zadaniu chodzi o określenie kwoty odsetek, którą docelowo będzie otrzymywał szpital. Oczywiście będzie ona zależna od salda rachunku, jakie wystąpi za dziesięć lat.

Tu w zasadzie pojawia się jedyna wątpliwość w treści zadania. Jak bowiem rozumieć określenie „z dochodów [..] wypłacić z góry”? Moim zdaniem warunkiem dokonania wypłaty jest osiągnięcie dochodu, czyli pierwsza płatność na rzecz uprawnionych nastąpi po upływie roku, gdy bank naliczy odsetki. W pierwszym roku będzie to kwota 5.250 zł, z której bank wypłaci 1.200 służącemu, 3.000 szpitalowi a 1.050 doda do salda rachunku darowizny.

Nieco mylące jest tu określenie „z góry”. Gdyby pierwsza wypłata nastąpiła na początku pierwszego roku istnienia rachunku, to rzeczywiście byłoby to „z góry”, ale nie byłoby mowy o wypłacie „z dochodów”. Dlatego będę się trzymał mojego rozumienia sytuacji w tym zadaniu: najpierw dochód, potem wypłata dla szpitala i służącego.

Słowo o zmiennej wartości pieniądza.



Zadanie może trochę zaskakiwać, jeśli będziemy na nie patrzeć przez pryzmat współczesnej wartości pieniądza. Otóż może wydawać się, że jakkolwiek sama darowizna jest znaczna – 150.000 złotych, to jednak przysługujący służącemu i szpitalowi dochód roczny (odpowiednio 1.200 zł i 3.00 zł, czyli miesięcznie 100 zł i 250 zł.) wydaje się śmiesznie mały.

Błędem jest jednak spoglądanie na ówczesny pieniądz dzisiejszymi oczyma.

Kwota 150.000 nawet dziś jest kwotą znaczną. W roku 1924 była jednak prawdziwą fortuną. Pamiętajmy, że gospodarka Polski była wówczas zrujnowana zaborami, pierwszą wojną światową, wojną polsko-bolszewicką i hiperinflacją, która w zasadzie zniszczyła polski pieniądz. Naprawdę niełatwo było znaleźć kogoś, kto wiosną roku 1924, trzy miesiące po reformie walutowej Grabskiego dysponowałby taką kwotą w gotówce.
Obowiązująca wówczas stopa procentowa rzędu 3,5% zapewniała od kwoty 150.000 zł odsetki roczne w wysokości 5.250 zł, co odpowiada miesięcznej wartości 437,50 zł. I dziś kwota ta budzi uśmiech na twarzy.
Uśmiech zniknie, jeśli odniesiemy tę kwotę do ówczesnych zarobków korzystając z danych Małego Rocznika Statystycznego wydanego przez Główny Urząd Statystyczny w roku 1935. Wyczytamy tam, że dniówka robotnika rolnego wynosiła wówczas od 3,90 zł wiosną i jesienią do 5,60 zł. latem. To stawki dla mężczyzn. Dla kobiet wynosiły one odpowiednio 2,60 i 3,50. Oznacza to, że mężczyzna pracujący jako robotnik rolny mógł zarobić latem do 168 zł miesięcznie, pod warunkiem, że znalazł pracodawcę na trzydzieści dni w miesiącu. Ta sama skuteczność na rynku pracy wiosną i jesienią dawała mu ledwie 117 złotych miesięcznie. A rozważania są skrajnie teoretyczne, zważywszy na wysokie bezrobocie, wydolność organizmu i zwyczaje w Polsce, które ograniczały pracę do maksymalnie sześciu dni w tygodniu.
W maju 1932 roku przeciętne tygodniowe zarobki robotnika „w wielkim i średnim przemyśle przetwórczym” wynosiło 28,90 zł, czyli dochodziło do 130 złotych miesięcznie. Taka posada była spełnieniem marzeń zwykłych ludzi: zarobki były wypłacane co miesiąc i nie były uzależnione od pory roku.
Nieco lepiej sytuowani byli mundurowi i pracownicy administracji. W roku 1935 kapral Wojska Polskiego zarabiał miesięcznie 137 złotych (167 złotych, jeśli posiadał rodzinę), najliczniejsza dziesiąta grupa uposażenia w administracji państwowej (należało do niej wówczas 41.949 osób) miała wynagrodzenie miesięczne wynoszące 160 zł, a pensja na najniższym stanowisku w policji (posterunkowy w służbie zwykłej) to 190 złotych (150 zł pensji podstawowej i 40 złotych dodatku).
To dane za lata 1928 i 1935. Nasze zadanie osadzone jest w realiach roku 1924. Na stronie 179 Małego rocznika statystycznego 1935 możemy zobaczyć wykres przedstawiający zmianę siły nabywczej płac robotniczych względem poziomu z roku 1928. Okresem o najniższej realnej wartości płac były właśnie lata 1921-1923, gdy stanowiły one ledwie połowę wartości nabywczej z roku 1928.
Wracając do zadania: służący, któremu zapisano dożywotnio 1.200 rocznej pensji (100 złotych miesięcznie), miał zapewnione dochody zbliżone do pensji posterunkowego policji państwowej z roku 1935. A przecież mógł jeszcze podjąć jakąkolwiek dodatkową pracę, choć powiadano wówczas, że da się przeżyć za 60 zł. miesięcznie (źródło: „Jak się żyło przed wojną Wymarzone 200 zł” Tygodnik Zamojski 52 z 2012).
Z kolei kwoty zapisane szpitalowi pozwalały mu sfinansować pensję dwóch szeregowych pracowników w okresie życia służącego i czterech po jego śmierci. Przeliczając to na dzisiejsze warunki mielibyśmy płatności rzędu 6 tys. i 12 tys. Co miesiąc i bez ograniczenia czasowego. Naprawdę godna darowizna.

Rozwiązanie w Excelu.


Tego typu zadania są wręcz idealne do przeprowadzenia symulacji excelowej.

W kolejnych kolumnach mamy: saldo otwarcia, naliczone odsetki, wypłatę na rzecz szpitala i służącego (łącznie 4,2 tys. zł.) i część odsetek, która zostanie dodana do salda rachunku darowizny. Ostatnia wypłata dla służącego następuje na koniec dziesiątego roku. Więc całość odsetek naliczona w roku jedenastym przysługuje już szpitalowi.



Odpowiedzią jest więc kwota 5.681,13 zł.

Ale jak to obliczyć bez Excela?


Z tym zadaniem zostawiam PT Czytelników do końca miesiąca. Wśród osób, które nadeślą poprawne odpowiedzi (proszę korzystać z formularza kontaktowego) rozlosuję nagrodę książkową. 
Rozwiązanie zadania przedstawię 1 sierpnia.
Powodzenia.

środa, 4 lipca 2018

086. SPLIT PAYMENT. Jak zatrzymać wyłudzenia VAT-u?

Bieżący rok obfituje w nowości prawne. Najbardziej znane jest oczywiście RODO, które każdy z nas zapewne już poczuł na własnej skórze, choćby jako klient sklepów internetowych. Ale to nie wszystko. W cieniu zmian, o których głośno we wszystkich mediach, 1 lipca weszły w życie przepisy o split payment, czyli podzielonej płatności, które bezpośrednio dotyczą jedynie przedsiębiorstw, więc nie zdobyły przebojem ani najlepszego czasu antenowego telewizji informacyjnych ani pierwszych stron prasy.

Zaskoczony nie jestem, bo temat niszowy, ale jednak ciekawy, bo chodzi o naprawdę grubą kasę.

Najważniejszy podatek w Polsce.


Chodzi bowiem o VAT, czyli o najważniejszy dla budżetu państwa podatek. W roku 2017 VAT stanowił dokładnie połowę dochodów podatkowych polskiego budżetu państwa i 45% całości jego dochodów. Z tego podatku pozyskano dla budżetu prawie 160 mld złotych, podczas gdy wydatki budżetowe wyniosły nieco ponad 375 mld złotych. Bez wpływów z VAT państwo nie istniałoby w tej postaci, jaka znamy, a to już miałoby wpływ na nas wszystkich.

Kwoty w miliardach zł. Źródło: www.mf.gov.pl
Nie dziwi więc, że to w obszarze tego podatku są największe straty. Szacuje się, że w roku 2015 luka podatkowa z tytułu VAT wyniosła 40 mld złotych. Ogromna kwota. W uproszczeniu: gdyby te 40 mld złotych wpłynęło do budżetu, można by zmniejszyć podstawową stawkę podatku dochodowego od osób fizycznych z 19% do mniej więcej 5% i rachunek wciąż by się zgadzał.

To oczywiście teoria: rząd znalazłby inny sposób, jak te dodatkowe pieniądze wydać. Ale widać jak na dłoni, gdzie są prawdziwe pieniądze…

Wszyscy płacimy VAT.


To prawda i nieprawda. Prawda, bo w cenie każdego legalnie kupowanego przedmiotu czy usługi znajduje się podatek VAT. Część kwoty, którą wręczamy sprzedawcy tak naprawdę do niego nie należy. Wedle prawa ma się z nią rozliczyć z urzędem skarbowym, czyli odprowadzić podatek VAT do budżetu. I prawdę mówiąc to od niego zależy, czy zrobi to uczciwie, czy nie. Może się więc zdarzyć, że podatek VAT, który zapłaciłeś w cenie produktu i nawet wziąłeś paragon albo fakturę, nigdy nie zasili budżetu państwa, bo sprzedawca wykorzysta go do własnych celów. Mówiąc wprost: ukradnie te pieniądze.

To ma jeszcze większe znaczenie w obrocie pomiędzy firmami, bo tam występują większe kwoty transakcji, a więc większe podatki. Dlatego w niektórych sytuacjach obowiązuje tzw. solidarna odpowiedzialność za zaległości podatkowe. W uproszczeniu chodzi o to, że nawet jeśli firma zapłaciła za towar, ale sprzedawca nie rozliczył się z VAT-u, to urząd skarbowy ma prawo żądać zapłaty tego podatku od kupującego. Dla kupującego to zmora: może się bowiem zdarzyć, że działając w pełni legalnie będzie musiał dwukrotnie zapłacić podatek, bo miał pecha i handlował z nieuczciwym kontrahentem.

Jak się nie dać okraść?


Jednym z pomysłów jest właśnie split payment. Przepisy weszły w życie w niedzielę i obowiązują wyłącznie w rozliczeniach bezgotówkowych między firmami. Chodzi o to, że kupujący będzie mógł dokonać zapłaty jak dotychczas jednym przelewem obejmującym kwotę netto i podatek VAT. Albo może to zrobić „po nowemu”, czyli w trybie płatności podzielonej, gdzie kwota netto trafi – jak dotąd – na rachunek bieżący sprzedającego, a podatek na jego rachunek VAT. Sprzedający będzie widział pieniądze znajdujące się rachunku VAT, ale będzie mógł nimi zapłacić wyłącznie podatek VAT: albo urzędowi skarbowemu albo swojemu dostawcy. Zniknie możliwość wykorzystania tych pieniędzy do innych celów.

Plusy i minusy, czyli suma zmartwień.


Każdej firmie, która zdecyduje się za zapłatę w trybie płatności podzielonej, zniknie jedno zmartwienie: nie będzie solidarnie odpowiadała za oszustwa podatkowe swoich kontrahentów (obowiązuje to tylko w zakresie tych płatności, które zostaną przesłane nowym sposobem). Wydaje się, że to bardzo poważna zachęta do skorzystania z tej opcji.

Pojawiają się jednak minusy, których dotąd nie było. W ramach split payment nie będzie można zapłacić jednym przelewem za wiele faktur. W przypadku firm, które dotychczas tak postępowały, uwolnienie się od odpowiedzialności za kontrahenta będzie więc miało swoją cenę: trzeba będzie wysłać więcej przelewów, a więc zapłacić więcej bankom. Niby wydatek nieduży, ale denerwujący…

Denerwujące będzie też to, że środki na rachunku VAT, nie będą – jak dotąd - w pełnej dyspozycji jego posiadacza. Bez kłopotu będzie nimi można zapłacić jedynie podatek VAT. To już wywołuje dyskusję o wpływie split payment na płynność (mój artykuł w tej sprawie TUTAJ) i deklarowaną niechęć części przedsiębiorców do tego rozwiązania. Z całą jednak pewnością, jeśli firma otrzyma pieniądze na rachunek VAT, to sama będzie musiała włączyć się w nowy sposób rozliczeń, bo przecież nie pozwoli na to, aby pieniądze będą leżały bezużytecznie na niedostępnym rachunku.

Kto to wymyślił?


Split payment jest rozwiązaniem zalecanym przez Komisję Europejską jako jedno z rozwiązań doszczelniających system poboru podatku VAT, który jest największym źródłem dochodów wszystkich państw Unii Europejskiej.

Jego wprowadzenie to indywidualna sprawa poszczególnych krajów. W różnych formach system ten obowiązuje już w Czechach, Turcji i we Włoszech. W porównaniu do tamtych rozwiązań, nasze jest wprowadzone z największym zakresie, ale tez w sposób zdecydowanie najmniej uciążliwy dla przedsiębiorców.

Kto zapłacił za nowy system?


Przede wszystkim banki, które musiały zbudować systemy rozliczające płatności podzielone. To ogromne inwestycje w IT, które musiały być zrealizowane, nawet gdyby wszyscy klienci deklarowali, że nie zamierzają korzystać z nowych możliwości. W bankowości dotychczas istniał system rozliczania płatności; teraz są dwa. To kosztuje…

Banki musiały też otworzyć bezpłatnie rachunki VAT wszystkim swoim klientom i wpiąć je w swoje systemy. To duża operacja organizacyjna, także związana ze sporymi wydatkami.

Korekty systemów informatycznych musiały też być przeprowadzone w systemach finansowo-księgowych tych firm, które mają zautomatyzowane procesy księgowań – to dotyczy generalnie średnich i dużych firm. Wydatki z pewnością były mniejsze niż w przypadku banków, ale też znaczące dla ich budżetów.

Co dalej?


Trzeba będzie obserwować, jakie skutki przyniesie split payment. Dla budżetu. Dla płynności firm. Dla kosztów prowadzenia ich działalności.

Z pewnością Polska stała się liderem wprowadzenia tej zmiany w Europie, a mówi się, że rząd chce wprowadzić system płatności podzielonych jako obowiązkowy, a nie dobrowolny jak obecnie. Stosowne wnioski do Komisji Europejskiej zostały już wysłane…










środa, 27 czerwca 2018

085. Co się dzieje, gdy padnie bank?



Nikomu nie życzę, żeby bank, w którym trzyma pieniądze, miał kłopoty. Ale skoro istnieje w Polsce system gwarantowania depozytów, to warto wiedzieć, jak on zadziała w praktyce. Czyli w sytuacji, gdy będzie potrzebny, żeby uprawniona osoba otrzymała pieniądze. Tym bardziej, że – niestety – od czasu do czasu problemy banków (a częściej SKOK-ów) się zdarzają, co najlepiej widać na stronie internetowej Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, gdzie w zakładce „Trwające wypłaty” mamy 13 pozycji (11 SKOK-ów i 2 banki). Taka prawda. Zobaczcie sami TUTAJ.


Zawieszenie działalności banku.


Punktem wyjścia jest decyzja Komisji Nadzoru Finansowego o zawieszeniu działalności banku albo SKOK-u. Następuje to wówczas, gdy bank lub kasa utraciły już swoją płynność (czyli nie regulują już zobowiązań w zakresie wypłaty pieniędzy swoim klientom) albo, gdy dokumenty wskazują na to, że płynność utracą w przyszłości (czyli, gdy z bilansu wynika, że aktywa nie są wystarczające dla pokrycia zobowiązań).

Na tym etapie procedury, możliwe jest jeszcze, że taki problematyczny bank, zostanie przejęty przez inny, który poradzi sobie z problemami banku przejmowanego. Jeśli jednak nie znajdzie się chętny, albo chętny jest, ale w ocenie KNF nie poradzi sobie w trudnościami banku przejmowanego, składany jest wniosek o upadłość i to rozpoczyna twardą procedurę gwarancyjną.

Jak się dowiem, że mój bank ma zawieszoną działalność?




Odczujesz to na własnej skórze, tzn. nie wypłacisz gotówki i nie zrealizujesz przelewu. Najprawdopodobniej nawet nie wejdziesz do placówki bankowej i do modułu płatności w bankowości internetowej. Tam też będą stosowne komunikaty.

Na pewno poinformuje o tym Bankowy Fundusz Gwarancyjny, a temat przez pewien czas będzie obecny w mediach.

Do gry wchodzi BFG.


W międzyczasie BFG będzie już pracował nad organizacją gwarantowanych wypłat.

W ciągu trzech dni powstanie lista deponentów, czyli osób uprawnionych do otrzymania pieniędzy. Prawdę mówiąc dla sektora bankowego nie jest to trudna operacja. Banki generalnie wiedzą kto, ile trzyma u nich pieniędzy. Chodzi o sporządzenie listy uwzględniającej kwoty podlegające wypłacie, ale to także jest proste. Nie słyszałem o kłopotach na tym etapie procedury.

BFG ma siedem dni na podjęcie decyzji, który bank będzie dokonywał wypłat w jego imieniu. Dla klienta upadłego banku to pierwsza istotna informacja, bo wynika z niej, gdzie się udać po pieniądze i ile jest na to czasu. Decyzja podejmowana jest w formie uchwały podawanej do publicznej informacji, i można z niej wyczytać wiele innych, ciekawych informacji, w tym jaka kwota będzie w sumie wypłacone i skąd BFG weźmie na to pieniądze.

Skąd BFG bierze pieniądze na wypłaty?


Upadłość nawet niewielkiego banku to ogromne kwoty gwarantowanych wypłat. W listopadzie 2015 roku rozpoczęto procedurę wypłat gwarantowanych klientom Spółdzielczego Banku Rzemiosła i Rolnictwa. Możliwe, że o nim nie słyszałeś. Prawdopodobnie nie byłeś jego klientem, bo to mało znany bank, niewielki i działający niszowo.

Może i mały, ale do wypłaty ze środków gwarantowanych było nieco ponad 2 miliardy złotych. Dwa miliardy złotych, których oczywiście BFG nie miał.

Skąd je wziął? „Od podmiotów objętych systemem gwarantowania”. Czyli od innych banków i SKOK-ów. Prawdę mówiąc nie do końca prawdziwe jest stwierdzenie, że BFG gwarantuje wypłaty. BFG kontroluje proces zbierania pieniędzy od innych banków, po to, aby wypłacić je klientom banku, który upadł. Ale pieniądze pochodzą z innych banków.

Dlatego banki nie lubią, jak ich konkurent bankrutuje. Bo choć oznacza to, że „na rynku robi się luźniej”, to niestety zapłacić trzeba. Ile? To zależy od wielkości banku. I tego, który upadł. I tego, który ma płacić. Generalnie, im większy bank, tym więcej płaci. W przypadku Spółdzielczego Banku Rzemiosła i Rolnictwa – podkreślam małego i niszowego banku – największy płatnik, czyli PKO BP musiał zapłacić prawie 338 milionów. A taki Bank Spółdzielczy we Wręczycy Wielkiej raptem tylko 40 tys. złotych. Podejrzewam jednak, że w obu przypadkach te kwoty były podobnym wyzwaniem dla zarządów banków i w podobnym stopniu podobnie je osłabiały. Zainteresowanych odsyłam do pełnego zestawienia instytucji zrzucających się akurat na tę upadłość, która jest jawna i dostępna pod
A wyobraźmy sobie, co by było, gdyby upadł bank dziesięć razy większy… W uproszczeniu kwoty, o których mowa wyżej byłyby dziesięć razy większe. To mogłoby wywołać kłopoty kolejnych banków...

Nie ma co się cieszyć z upadłości banku.


Banki się nie cieszą, bo muszą się zrzucić.

Pracownicy banków też nie, bo zrzutka na upadający bank obniża zysk ich własnego banku, więc pomniejsza pulę premii i szanse na podwyżki.

Klienci banków też nie powinni się cieszyć, bo banki przecież będą chciały sobie odbić nadzwyczajny koszt związany z dopłatą do BFG, czyli finalnie podnieść ceny swoich usług. Kto więc ostatecznie zapłaci za upadłość innego banku? Właśnie…

Konkretnie: Jak odebrać pieniądze?


Trzeba się udać do banku realizującego wypłaty i wypłacić w gotówce, albo zlecić płatność na swoje konto. To jest podstawowa droga, która jest ściśle określona: w uchwale BFG znajduje się lista placówek bankowych, w których można tego dokonać i termin, w jakim będzie to możliwe.

Może się jednak zdarzyć, że umknie nam i fakt upadłości banku i okres, w jakim inny bank dokonuje gwarantowanych wypłat. To jeszcze nie tragedia, bo po pieniądze można się zgłaszać do samego BFG przez pełne 5 lat od zawieszenia działalności banku. Dopiero po tym okresie gwarantowane środki przepadają…

A co z pieniędzmi, które przekraczają kwotę gwarantowaną?


Można bowiem mieć w banku więcej niż 100.000 euro. Co z tymi pieniędzmi? Wchodzą w skład masy upadłościowej. Należy zgłosić to sędziemu-komisarzowi w terminie wskazanym w postanowieniu o upadłości i czekać…

Trzeba tak zrobić, ale wielkich nadziej na odzyskanie tych pieniędzy raczej mieć nie należy Taka prawda.

Z innej beczki: a co z kredytem, gdy upadnie bank?


Wiele osób sądzi, że kredytu nie trzeba będzie wówczas spłacać. Niestety. Upadłość banku nie zwalnia kredytobiorcy z obowiązków określonych umową. Ogłoszenie upadłości nie zmienia faktu, że umowa jest ważna. Trzeba spłacać raty i odsetki. A zarobek upadłego banku na tym kredycie jest źródłem pokrycia kosztów działalności banku i zaspokojenia roszczeń tych klientów, którzy na gwarancję BFG się nie załapali.

Większy problem będą mieć natomiast ci klienci upadającego banku, którzy otrzymali kredyt, ale nie zdążyli go uruchomić. Taka umowa ulega rozwiązaniu z dniem ogłoszenia upadłości banku. Czyli trzeba będzie szukać innego banku kredytującego.

Szczególną sytuację będą mieć klienci, którzy kredyt uruchomili tylko częściowo, bo pozostałej części kredytu już nie otrzymają, a zabezpieczenia pewnie są już ustanowione. W takich przypadkach trzeba będzie znaleźć bank, który zrefinansuje ten częściowo uruchomiony kredyt. To jest do zrobienia, ale związane jest z dodatkowym wysiłkiem i zamieszaniem, które - jeśli wystąpi na przykład w trakcie budowy domu - może być problemem...

I to jest kolejny powód, żeby nie cieszyć się z upadłości banków. Bo każda taka upadłość oznacza problemy dla wielu osób. Niestety także dla zwykłych ludzi...



środa, 20 czerwca 2018

084. W jaki sposób Bankowy Fundusz Gwarancyjny pilnuje naszych pieniędzy?

W wielu bankach można zobaczyć tabliczkę informującą, że pieniądze w nich zgromadzone są gwarantowane przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Jest to informacja zapewniająca klientów, że ich środki powierzone temu bankowi są bezpieczne.

Co to jednak konkretnie oznacza? Jakie są zasady gwarantowania pieniędzy wpłaconych do banku w Polsce? I wreszcie co się dzieje, gdy bank, któremu powierzyliśmy pieniądze wpada w kłopoty? Na te pytania odpowiem w tym i w kolejnym artykule.

Bankowy Fundusz Gwarancyjny.


W Polsce gwarantowaniem środków zgromadzonych w bankach i kasach zajmuje się Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Jednak jego zadania są o wiele szersze niż tylko owo „gwarantowanie”. Otóż przede wszystkim BFG patrzy na ręce bankom, analizuje ich poczynania i w przypadku zdiagnozowania niebezpieczeństw podejmuje działania wobec zagrożonych banków i ich zarządów. Priorytetem jest aby nie dopuścić do sytuacji, w której gwarantowanie wkładów okaże się potrzebna. Dopiero, gdy taka sytuacja wystąpi (zawieszenie działalności banku przez Komisję Nadzoru Finansowego albo złożenie wniosku o upadłość banku), zadaniem BFG staje się zorganizowanie procesu wypłat na rzecz klientów banku.

Bankowy Fundusz Gwarancyjny działa na rzecz stabilności krajowego systemu finansowego: gwarantuje depozyty zgromadzone w bankach i kasach oraz odpowiada za przeprowadzanie przymusowej restrukturyzacji instytucji finansowych zagrożonych bankructwem.



Co jest gwarantowane?


Przede wszystkim środki pieniężne zgromadzone w dowolnej walucie na wszelkich rodzajach rachunków bankowych. Ale także należności deponenta (klienta banku lub kasy) wynikające z umów rachunku bankowego, czyli odsetki naliczone zgodnie z zawartą umową za okres do dnia spełnienia warunku gwarancji (zawieszenia działalności banku albo złożenia wniosku o jego upadłość).

A co nie?


Nie jest tak, że gwarancji podlega każda kwota wpłacona do banku. W szczególności poza systemem gwarantowania są:

Środki wpłacone do banku spółdzielczego albo spółdzielczej kasy oszczędnościowo-kredytowej tytułem udziałów, wpisowego albo wkładów członkowskich.

Środki wpłacone do banku związane z zakupem produktu finansowego, którego sprzedawcą jest podmiot inny niż bank (np. towarzystwo ubezpieczeniowe, fundusz inwestycyjny), a bank pełni jedynie rolę pośrednika w transakcji.

I zwłaszcza w tym drugim elemencie należy zachować ostrożność i zdrowy rozsądek. Może się bowiem okazać, że przerzucenie oszczędności z lokaty na inny produkt oferowany nam przez pracownika banku, pozbawi nas gwarancji BFG. Warto się o to zapytać. Niezależnie jednak od odpowiedzi należy pamiętać, że jeśli stroną podpisywanej przez nas umowy nie jest bank albo SKOK, to gwarancja BFG nie będzie obowiązywać.

Ile jest gwarantowane?


Maksymalna kwota, jaka może być zwrócona jednemu klientowi banku lub kasy wynosi równowartość z złotych kwoty 100.000 euro. Niezależnie od liczby rachunków, jakie posiadasz w banku otrzymasz maksymalnie 100.000 euro, ale jest tu kilka wyjątków.

Po pierwsze odrębnie traktuje się każdego współposiadacza rachunku i dotyczy to także posiadaczy małoletnich. W praktyce oznacza to, że jeśli masz rachunek wspólny z mężem/żoną to w przypadku wypłaty z gwarancji BFG możecie otrzymać nawet 200.000 euro, a jeśli z mężem/żoną i dzieckiem to nawet 300.000 euro. W takich przypadkach środki zgromadzone na rachunkach wspólnych są dzielone pomiędzy współposiadaczy po równo, albo zgodnie z postanowieniami umowy rachunku (jeśli umowa takie postanowienie zawiera) i każdy z nich może otrzymać maksymalnie 100.000 euro.

Po drugie w przypadku, gdy środki na rachunku bankowym pochodzą:
  • Ze sprzedaży mieszkania lub domu (ale niezwiązanego z prowadzeniem działalności gospodarczej),
  • Z podziału majątku po ustaniu małżeńskiej wspólnoty majątkowej,
  • Ze spadku lub otrzymanego zachowku,
  • Z wypłat ubezpieczeń (NNW albo ubezpieczeń na życie),
  • Z wypłat odpraw pieniężnych, emerytalnych lub rentowych,
  • Z odszkodowań i zadośćuczynień
to kwota gwarancji jest podwyższona do 200.000 euro, ale wymaga to przedstawienia Bankowemu Funduszowi Gwarancyjnemu dowodów, że środki na rachunku pochodzą z ww. tytułów.

Które instytucje finansowe są objęte systemem gwarancji BFG?


Najprościej jest ze spółdzielczymi kasami oszczędnościowo-kredytowymi. Każda jest w systemie gwarancji BFG i nie ma co się nad tym zastanawiać.

Z bankami sprawa jest trochę bardziej skomplikowana. W systemie są wszystkie banki mające siedzibę na terenie Rzeczypospolitej Polskiej, za wyjątkiem Banku Gospodarstwa Krajowego, który jest jedynym bankiem państwowym i jako taki jest objęty gwarancją ze strony Skarbu Państwa. Wracając do banków: kluczem jest siedziba nie ma znaczenia kraj pochodzenia kapitału, ani forma prawna (spółka akcyjna czy bank spółdzielczy). Jeśli siedziba jest w Polsce, to z automatu bank podlega pod gwarancje BFG.

W przypadku oddziałów banków zagranicznych (są takie na terenie naszego kraju), BFG gwarantuje depozyty wyłącznie w zakresie, w jakim system gwarantowania depozytów w państwie - siedzibie banku zagranicznego nie zapewnia wypłaty środków zgodnie z polskimi przepisami. Czyli: gdyby wystąpiła konieczność korzystania z gwarancji depozytu wpłaconego do oddziału banku zagranicznego, to najpierw korzystamy z systemu gwarancji obowiązującego w kraju-siedzibie banku, a gdyby ten system był słabszy od polskiego, to tę różnicę „wyrówna” BFG.

Czy na pewno dostanę pieniądze z BFG?


Na pewno. W szczególności, jeśli jesteś klientem banku jako osoba fizyczna (zwykłym Janem Kowalskim) nie masz się czym martwić. Przepisy mówią, kto nie jest objęty ochroną, ale dotyczy to przede wszystkim Skarbu Państwa, innych banków, SKOK-ów, instytucji finansowych, firm inwestycyjnych i emerytalnych, czyli podmiotów, które powinny się znać na tym, komu powierzają swoje pieniądze.

Nie dziwi więc, że ochroną gwarancyjną nie jest objęty też sam BFG, bo w końcu na bezpieczeństwie wkładów zna się najlepiej w Polsce.


środa, 13 czerwca 2018

083. Jak inwestują bogaci?

Wcale nie trzeba lokować pieniędzy tylko w banku. One rzeczywiście są tam bezpieczne. Ale w dzisiejszych realiach dają niestety niewielki zarobek. Kusi więc możliwość inwestowania w waluty obce, obligacje, nieruchomości, dzieła sztuki i nie tylko. O nieograniczonych zarobkach na takich, niekiedy bardzo nietypowych, operacjach można poczytać w wywiadach z bardzo bogatymi ludźmi. Stąd już o krok od decyzji typu „ja chcę tak samo”. Tym bardziej, że to rozumowanie wykorzystują sprzedawcy niezwykłych okazji finansowych. Sęk w tym, że pomijają niektóre aspekty…


Ryzyko i płynność.


Przyjęło się, żeby porównywać lokatę do innych możliwości inwestycyjnych. Jeżeli te porównania ograniczyć tylko do rentowności (inaczej zwrotu, albo po prostu zarobku), to lokata zdecydowanie przegrywa. Lokata jest bowiem inwestycją o najmniejszej rentowności. Niekiedy nawet niższej niż poziom inflacji i wówczas naszych pieniędzy realnie jest coraz mniej.

Ale rentowność to nie wszystko…


Jest jeszcze kwestia bezpieczeństwa i płynności. I w tych obszarach lokata bankowa zdecydowanie wygrywa: nasze pieniądze ulokowane w banku są bezpieczne (odzyskamy je nawet, jeśli bank zbankrutuje) i są maksymalnie płynne (w każdej chwili możemy zerwać lokatę i mieć pieniądze do dyspozycji).
W przypadku innych form inwestowania mamy inne (NIŻSZE) poziomy bezpieczeństwa i płynności. O jednym i drugim przekonali się właśnie inwestorzy w obligacje GetBacku. Ale to skrajny przypadek, w którym widać jak na dłoni, że brak bezpieczeństwa i brak płynności stoją ramię w ramię. Co mam na myśli? Gruchnęła wieść, że z emitentem obligacji jest źle (bezpieczeństwo) to i chętnych na wyemitowane już obligacje nie ma (płynność), a Giełda Papierów Wartościowych zawiesiła notowania akcji.

Jeżeli nie inwestujemy samodzielnie, to bardzo ważne jest, komu powierzyliśmy nasze pieniądze. Kto gwarantuje ich zwrot? Czy jest to Bankowy Fundusz Gwarancyjny, Skarb Państwa, bank, czy tylko firma o intrygującej nazwie i barwnym modelu biznesowym?

Jeżeli zainwestujemy samodzielnie np. w nieruchomości, to po pierwsze nie ma pewności, że ich wartość rynkowa nie spadnie (bezpieczeństwo). I po drugie: spieniężenie nawet najbardziej atrakcyjnej działki budowlanej trwa dłużej niż zerwanie lokaty (płynność). To może zaboleć, jeśli naprawdę będzie nam zależało na czasie. Zwłaszcza, jeśli kupujący się zorientują…

Dywersyfikacja, czyli jeden koszyk to za mało.


Duzi inwestorzy, którzy lokują naprawdę znaczne kwoty, uwzględniają w swoich planach zarówno spodziewany zarobek, jak i płynność i bezpieczeństwo. Dlatego dzielą swoje pieniądze na portfele o różnej charakterystyce (różny poziom zarobku, płynności i bezpieczeństwa). W zależności od sposobu zarządzania tymi pieniędzmi różnicują tylko sposób lokowania (rachunek bankowy, obligacje przedsiębiorstw, nieruchomości, działa stuki), albo uwzględniają też dodatkowe czynniki (np. geografię: część pieniędzy jest ulokowana w Europie, część w Ameryce Południowej a część w Rosji).

Takie postępowanie to dywersyfikacja.

Jej celem jest podzielenie ryzyka na mniejsze fragmenty. Dla każdej inwestycji istnieje prawdopodobieństwo niepowodzenia. Ale prawdopodobieństwo tego, że niepowodzenie wystąpi jednocześnie w kilku naprawdę różnych inwestycjach jest znacznie mniejsze.

Analogicznie: każdy sposób lokowania wiąże się z typową dla siebie płynnością. Jeśli pieniądze zostaną podzielone na portfele uwzględniające także ten czynnik, to w przypadku konieczności szybkiego ich odzyskania, zawsze znajdzie się inwestycja, z której będzie można wyjść bez kłopotu. Prawdopodobieństwo tego, że wszystkie nasze inwestycje okażą się akurat niepłynne, będzie minimalne.

Strategia inwestycyjna.


To świadomy podział pieniędzy pomiędzy sposoby inwestowania, które różnią się oczekiwanym zwrotem (zarobkiem), płynnością i poziomem ryzyka.

Kluczem jest zrozumienie, że zwrot z inwestycji jest tym większy, im większy jest poziom ryzyka. W finansach cudów nie ma. Są natomiast istotne czynniki psychologiczne. Każdy z nas ma inne oczekiwania co do zarobku i inną skłonność do podejmowania ryzyka. Są tacy, którzy ryzyko wykluczają całkowicie. Inni dopuszczają je w charakterystycznym dla siebie zakresie. Jedni mniejszym. Inni większym. To sprowadza się w praktyce do podzielenia swoich zasobów na poszczególne inwestycje.

Wszystkiego nie da się przewidzieć.


Wiele sposobów inwestowania wiąże się z brakiem pewności rezultatów. Analiza historycznych notowań, choć pouczająca sama w sobie, nie zapewnia bezpieczeństwa. Historia uczy, ale nie udziela gwarancji. Z doświadczenia inwestora, który szczyci się, że na akcjach firmy X „zawsze zarabiał 20% rocznie” albo z obserwacji, że „cena waluty Y zawsze rośnie jesienią o 10%” nie wynika, że tak będzie w przyszłości. To błędne myślenie psychologowie nazywają duplikacją przeszłych doświadczeń. I jest równie trafne, co przewidywanie wojny na podstawie tego, że „wyngiel je we wiosce”.

Stop loss. Take profit.


Dlatego wytrawni inwestorzy korzystają z mechanizmu ograniczającego ich straty do ściśle określonej wielkości. Tak! Tak!. Inwestorzy najpierw myślą o ryzyku. I poważnie biorą pod uwagę możliwość niepowodzenia. Korzystają wówczas z mechanizmu stop loss, który spieniężą ich inwestycję, w momencie, gdy strata liczona w czasie rzeczywistym osiągnie ustalony poziom.

Najłatwiej wyjaśnić to na przykładzie notowań giełdowych. Inwestor kupuje akcję spółki ALFA po 10 złotych za akcje i ustawia stop lossa na poziomie 8 złotych. W przypadku, gdy cena akcji spółki ALFA spadnie do poziomu 8 złotych nastąpi ich automatyczna sprzedaż. Inwestor poniesie stratę, ale nie większą niż 20%.

Co ciekawe analogiczny mechanizm stosowany jest w przypadku realizacji zysków. Nazywa się take profit. W obu przypadkach chodzi o to samo: aby odciąć się od myślenia, że kurs się odbije i strata będzie mniejsza, albo że kurs będzie rósł i wciąż zarobię jeszcze więcej. To pułapka…

Czego można się nauczyć od bogaczy?


  • Podejmowania świadomych decyzji. 
  • Dywersyfikowania.
  • Uwzględniania Płynności.
  • Myślenia o potencjalnej stracie.
  • Ustawiania mechanizmów typu stop loss.

Nie ma sensu granie na siłę. Nie ma co udawać, że będziemy inwestować na peruwiańskiej giełdzie, zwłaszcza jeśli nie dysponujemy milionami. Ale jeśli odkładamy na edukację naszych dzieci albo na własną starość, to może nie inwestujmy wszystkiego w ryzykowane przedsięwzięcia…

środa, 6 czerwca 2018

082. Afery finansowe. Dlaczego tracimy w nich pieniądze?

Co jakiś czas media donoszą o wielkich aferach finansowych. Aferach, w których wielu ludzi traci bezpowrotnie swoje pieniądze. Niekiedy dorobek całego życia. Bezpieczna Kasa Oszczędności. Amber Gold. Teraz najprawdopodobniej sprawa GetBack. Co łączy te przypadki? Dlaczego się wydarzyły? Dlaczego ludzie tracą w ten sposób dorobek życia?
Jeśli lubisz sensację i wyznajesz spiskową teorię dziejów, to ten tekst Ci się nie spodoba. Wkurzysz się jeszcze bardziej, gdy Ci powiem, że popełniasz błąd, jeśli myślisz, że to wszystko wina wyłącznie służb i polityków. Może i zawiedli. Może nawet maczali w tym palce. Nic by się jednak nie wydarzyło, gdyby ludzie świadomie podejmowali decyzje. Gdyby krytycznie myśleli o ofertach, które otrzymują. Gdyby korzystali z praw ekonomii. Ale po kolei…

BKO. Amber Gold. GetBack. Podobieństwa.


Tym co łączy te trzy przypadki jest atrakcyjność ofert. Generalnie przekaz w każdym przypadku był następujący: jesteś frajerem, jeśli będziesz trzymał pieniądze na dziadowskim procencie w banku. My damy Ci znacznie więcej. Dwa. Trzy. Cztery razy więcej.
Wikipedia: Bezpieczna Kasa Oszczędności, instytucja oferująca znacznie wyższe oprocentowanie (sięgające nawet 300% rocznie) lokat złotówkowych niż tradycyjne banki. Miało to być możliwe, dzięki wymianie złotówek na dolary. Plan zawiódł, ponieważ po wprowadzeniu z dniem 1 stycznia 1990 pełnej wymienialności złotówki i sztywnego kursu dolara siła nabywcza tej waluty w warunkach wysokiej inflacji gwałtownie malała. Uważa się, że Kasie oszczędności powierzyło ok. 10 tys. osób (szacowano je przed denominacją na 25-26 mld starych złotych). […] Ostatecznie syndyk masy upadłościowej wypłacił łącznie klientom 7 mld. złotych, co odpowiadało 1/4 tej sumy z jesieni 1989.


Tak sformułowana oferta budzi jedną wątpliwość: w czym oferujący jest lepszy od sektora bankowego?  Że jest w stanie zaoferować trzykrotnie większe oprocentowanie? Bo co to oznacza? Że weźmie nasze pieniądze, obróci nimi tak skutecznie, że zarobi cztery razy więcej niż bank i łaskawie odda nam trzy czwarte swojego zysku.
Odpowiedzią jest dalsza część biznesowego story. Otóż Twoje pieniądze będą mądrze lokowane: w dolary USA (case BKO), złoto (case Amber Gold), albo obrót wierzytelnościami (case GetBack). Proste, prawda?

Tylko dlaczego „głupie” banki nie postępują w ten sam sposób?
Może dlatego, że kurs dolara, cena złota i skuteczność obrotu wierzytelnościami jest zmienna. Można wygrać albo przegrać. Czyli ponosi się ryzyko, którego nie da się przewidzieć. A pieniądze Klientom oddać trzeba. Więc bankom nie wolno „inwestować” w ten sposób. Bo jak taka inwestycja by nie wyszła i bank by zbankrutował, to pieniądze musiałby wypłacić Bankowy Fundusz Gwarancyjny, czyli… inne banki (kiedyś o tym napiszę). Więc nadzór bankowy i same banki też patrzą sobie wzajemnie na ręce i nie pozwalają robić takich inwestycji.

Niebezpieczeństwo rośnie.


Nie należy jednak uważać, że te trzy przypadki są takie same. Jest wręcz przeciwnie: jak na dłoni widać, że „model biznesowy” ewoluuje i to w bardzo niebezpieczną stronę.
Bezpieczna Kasa Oszczędności działała w sytuacji, w której rynek finansowy dopiero się tworzył. Była końcówka lat osiemdziesiątych. Mechanizmów rynkowych uczyliśmy się na bazarach. Nadzór finansowy nie istniał. Twórcy BKO wmówili ludziom, że na handlu walutą można tylko zarabiać. Postawiono budki, w których można było stać się uczestnikiem przyszłych cinkciarskich zysków. Wszystko w zacienionej rzeczywistości. Przaśnie. Ale wystarczyło.

Amber Gold to już inna bajka. Placówki w centrach handlowych, nakłady na reklamy, kontakty z politykami. Aktywność biznesowa właścicieli w innych branżach, w tym tak spektakularnych jak lotnictwo. Wszystko na oczach dojrzałego już nadzoru finansowego.
To jednak przedszkole na tle przypadku GetBack, który dodatkowo był notowany na giełdzie, publikował (do czasu!) miesięczne wyniki finansowe i posiadał ratingi nadane przez niezależne, międzynarodowe agencje. High life, którego nie powstydziłoby się londyńskie City…

Zatem chodzi o coś innego. O co?

Rozsądek, głupcze!

Oczywiście należy wyciągnąć wnioski z tego, co się stało (co się dzieje). Należy doszczelnić system nadzoru finansowego. Ale to zawsze będzie opóźnione w stosunku do rzeczywistości. Bo nie mam wątpliwości, że następny taki przypadek będzie jeszcze bardziej zaawansowany.

Prawdziwym lekarstwem jest wiedza!
W tym przypadku edukacja ekonomiczna. Której nie zastąpi rating wyspecjalizowanej agencji, czy nawet najlepszy nadzór finansowy.

Podstawowe prawo ekonomii.

Gdybym miał sprowadzić pięć lat studiów i dwadzieścia lat doświadczenia zawodowego do kilku prawd ekonomicznych, to jedna z nich brzmiałaby tak: w sytuacji rynkowej cena tego samego dobra oferowanego przez różnych sprzedawców musi być do siebie podobna. Jeśli się znacząco różni od siebie, to coś jest nie tak!

Mamy teraz sezon na truskawki. Kilogram kosztuje 8 złotych w sklepie osiedlowym. Może być tak, że u sprzedawcy ulicznego będą kosztowały 5-6 złotych. To uzasadnione, bo możliwe, że taki sprzedawca oferuje truskawki z własnego ogródka, nie płaci czynszu, ZUS-u i podatków. Ale jeśli zobaczymy truskawki w cenie 2 złote za kilogram, to będzie to dziwne. I to powinno skłonić nas do myślenia. Bo może pochodzą z kradzieży, a może nie są truskawkami, tylko jabłkami zerwanymi w ubiegłym roku pod Grójcem. Absurd, prawda? Nikt się na to nie nabierze, bo każdy wie czym różnią się truskawki od jabłek.
Benzyna. Cena przekroczyła 5 złotych. Na jednych stacjach już prawie 6. Na innych 5,20. A co powiedz, gdy nieznajomy będzie Ci oferował litr za złotówkę. W sensie cenowym oferta jest niesamowita. Za dwieście złotych pojedziesz do Rzymu. Jednak: wlejesz to coś do baku? Czy grzecznie pojedziesz na Orlen?


W sytuacji rynkowej cena tego samego dobra oferowanego przez różnych sprzedawców musi być do siebie podobna. Jeśli się znacząco różni do siebie, to coś jest nie tak!
Z produktami finansowymi jest tak samo. Oprocentowanie to też cena. To wynagrodzenie, jaką otrzymujemy za powierzenie komuś pieniędzy. Ten ktoś będzie nimi obracał, ale to nasze pieniądze i według prawa musi nam je oddać. Wraz z oprocentowaniem. I jeśli rynkowe oprocentowanie lokaty wynosi obecnie 1,5%-2% w skali roku, to jeśli ktoś oferuje 8%, to jest w tym coś dziwnego. Bo może wcale nie chce nam ich oddać. Albo to już nie jest lokata. Bo być może kupujemy też udział w ryzyku związanym z przedsięwzięciem tego kogoś i nie ma żadnej gwarancji, że ono się powiedzie.
Co sprawia, że rozsądek, z którego korzystamy kupując owoce i paliwo, przestaje działać, gdy chodzi o pieniądze? Nie badamy jakości benzyny oferowanej po złotówce, a jednak czegoś się boimy, prawda? Sięgnijmy do tych samych obaw, gdy widzimy nadzwyczajną ofertę finansową.

Wiedza nie zapobiegnie wszystkim nieszczęściom. Ale może nas ochronić. Warto więc o nią dbać. A nie tylko podniecać się transmisjami z obrad komisji śledczej…

środa, 30 maja 2018

081. O kasie dla dzieciaków. Przegląd książek ekonomicznych dla dzieci i młodzieży.


Pojutrze dzień dziecka. Prezenty pewnie już czekają. Ale może da się jeszcze do nich dołączyć coś z ekonomii dla najmłodszych. Bo na rynku od pewnego czasu pojawiają się książeczki dla dzieci i trochę poważniejsze dla młodzieży, które traktują o ekonomii.

Poniżej subiektywny przegląd niektórych z nich. Niektórych, bo opisałem tylko te, które mamy w domu. Na księgarskich półkach propozycji jest dużo więcej, ale nie zamierzam przepisywać cudzych recenzji. Zajrzyjcie do nich sami. Bo chociaż to książki dla dzieci, to jednak, jeśli się nad tym zastanowić, to może nie tylko...

„Przygody Kuby Pieniążka i Żyrafy Lokatki, czyli dziecięcy przewodnik po świecie pieniędzy”.

Jest to publikacja banku PKO BP towarzysząca skierowanej do dzieci ofercie Junior. Sama oferta jest bardzo ciekawa i dzieciom naprawdę się podoba. Ale dziś skupiam się na książeczce, którą można dostać bezpłatnie w oddziałach banku.
Tytułowy bohater Kuba Pieniążek ma siedem lat i w zamyśle autorów jest to książka dla dzieci kończących przedszkola i rozpoczynających szkołę podstawową. Książeczka traktuje o pieniądzu w przystępny dla dzieci sposób. Poszczególne rozdzialiki (zdrabniam, bo są naprawdę bardzo krótkie) opisują między innymi do czego służą pieniądze, skąd się wzięły, jak można je przekazywać i wreszcie jak je mądrze wydawać.

Książeczka jest bardzo kolorowa. Każdy rozdział zawiera też komiksowy dialog, którego wielką zaletą jest, że rolę eksperta objaśniającego świat pieniądza pełni dwunastoletnia siostra głównego bohatera. Oczywiście czyni to w bardzo przystępny sposób. Moim zdaniem to genialny zabieg, bo przy okazji dowodzi, że finanse nie są trudne. W pełni się z tym zgadzam. Brawo za pomysł.

We wstępie autorzy zachęcają do czytania tej książeczki wspólnie z dziećmi. To zadanie może też przejąć starsze rodzeństwo na zasadzie „skoro dwunastolenia Kasia Pieniążek jest ekspertem od ekonomii, to mogę być nim też i ja”. Potencjalnie może to zbudować dodatkową nić między rodzeństwem w różnym wieku. Polecam.

„Rozmowy z użyciem głowy, czyli ekonomia dla dzieci” Anny Garbolińskiej

To książka skierowana dla dzieci w wieku 9-14 lat. Autorka jest ekonomistką z wykształcenia, a prywatnie mamą dwójki dzieci, więc w książce znajdziemy sporą dawkę ekonomii przekazanej w sposób przystępny dla ucznia dolnej podstawówki. Poszczególne rozdziały książki zatytułowane są już w bardzo poważny sposób. „Bank”, „Monopol”, „Budżet”, „Inflacja” to tylko kilka przykładów. Ale że jest to książka dla dzieci, to już podtytuły rozdziałów mają zaskakującą, żartobliwą postać, która zapowiada dobrą zabawę dla także dorosłych czytelników. Przykładowo pełny tytuł rozdziału trzeciego brzmi „Monopol, czyli nocne hałasy, kolorowe banknoty i wiele więcej”, i podczas jego lektury zapoznamy się z aż trzema znaczeniami tego słowa.
Poszczególne rozdziały napisane są w formie dialogów głównej bohaterki z rodzicami, dziadkami i starszym bratem. Co ważne: przystępnych i dowcipnych. Jak się bowiem okazuje w języku potocznym występuje wiele określeń z języka ekonomii. Dorośli korzystają z nich często, choć nie zawsze zgodnie z ich znaczeniem, co niekiedy prowadzi do zabawnych nieporozumień, zwłaszcza, gdy za ich interpretację zabiera się dziecko. Rozmowa jednak zawsze prowadzi do wyjaśnienia wszelkich niejasności. Warto więc rozmawiać!

Ta pozycja to nie tylko zabawa, bo także najzupełniej poważnie uczy ekonomii, czego najlepszym dowodem jest bardzo naukowa recenzja pani profesor Wiesławy Przybylskiej-Kapuścińskiej, z którą możemy się zapoznać na ostatnich stronach książki. Recenzja kończy się słowami „Polecam i dzieciom, i rodzicom”. Nic dodać. Nic ująć.

„Świat pieniądza”


Książka napisana przez nastolatki Patrycję Krzanowską i Katarzynę Michalską, z bardzo ciekawymi grafikami autorstwa Magdy Grabowskiej-Wacławek. Jak piszą autorki: pomysł na napisanie książki wyszedł od Patrycji, która prywatnie jest córką jednego z polskich milionerów. Prawdopodobnie więc tematy ekonomiczne nie były jej obce, ale musiało czegoś brakować, bo – jak sama mówi – przeanalizowała książki o ekonomii dla młodzieży na polskim rynku i żadna z nich nie zaspokajała jej ciekawości. Lukę postanowiła uzupełnić pisząc książkę z grupą przyjaciół…
Książka ma imponującą grafikę. Mnie trochę przytłacza, ale z pewnością nie jestem w grupie targetowej, bo to ewidentnie książka dla nastolatków. Świadczy też o tym odwaga w podejmowanych tematach. Oprócz tych „grzecznych” z dziedziny ekonomii i finansów pojawiają się strzały z grubej rury: o ściemach w reklamach usług finansowych, aferach finansowych, powodach, dla których jedni są bogaci a inni biedni i tym, czy podatki to nie złodziejstwo. I choć to tematy kontrowersyjne, to trzeba powiedzieć, że autorki przedstawiają je uczciwie, ucząc przy tym, że wiele spraw może mieć podwójne dno i często proste rozwiązania po prostu nie istnieją.

Moim zdaniem bardzo ciekawa pozycja, odważnie napisana (nastolatkom się spodoba) i poruszająca mnóstwo tematów gospodarczych.

Zabawnie się złożyło, bo każda opisana książka jest dla nieco innej grupy wiekowej. Można więc dorastać z ekonomią, zmieniając tylko lektury. I oczywiście odwiedzać mojego bloga.

środa, 23 maja 2018

080. Wakacje za granicą. Wziąć gotówkę, czy kartę płatniczą?

Zbliżają się wakacje. Cześć z nas wyjedzie za granicę. A tam będzie musiała dokonywać płatności w lokalnej walucie. Jak się do tego przygotować?

Gotówka.

Scenariusz najprostszy i stosowany odkąd pamiętam. Przed wyjazdem w banku, kantorze albo kantorze internetowym kupujesz walutę kraju, do którego się udajesz. Wiesz, ile masz w portfelu. Jedziesz i możesz wydawać.
Wada tego rozwiązania jest tylko jedna: ryzyko utraty pieniędzy wskutek kradzieży lub zgubienia. Wszyscy podróżnicy radzą, aby pieniędzy nie przechowywać w jednym miejscu, żeby korzystać z hotelowych sejfów, ale prawda jest taka, że co roku zdarzają się kradzieże.
Teoretycznie wymianę waluty można przeprowadzić na miejscu, pod warunkiem, że polska waluta jest tam na tyle popularna, że podlega wymianie. Cóż, złoty nie należy do najbardziej popularnych walut na świecie i nie ma gwarancji, zwłaszcza w egzotycznym kraju, że ujrzymy skrót PLN na tablicy kursowej.

Raczej nigdzie na świecie nie będzie problemu z wymianą euro czy dolarów USA na walutę lokalną. I niestety czasem trzeba właśnie tak postąpić. Niestety, bo dla większości z nas oznacza to konieczność dwukrotnego przewalutowania: z PLN na USD albo EUR i następnie na walutę lokalną. Nie ma się co oszukiwać, każda taka operacja wiąże się z kosztami…
W Polsce na ogół nie stosuje się prowizji za wymianę waluty. Ale wszyscy wiedzą, że to kosztuje. Że marża banku lub kantoru zawiera się w kursie, po którym dokonuje się przewalutowania. Tak samo jest zagranicą, ale tam podatkowo w wielu kantorach nalicza się prowizję za wymianę pieniądza i wynosi ona do 2-3% wartości transakcji. Czy to dużo? Przy kursie EUR/PLN 4,30 dwuprocentowa prowizja to dodatkowe 8,6 grosza, czyli prawie dziewięć złotych opłaty za każde przewalutowane 100 euro. Jeśli można, to lepiej tego uniknąć...

Karta płatnicza do rachunku w złotych.

Polacy należą do narodów bardziej aktywnie korzystających z kart płatniczych, więc naturalnym rozwiązaniem wydaje się być korzystanie z niej także zagranicą. Ale uwaga: jeśli nasza karta jest rozliczana w złotych polskich, to na pewno konieczne będzie przewalutowanie wydatku walutowego na złote i odbędzie się to bez jakiejkolwiek kontroli z naszej strony. Co gorsza: jeśli transakcję przeprowadzamy w walucie innej niż USD lub EUR, to prawie na pewno operator karty dokona dwóch przewalutowań: najpierw na USD lub EUR, a potem na PLN.

Posługując się zagranicą złotową kartą płatniczą poprawiamy swoje bezpieczeństwo (nawet kradzież karty nie oznacza utraty pieniędzy), ale narażamy się na większe koszty wymiany pieniądza niż w przypadku gotówki.

Walutowa karta płatnicza.

To jest rozwiązanie, które warto rozważyć przed wyjazdem zagranicznym. Otwieramy w Polsce rachunek walutowy, a bank wydaje nam kartę płatniczą do tego rachunku. Oczywiście rachunek ten trzeba zasilić, czyli kupić walutę, ale operację tę w pełni kontrolujemy, to od nas zależy, czy zaakceptujemy kurs, a nawet jest możliwe zasilenie rachunku walutą zakupioną poza bankiem prowadzącym rachunek.

Jeżeli przed wyjazdem będziemy mieć na koncie 200 euro i dokonamy zapłaty 50 euro kartą do tego rachunku, to jego saldo zmniejszy się do 150 euro bez jakiegokolwiek przewalutowania. To, czy taka operacja będzie związana z jakąś dodatkową prowizją, zależy już od umowy z bankiem, ale naprawdę można znaleźć banki niepobierające za to żadnych opłat.

Karta wielowalutowa.

Jeszcze lepszym rozwiązaniem jest karta wielowalutowa, oferowana już w Polsce przez kilka banków dla najbardziej popularnych walut. W przypadku dokonania transakcji w walucie obcej, algorytm po stronie banku działa w ten sposób, że w pierwszej kolejności obciąży saldo rachunku w walucie transakcji. Dopiero, gdy środki zgromadzone na rachunku w tej walucie są niewystarczające, obciążony zostanie inny rachunek, a więc bank dokona przewalutowania.

Oczywiście wymaga to wcześniejszego otwarcia rachunków w walutach, w których wydatków się spodziewamy i ich zasilenia. Decydując się na takie rozwiązanie należy mieć na uwadze ewentualne koszty otwarcia i prowadzenia rachunków w walutach obcych (są banki oferujące je za darmo) oraz opłaty wydania takiej karty (są banki oferujące je za darmo). Mi wyszło, że się opłaca…

Oczywiście mowa o walutach podstawowych: EURO, dolarach amerykańskich, funtach brytyjskich. W kwachach zambijskich rachunku bankowego w Polsce raczej nie otworzysz...


Bez gotówki się nie da.

Nie ma co zakładać, że wszędzie zapłacimy kartą. Pod tym względem jesteśmy trochę zepsuci, bo popularność płatności kartami w Polsce należy do największych na świecie. W Polsce naprawdę można funkcjonować bez gotówki. Nawet w najmniejszej miejscowości sklepy mają terminale i sprzedawcy nie robią problemów, gdy chcemy zapłacić kartą. To nie jest takie oczywiste w innych krajach, nawet tak nowoczesnych jak Włochy czy Wielka Brytania.

Oczywiście gotówkę można pobrać z lokalnego bankomatu. Zasady związane z przewalutowaniem będą zależeć od tego, czy mamy kartę do rachunku złotowego, walutową, czy wielowalutową i są takie same jak przy płatnościach w sklepie. Dodatkowo jednak pojawia się kwestia prowizji za wypłatę z bankomatu i należy mieć świadomość ich wysokości, bo na ogół akurat to kosztuje…

Mój sposób na wydatki zagraniczne.

Wszystko zależy od tego, dokąd jadę. Jeśli to możliwe, przed wyjazdem otwieram rachunek w walucie kraju, do którego się udaję. Zasilam go kwotą spodziewanych wydatków. W przypadku walut podstawowych co najmniej jedną trzecią biorę ze sobą w gotówce, a na miejscu w pierwszej kolejności staram się za wszystko płacić kartą walutową. I raczej unikam zagranicznych bankomatów, bo akurat za to bank pobiera ode mnie prowizję.

Miłych wakacji!